Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

I znowu okazuje się, że byliśmy pierwsi, no – prawie pierwsi. W polu zostały wszystkie inne europejskie nacje. Jak głosi oficjalny patriotyczny przekaz, to właśnie Konstytucja 3 maja jako pierwsza, no - prawie jako pierwsza na świecie, nie licząc Stanów Zjednoczonych, wytyczyła konstytucyjny szlak.

230 lat po tym pamiętnym fakcie warto się jednak zastanowić, czy Polacy mają nadal świętować rocznicę ówczesnego sejmowego fortelu, który umożliwił uchwalenie owej ustawy rządowej, która tak naprawdę nigdy nie weszła w życie i desperacko usiłowała na wieki wieków zachować już wtedy przestarzałą stanową i hierarchiczną wizję państwa.

Efekty rzeczywiste Konstytucji były całkowicie odmienne od intencji zamierzonych – w miejsce patriotycznego zrywu przyszła Targowica, ze Stanisławem Augustem na czele, a w miejsce naprawy próchniejącej Rzeczypospolitej nastąpiła jej likwidacja.

Legenda Konstytucji 3 maja – chcieliśmy dobrze, ale znowu nie wyszło - powstała dopiero w epoce romantyzmu, epoce przegadanej czkawki po kolejnych nieudanych zrywach - chcieliśmy znowu dobrze, ale znowu nie wyszło. Poza tym, miło było odwoływać się do imponującej, przynajmniej obszarowo, potęgi Rzeczypospolitej Obojga Narodów, rozciągającej się zaiste od morza do morza.

Tak to się toczyło aż do odzyskania niepodległości, co nastąpiło skutkiem takiego, a nie innego wyniku I wojny światowej. Jako że Polacy walczyli po obu stronach, trudno było jakoś obronić tezę o decydującej roli Pierwszej Brygady, szczególnie w kontekście subtelnych rozgrywek politycznych wytyczających pierwsze granice nowo lub na nowo wyłaniających się państw. W tym kontekście odwołanie się do tradycji Konstytucji 3 maja było idealnym kompromisem, właśnie ze względu na archaiczność i miałkość tego aktu.

Prawdziwe publicity tej rocznicy zrobiły w późniejszych, już PRL-owskich czasach, komunistyczne władze. Konstytucja 3 maja stała się owocem zakazanym, nie tyle ze względu na swoją zawartość, ale z uwagi na wagę, którą do tego święta przykładała przedwojenna Polska.

Na złość babci władza postanowiła więc odmrozić sobie uszy, co jej się nawet skutecznie udało.

Tak więc przywrócenie w roku 1990 narodowego święta w rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja było nieuchronne. Tym bardziej że ówczesnemu wciąż jeszcze w miarę spójnemu obozowi solidarnościowemu zabrakło w tym zakresie wyobraźni, wizji i wyczucia.

4 czerwca 1989 z woli narodu w wyborczym akcie skończył się w Polsce komunizm. Był to również początek końca epoki tzw. obozu socjalistycznego, pierwsza wyrwa w berlińskim murze, początek ewakuacji radzieckich dywizji… Lody ruszyły pod naporem polskiego lodołamacza. Było to najbardziej brzemienne w skutkach i daleko sięgające wydarzenie w całej historii Polski. Sprawcą i wykonawcą była Polska – nie ta Polska z gabinetowych przetargów i ustaleń, ale… my, naród!

Ten właśnie dzień powinien być dniem narodowego święta Polski.

Zamiast tego świętujemy rocznicę peryferyjnego wydarzenia. Taka nasza polska tradycja, taka klątwa – czcijcie swe porażki, by zazdrości sukcesami nie wzbudzać.

Ludwik Turko

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.