Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od pewnego czasu obserwuję medialną dyskusję dotyczącą kredytów frankowych. Choć trwa ona już dość długo, wiele wypowiedzi wskazuje na mocno niepełne zrozumienie tematu. Rozumiem, że na stanowiska i wypowiedzi wpływają interesy, sądzę jednak, że warto wyjaśnić kilka kwestii. Podejmę się zatem dość niewdzięcznej (z uwagi na finansowe interesy) próby wyjaśnienia i zbliżenia stanowisk starając się przedstawić temat w możliwie prosty sposób (proszę mi wybaczyć niektóre uproszczenia).

Punktem wyjścia do tych rozważań będzie dla mnie kwestia uczciwości umowy. Umowa jest uczciwa, jeżeli jest jasna (nie zawiera niespodzianek, które trudno byłoby wyczytać z jej treści) oraz zgodziłyby się na nią dobrze poinformowane strony. Kwestię uczciwości można bardziej rozwinąć, choć tu przyjmę, że wszelkie klauzule umożliwiające jednostronne działanie banku wobec wywiązującego się z umowy konsumenta nie są uczciwe albo jako niejasne, albo jako takie, na które nie powinien się zgodzić.

Ze zgody dobrze poinformowanego konsumenta wynika konkurencyjność rynkowa transakcji. W końcu dobrze poinformowany konsument nie powinien się godzić na warunki istotnie gorsze od oferowanych w inny sposób. Z drugiej jednak strony, uczciwa umowa nie może opierać się na warunkach, których nikt na rynku nie oferuje. Kwestia rynkowych warunków jest o tyle ważna, że w przypadku stwierdzenia naruszenia można to naruszenie wycenić co do wartości i zastosować środki naprawcze stosowne do tej wyceny. Inaczej zamiast naprawy wad mamy wykorzystywanie pretekstów, które z umowną uczciwością mogą mieć niewiele wspólnego.

Banki naciągały klientów na spread walutowy

Niestety, w umowach z bankami pojawiały się zapisy, które wymuszały korzystanie z usługi wymiany walutowej na warunkach istotnie gorszych od rynkowych. Odchylenie od konkurencyjnej oferty kantorów należałoby uznać za ukryte w umowie naruszenie jej uczciwości. Wartość tego naruszenia można wyliczyć i na jej podstawie wyznaczyć stosowne odszkodowanie.

Banki wiedziały że kurs franka wzrośnie?

Poszczególne osoby mogły mieć jakieś spekulacyjne przypuszczenia, ale rynek finansowy jako całość nie wiedział o nagłym wzroście kursu franka. Skąd taki wniosek? Na rynku kwotowany jest tak zwany kurs forward. Jest to kurs, po jakim instytucje finansowe kupują/sprzedają między sobą walutę z terminem w określonej dacie w przyszłości. Jeśli ktoś uważałby, że kurs ten powinien być znacznie wyższy/niższy, to mógłby kupić/sprzedać terminowo walutę i obłowić się na transakcji (lub na niej stracić). Nie wchodząc w szczegóły, praktyka rynkowa działa tak, że kurs ten odpowiada kursowi bieżącemu wyrównanemu o różnicę w stopach procentowych. Innymi słowy, rynek handluje terminowo walutą tak, że przy zmianie waluty to, co się zyskuje na odsetkach, traci się na ich kursie walutowym.

Zatem, pomijając kwestię prowizji, marży i innych opłat, harmonogram spłat kredytu frankowego wyceniany jest przez rynek jako mający tą samą wartość co harmonogram kredytu złotówkowego, mimo że ten pierwszy zakłada mniejsze spłaty na początku. Czy ta sama wartość oznacza ten sam koszt? Nie do końca. W przypadku kredytu złotówkowego równe raty (gdy na początku płaci się więcej) skutkują mniejszą wartością nominalną spłaty niż wariant równe spłaty. Analogicznie, kredyt frankowy, wymagający na początku mniejszych spłat, po kursie forward wyceniany jest jako wymagający większych spłat w przyszłości. W konsekwencji, w przeliczeniu po kursie forward na złotówki, spłacający kredyt frankowy powinien nominalnie zapłacić więcej niż za kredyt złotówkowy.

