Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W Polsce żyje – według oficjalnych statystyk – ponad 2,5 mln osób, które przeszły COVID-19. Zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów ozdrowieńcy mogą zaszczepić się przeciwko koronawirusowi nie wcześniej niż trzy miesiące od daty uzyskania pozytywnego wyniku testu na obecność wirusa. Ograniczenie nie dotyczy osób, których choroby zwiększają ryzyko ciężkiego przebiegu zakażenia: m.in. pacjentów dializowanych i leczonych onkologicznie.

CZYTAJ TEŻ>> Polska szczepi ozdrowieńców z opóźnieniem. Niewiele krajów decyduje się czekać

Ale wiele osób, które przeszło COVID, żyje w niepewności. Nie wiedzą, kiedy dostaną skierowanie. – Nie mam pojęcia, kiedy się zaszczepię. Nie mam jeszcze 70 lat i nie wiem, do jakiej grupy należę. Gdzieś mam zadzwonić, czy ktoś zadzwoni do mnie? A może dostanę SMS-a? W związku z tym to sobie odpuściłem. Po chorobie zrobiłem test na obecność przeciwciał. Liczę, że one będą walczyły w mojej obronie za system i dociągnę do momentu, kiedy zacznie on jako tako działać – mówił pod koniec stycznia w "Wyborczej" Jerzy Owsiak, który zachorował na COVID-19 w październiku ub. roku.

Sprawa jeszcze bardziej skomplikowała się w kwietniu, kiedy Rada Medyczna przy premierze wydała rekomendację, według której odstęp pomiędzy testem a szczepieniem powinien wynosić nie trzy a sześć miesięcy. – W związku z tym trzy miesiące muszą minąć od uzyskania pozytywnego testu, potem system nas zapisuje na termin trzy miesiące naprzód, więc łącznie to daje nam sześć miesięcy od pozytywnego testu – tłumaczył zmianę Michał Dworczyk, szef Kancelarii Premiera i koordynator programu szczepień. Do dziś to zmiany nieoficjalne, tzn. w przepisach nadal obowiązują trzy miesiące oczekiwania na szczepienie dla ozdrowieńców, a minister Dworczyk zapowiedział, że jeśli dostawy szczepionek do Polski zwiększą się, to również czas oczekiwania na szczepienie dla osób, które przeszły COVID może się skrócić. 

Prof. Joanna Zajkowska z Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku, która obecnie kwalifikuje pacjentów do szczepień, tłumaczy, że różnice w terminach dla ozdrowieńców wynikają ze zmieniającej się wiedzy na temat COVID-19, szczepionek oraz z dostępności preparatów. – Czas nie może być zbyt krótki, aby ewentualne objawy zakażenia nie nakładały się z objawami skutków poszczepiennych – tłumaczy. Jak mówi, zgodnie z rekomendacjami producentów szczepionek początkowo były to cztery tygodnie, potem ten czas wydłużano, gdy o szczepionkach wiadomo było coraz więcej. – To część strategii, by zaszczepić możliwie dużo osób. Choć dla ozdrowieńców oznacza to dłużej trwające ryzyko ponownego zachorowania – mówi.

Co mówi test na poziom przeciwciał

Wielu ozdrowieńców wykonuje testy określające poziom przeciwciał. Badanie z próbki krwi kosztuje ok. 120-220 zł, w zależności od rodzaju testu.

Prof. Zajkowska zastrzega, by wyniki interpretować ostrożnie. Na rynku dostępne są testy z różną skalą oznaczeń, a o odporności decyduje nie tylko poziom przeciwciał. – Znaczenie mają również m.in. komórki pamięci, które nie tylko identyfikują i niszczą komórki zakażone, ale po przebytej chorobie pozostają w organizmie i przy ponownym kontakcie chronią go – tłumaczy. I dodaje: – Poziom przeciwciał u ozdrowieńców spada w ciągu od pięciu do ośmiu miesięcy od zachorowania. To maksymalny czas, kiedy powinniśmy podać im szczepionkę.

W Polsce ozdrowieńcy szczepieni są dwiema dawkami. Ostatnio dr Paweł Grzesiowski, jeden z głównych ekspertów ds. zakażeń napisał na Twitterze: "Badania pokazują, że ozdrowieńcy lepiej odpowiadają na szczepienie niż osoby, które nie przechorowały COVID. Może warto ozdrowieńcom proponować w pierwszej kolejności szczepionkę Johnson & Johnson? Po szczepieniu pomiar przeciwciał i dalsze decyzje". 

