Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przeczytałem wywiad z prof. Krzysztofem Konarzewskim i chciałbym przedstawić kilka własnych przemyśleń. Trochę to inaczej wygląda z punktu widzenia maturzysty.

Ale prawdą jest, że w naszym kraju ogarniętym manią egzaminowania, matura stała się fetyszem - i powtarza się uczniom, że muszą się uczyć (bo to rzekomo podstawa do osiągnięcia pozycji w przyszłości) i muszą zdać maturę (bo, w domyśle, bez matury jest się nikim).

Zdawałem maturę w 2010 roku i mam bardzo złe doświadczenia. Powiem więcej, przygotowanie do matury, zdawanie egzaminów to niepotrzebna trauma, której należałoby oszczędzić wszystkim tym, dla których nie jest to niezbędne.

Wprowadzono wtedy obowiązkową maturę z matematyki. Przez 3 lata liceum katorżniczym wysiłkiem uczniowie musieli się przygotowywać do tego egzaminu. 

Efekt był tego taki, że zamiast poświęcać czas i energię na przygotowania do egzaminów z naszych przedmiotów "kierunkowych", trzeba było wszystkie siły wkładać w matematykę. W moim przypadku skończyło się to tym, że co prawda z matematyki miałem ponad 90 proc. (czyli 5), ale za to przedmioty dużo dla mnie ważniejsze poszły mi gorzej.

W moim roczniku wprowadzono w życie jeszcze inny pomysł rozmówcy z tego wywiadu, czyli zdawanie egzaminów na dwóch poziomach. Wcześniej było tak, że jeżeli ktoś zdawał przykładowo język polski na poziomie rozszerzonym, to zdawał tylko poziom rozszerzony. A w 2010 roku wymyślono, że w takim razie trzeba zdawać i poziom podstawowy, i dodatkowo rozszerzenie. Czyli np. z języka polskiego dwa kilkugodzinne egzaminy w ciągu jednego dnia. A potem wielkie zdziwienie, że rozszerzenie poszło bardzo źle, jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, że napisanie dwóch długich wypracowań w ciągu jednego dnia, w stresie to może jednak trochę za dużo.

Niestety kolejne roczniki uczniów padają ofiarami ciągłych zmian w sferze edukacji dotyczących także egzaminów.

Za maturami przemawia jeden argument - to, że  coś dają. Na szczęście od 2005 roku matura zastąpiła egzaminy wstępne na studia. I bardzo dobrze, że wszyscy zdają taki sam wystandaryzowany egzamin. Powrót do egzaminów wstępnych przeprowadzanych przez uczelnie jest moim zdaniem złym pomysłem, bo bardzo uzależnia sukces od indywidualnego podejścia egzaminującego.

Maturzysta 2010

Listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.