Można zatem bronić banków, że nie wiedziały o tym, iż kurs franka wzrośnie, ale zarzucić można niepodzielenie się z konsumentami wiedzą z rynków finansowych odnośnie kredytów walutowych.

Symulacje kredytowe nie pokazywały wzrostu złotówkowych kosztów spłaty kredytu w związku z implikowanym przez kwotowania rynkowe wzrostem kursu walutowego. Uprzedzeni o nim konsumenci mogliby podjąć inne decyzje. Ale czy zrobić to powinny banki same z siebie (co też generowałoby koszty), czy nadzór bankowy powinien był wymagać takich materiałów?

Banki obłowiły się na zmianach kursów walutowych?

Jeśli konsument zawiera umowę z bankiem i w jej wyniku ponosi stratę finansową, to myśli, że beneficjentem tej straty jest bank. Często nie jest to prawdą. Tradycyjny bank depozytowo-kredytowy, co do zasady zarabia na prowizjach, marżach i innych opłatach (w sposób zbliżony do pewnego dla swojej sprzedaży), a ponosi ryzyko głównie kredytowe. Nie zarabia na zmianach kursów walutowych. Bank ma działać w taki sposób, by zapewnić sobie stabilność finansową nawet w negatywnych scenariuszach rynkowych. Nie może być tak, że jak kurs idzie do góry to bank zarabia, a jak w dół to bankrutuje. To dopiero byłaby porażka systemu bankowego i nadzoru nad nim.

By temu zaradzić, banki zawierają transakcje na rynku finansowym, które mają wyrównać ich niedobory oraz zabezpieczyć przed ryzykiem, w szczególności rynkowym. W ten sposób straty z tytułu ryzyka rynkowego zostaną pokryte przez transakcje zabezpieczające. Ale nie ma nic za darmo. Kosztem takiego zabezpieczenia jest rezygnacja z ewentualnych zysków z tytułu korzystnego scenariusza rynkowego. Tak więc zyski ze zmian kursowych, zamiast do banków, trafiły głównie na rynek finansowy. Banki pozostały ze zwiększonym ryzykiem kredytowym. Oraz, jak się okazało, z ryzykiem prawnym.

Banki były silniejszą stroną rynku kredytowego?

Z całą pewnością banki posiadają wiedzę i zasoby, których nie mają konsumenci, znacznie lepiej znają oferowany przez siebie produkt oraz to one określały jego warunki (z niewielkim polem manewru na negocjacje indywidualne). Tyle że tak można powiedzieć w zasadzie o dowolnym producencie i sprzedawcy. Każdy z nich lepiej zna to, co oferuje i każdy z nich samodzielnie określa warunki, na których oferuje. W ryzach trzyma sprzedawców prawo, instytucje nadzorujące rynek oraz konkurencja.

W kontekście konkurencji, warto spojrzeć na warunki rynkowe oferowane przed załamaniem się franka. Konkurencja między bankami zmniejszała prowizje i marże banków do poziomu wcześniej nieznanego, który potem już nigdy nie wrócił. Sam wziąłem kredyt (złotówkowy) z marżą odsetkową 0,9 proc. bez obowiązku powiązania z innymi, kosztownymi produktami (np. ubezpieczeniem). Dziś marże banków są ze 2-3 razy wyższe. Proporcja ta wyglądałaby jeszcze gorzej, jeśliby wziąć pod uwagę, że część marży idzie na pokrycie ryzyka kredytowego i innych kosztów. Zatem nie spodziewam się, by kiedykolwiek jeszcze warunki oferowanych kredytów hipotecznych wróciły do poziomu sprzed załamania się franka. Co lepiej oddaje siłę konsumentów z tamtego okresu czasu i zajadłą konkurencję pomiędzy bankami niż bezprecedensowy poziom oferowanych warunków kredytowych?