Szczepionka J&J jako jedyna podawana jest tylko w jednej dawce. Najnowsze badania kliniczne wykazały, że pojedyncza dawka preparatu jest w 85 proc. skuteczna w zapobieganiu ciężkiej postaci COVID-19 i w pełni chroni przed hospitalizacją i zgonami po 28 dniach od podania.

Centrum Badawczo-Rozwojowe INVICTA zbadało reakcje na szczepionkę ozdrowieńców i osób, które nie były zakażone. I rzeczywiście: ozdrowieńcy reagują szybciej.  

 "U grupy bez historii zakażenia koronawirusem poziom przeciwciał w ciągu 14 dni od podania pierwszej dawki szczepionki wynosił średnio 60,99 U/ml, a tuż przed drugą dawką szczepionki (czyli zazwyczaj po ok. 21 dniach od pierwszej dawki) wzrastał do średnio 122,83 U/ml.

Osoby, które przed szczepieniem były zakażone SARS-CoV-2 już przed szczepieniem uzyskują wyniki na poziomie średnio 54,94 U/ml, a 14 dni po pierwszej dawce obserwowany u nich poziom przeciwciał przekraczał 2500 U/ml (86 proc. badanych).

Pierwsza grupa (bez historii zakażenia), aby osiągnąć ten poziom przeciwciał potrzebowała drugiej dawki szczepionki. (....) Dane te sugerują zatem, że być może u osób, które były zakażone SARS-CoV-2 wystarczy jedna dawka szczepionki, aby osiągnąć efekt analogiczny, jak u osób bez wcześniejszego kontaktu po dwóch dawkach - czytamy w omówieniu wyników prowadzonych badań".

Szczepienie przed wakacjami. Jak to załatwić?

O wyniki testów na przeciwciała pytam czwórkę ozdrowieńców. Są bardzo różne: 782, 465, 1500, 12. Najmłodszy z tego grona w tym roku kończy 30 lat. I to właśnie jemu udało się zapisać na szczepienie – dostał e-skierowanie, chociaż zgodnie z zasadą mówiącą o tym, że ozdrowieniec musi odczekać 90 dni, w jego przypadku powinno to być możliwe dopiero po 27 maja: – Chorowaliśmy w tym samym czasie. Ja nie mogę się zapisać, mój partner tak – komentuje to 44-letni Konrad, który wciąż czeka na możliwość zapisania się na szczepienie.

O zamieszaniu mówią również osoby, które już otrzymały termin szczepienia, ale w międzyczasie zachorowały na COVID.

– Zachorowaliśmy całą trójką: żona, syn i ja, kiedy oboje mieliśmy już potwierdzone terminy szczepienia. Kiedy w systemie e-zdrowie pojawiła się informacja o tym, że mamy pozytywny wynik testu, termin szczepienia żony został automatycznie anulowany, ale mój nadal jest ważny – mówi Tomek, 42-latek z Warszawy. Zastrzega, że decyzję o ewentualnym szczepieniu bez odczekania 90 dni skonsultuje ze swoim lekarzem.

Przypadek Tomka jest częstszy: termin szczepienia z reguły nie przesuwa się automatycznie. Decyzję o szczepieniu należy więc skonsultować z lekarzem, żeby ustalić nowy termin szczepienia.

A niektórzy wręcz błagają lekarzy, by nie przesuwali terminu na późniejszy. – Trzymiesięczne oczekiwanie na szczepienie zrujnowałoby mi wakacje. Na szczęście mój lekarz rodzinny orzekł, że nie ma przeciwwskazań i wystawił skierowanie. Okres między pozytywnym testem a kłuciem w moim przypadku wyniesie jedynie dwa miesiące. W dodatku zaszczepię się szczepionką jednodawkową. Mam poczucie, że nie jest to zorganizowane sprawiedliwe. Z moim lekarzem znamy się od lat, nie każdy ma takie możliwości – mówi 40-letni Marcin. 

Jest jeszcze jeden problem: lekarze rodzinni coraz częściej sygnalizują, że mają pacjentów, którzy mimo ewidentnych objawów koronawirusa nie decydują się na testy, aby nie przechodzić kwarantanny lub nie tracić szansy na zaszczepienie.

W punktach szczepień do takich strategii nikt się jednak nie przyznaje. – Nikt, kto przychodzi i podpisuje kwestionariusz kwalifikujący do szczepienia, nie przyzna się, że jego zdaniem niedawno przeszedł COVID-19. O ile fakt nie ma potwierdzenia w systemie, nie jesteśmy w stanie zweryfikować, czy mamy do czynienia z ozdrowieńcem – mówi prof. Zajkowska.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.