Od razu wyjaśniam, dlaczego patrzę na marżę, a nie na całkowite oprocentowanie uwzględniające stopę referencyjną (jeszcze poprawniej należałoby popatrzeć na nadwyżkę RRSO ponad stopę referencyjną). Jak bank ma i kredyt, i depozyt lub lokatę, to ile jest zarobku na depozycie/lokacie, a ile na kredycie? Otóż w grę wchodzi stopa referencyjna, która określa koszt pożyczki na rynku międzybankowym. Jako że alternatywnie bank może pożyczyć na rynku, różnica pomiędzy stopą referencyjną, a oprocentowaniem depozytów/lokat jest z reguły traktowana jako przychód na depozytach/lokatach. Natomiast różnica pomiędzy kosztem kredytu, a stopą referencyjną jest traktowana jako przychód na kredycie. Niekiedy banki proponują preferencyjne warunki depozytowo-lokatowe, lepsze niż pożyczka na rynku międzybankowym. Banki liczą przy tym na dłuższe utrzymanie klienta (już nie na tak preferencyjnych warunkach) lub wchodzą w grę inne uwarunkowania (np. ujemne stopy procentowe).

Banki mogły same uregulować rynek?

Zrozumienie siły oddziaływania konkurencji jest kluczowe w kwestii określenia tego, co banki w praktyce mogły, czego nie mogły, i o czym w praktyce zadecydowali sami konsumenci. Wspomniałem już, że banki mogły lepiej informować klientów. Ale nie mogły same się uregulować, by nie oferować kredytów frankowych, gdy konsumenci uważali je za lepsze dla siebie. Niektóre banki stroniły od biznesu frankowego. Ich klienci, do których przemawiała oferta frankowa, wzięli po prostu kredyty w innych bankach. Sprzedawcy wiedzieli, że jeżeli nie zaoferują kredytu frankowego, to kto inny to zrobi i zgarnie klienta. Jaki zatem mieli wybór? A jak do tego dodać, że wielu z nich faktycznie wierzyło, iż kredyty frankowe są lepsze, to mamy gotowy przepis na katastrofę.

Powiedzmy sobie jasno.

Za regulację rynku odpowiadają instytucje państwowe. Jeszcze w przypadku monopolu można by było obwiniać monopolistę. Ale w przypadku rynku z silną konkurencją, to państwo musi zapewnić właściwe ramy działania. Na to płacimy nasze podatki.

Pojedyncze podmioty konkurujące na rynku nie mogą tego zrobić. A zmowa cenowa jest nielegalna.

Głównym problemem są klauzule abuzywne?

Prawnicy konsumentów podważają umowy w oparciu o klauzule abuzywne. Z całą pewnością banki nie powinny były stosować klauzul abuzywnych. Choć należy pamiętać też, że klauzule umowne mogły zostać uznane za abuzywne dopiero po zawarciu umowy. Przed takim wyrokiem, co jest abuzywne, a co nie jest, mogło być dyskusyjne. Tyle że nawet jakby kredyty nie miały tych klauzul abuzywnych, to problem kredytów frankowych wciąż by pozostał. Jeśli by porównać całkowite straty klientów z częścią strat, które by i tak wystąpiły gdyby kredyt był prostym kredytem frankowym bez żadnych klauzul abuzywnych, to okazałoby się, że część abuzywna to niewielki procent całkowitych strat.

Tu pozwolę sobie na trochę dygresji. Podważanie całej umowy w oparciu o jej niewielki fragment jest moim zdaniem wykorzystaniem pretekstu sprzecznym z normami współżycia społecznego. To trochę tak, jakby kupić mieszkanie, a potem, gdy wyjdzie, że zakup był nieopłacalny, domagać się zwrotu zapłaconych pieniędzy dlatego, że okna nie spełniają standardu termicznego (nawet jeżeli tak faktycznie jest). Normą współżycia społecznego byłaby w tej sytuacji naprawa/ocieplenie okien na koszt sprzedawcy, a nie anulowanie umowy sprzedaży (nie wspominając o zwrocie zapłaconych pieniędzy i utrzymanie przez kupującego własności mieszkania).

Jak rozumiem, jest też ogólna zasada prawna, zarówno na gruncie prawa cywilnego, jak i prawa karnego, zakazu czynienia ze swego prawa użytku, który byłby sprzeczny z zasadami współżycia społecznego. Prawo to ma ponad pół wieku, ale wypowiedział się co do niego nawet TK (sprzed PiS) przy odrzuceniu roszczenia o zapłatę ze względu na sprzeczność ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem prawa (wyrok Trybunału Konstytucyjnego z dnia 17 października 2000 r., sygn. akt SK 5/99, OTK 2000, nr 7, poz. 254). Uważam, że tak jak nie można abstrahować od ekonomicznego sensu transakcji kupna, tak i w wykładni dla kredytów nie można abstrahować od ekonomicznego sensu pożyczki.

Rozumiem przy tym sens odstraszającego efektu kar dla banków za stosowanie klauzul abuzywnych. Ale czy beneficjentem tych kar (powyżej poziomu przywracającego uczciwą umowę frankową bez klauzul abuzywnych) nie powinien być skarb państwa (reprezentujący wszystkich podatników) tudzież ewentualnie osoby mające trudności ze spłatą kredytów frankowych, a nie po prostu najlepiej poinformowani frankowicze i ich prawnicy, którym najlepiej pójdzie uzasadnianie swoich racji w sądzie?

Kredyty indeksowane do franka nigdy nie były frankowe – opinia

Jeżeli coś wygląda jak kaczka, chodzi i fruwa jak kaczka i kwacze jak kaczka to pewnie jest kaczką. Ze starym powiedzonkiem można polemizować. Ale jeżeli produkt był sprzedawany jako kredyt frankowy, pieniążki na konto wpłynęły zgodnie z umową tak, jakby to był kredyt frankowy oraz mają z niego być pobierane tak, jakby był to kredyt frankowy, to gdzie leży dla konsumenta różnica? Konsumenta nagle ma zacząć interesować, na jakim koncie bank sobie księguje płatności i odsetki po swojej stronie? Czy na pewno jest ono frankowe? Jak jest to w porządku, a jak nie, to umowa jest do unieważnienia?

Być może dyskusyjna jest kwestia zbyt wysokiego spreadu, ale to już poruszyłem wyżej. To jakby zamienić na nieabuzywny kredyt frankowy, to już umowa byłaby uczciwa? Czy dobrze poinformowany konsument powinien podjąć inną decyzję względem syntetycznego kredytu, który zachowuje się dokładnie tak jak kredyt frankowy?

W uzasadnieniach pojawia się pojęcie instrumentów pochodnych. Faktycznie, często charakteryzują się wysokim ryzykiem, które powinno być podejmowane jedynie przez bardzo świadomych konsumentów. Ale to dotyczy przede wszystkim sytuacji, gdy instrument pochodny sprzedawany jest z dźwignią, która zwielokrotnia jego efekt względem zaangażowanego kapitału. Czyli np. jak kurs spadnie o 1% to straci się nie 1% kapitału, ale 10% kapitału. W przypadku gdy instrument pochodny jest wbudowany i tak powiązany z umową, że w sumie całość zachowuje się jak instrument podstawowy, to i ryzyko takiej konstrukcji należałoby porównać do tego instrumentu podstawowego.

Podważenie transakcji z konsumentem dlatego, że wykorzystany jest w niej instrument syntetyczny (zamiast bezpośredniego) bądź indeksowanie może okazać się puszką Pandory. Okaże się nagle, że takich instrumentów jest znacznie więcej. Produkty inwestycyjne. Oferta importera wyrażona w złotówkach, ale indeksowana do kursu euro. Wiele innych umów o stałości ceny bądź ograniczeniu jej wahań w swej istocie ma wbudowany instrument pochodny. Nagle okaże się, że konsumenci będą mogli je podważyć, gdyż sprzedano im wbudowany instrument pochodny, którego ryzyka mogą nie rozumieć w pełni (mimo że całość umowy jest jasna). Zasada prawna to bardzo niebezpieczne narzędzie, przy którym warto dobrze się zastanowić, jak może zostać wykorzystana i jakie będą konsekwencje.

Można zastosować frankową stopę procentową do kredytu w złotówkach – moja opinia

Stopa procentowa dlatego jest frankowa, że powinna być stosowana do wyznaczania oprocentowania jedynie we frankach. Tak działa rynek. Jeżeli jakiś podmiot chce zamienić sobie przepływy pieniężne z jednej waluty na drugą instrumentem pochodnym, to co do zasady dzieje się to z uwzględnieniem zamiany również stopy procentowej. Wykorzystywany jest do tego standardowy instrument na rynku instrumentów pochodnych: swap walutowo-procentowy (skrót z angielskiego CIRS). Dokładnie ten, który został „odnaleziony” w kredytach indeksowanych. Dokładnie ten, gdyż dokładnie o to chodziło w tej operacji – by płacić zamiast tego, co się dzieje w złotówkach wedle tego, co się dzieje we frankach.

To jaka jest propozycja lekarstwa na tę zależność od instrumentu pochodnego? Zastosować frankową stopę procentową do kredytu w złotówkach? Tyle że taka operacja to też wbudowany instrument pochodny. Tym razem egzotyczny. Egzotyczny, znaczy, podobnie jak w języku potocznym, szczególny i rzadko spotykany. Nawet jak na rynek instrumentów pochodnych. Taki produkt szyty na miarę dla spekulantów, którzy chcą postawić swoje pieniądze na bardzo konkretny scenariusz. Którego poprawna wycena jest o wiele mniej oczywista niż wycena instrumentów standardowych. Czyli zamiast powszechnie stosowanego na rynku finansowym instrumentu pochodnego do zabezpieczania pozycji ufundujmy konsumentom egzotyczny instrument pochodny dla spekulantów. Jak już wiemy, co się wydarzyło, to może sprawdzi się lepiej. Ale czy na pewno będzie lepiej również w przyszłości? Franki podobno też miały być stabilne i nie rosnąć.

Dyskusja prawników z ekonomistami – moja opinia

Decyzja Sądu Najwyższego w sprawie kredytów frankowych może mieć daleko idące konsekwencje dla gospodarki, stąd też, poza prawnikami, na temat ten zaczęli się wypowiadać również ekonomiści. Z jednej strony można przyznać rację prawnikom, że podstawą musi być oparcie się w prawie. Z drugiej jednak strony prawo odwołuje się do zasad współżycia społecznego, na których opiera się gospodarka z założenia chroniąc zdrowe zasady rynku (a korygując patologie).

Jest jednak pewna różnica w odpowiedzialności za wypowiedzi. Jeśli prawnik reprezentuje klientów w tej sprawie, to raczej nie należy oczekiwać, by jego wypowiedzi medialne specjalnie odbiegały od tego, co mówi w sądzie, przekonując do racji swoich klientów. Prawnik nie straci reputacji kiedy specyficznie przedstawi rzeczywistość po to, by wygrać proces. Wręcz zbuduje swoją reputację jako skuteczny prawnik.

Inaczej jest z ekonomistą. Tu naciąganie rzeczywistości wiąże się ze stratą reputacji. Nawet ekonomista mocno powiązany finansowo ze stroną sporu może przedłożyć swoją reputację ponad powiązanie finansowe. Szczególnie, jeżeli jest dumny z bycia profesjonalistą. Dlatego wydaje mi się, że sam fakt wypowiedzi ekonomistów na ten temat jest znaczący i warto się w niego wsłuchać. By nie wylać dziecka z kąpielą.

Tomasz Helbing

Autor jest doktorem nauk ekonomicznych z wieloletnim doświadczeniem konsultingowym w obszarze zarządzania ryzykiem. Obecnie zatrudniony jest w spółce świadczącej usługi IT oraz operacyjne dla grupy kapitałowej, w której znajduje się jeden z banków w Polsce. Przedstawione w liście tezy są prywatnymi tezami autora i nie powinny być wiązane ze stanowiskiem jakiegokolwiek banku w Polsce.

Listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.