Aktualna dyskusja czy polemika to w głównej mierze walka banków o utrzymanie bankowych należności z tytułu indeksacji; już zaliczonych do dochodu oraz tych przyszłych. To suma ok. 50 mld zł, z którą nie mają nic wspólnego ani inni kredytobiorcy, ani społeczeństwo, ani depozytariusze, ani wierzyciele. Stracą jedynie akcjonariusze banków, bo pomniejszą się zyski.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W artykule opublikowanym w "Rzeczpospolitej" 18 kwietnia br. prezes mBanku Cezary Stypułkowski polemizuje z prof. Ewą Łętowską, w jednym przypadku nawet się zgadzając, że na „takich warunkach nikt nie udzieliłby kredytu”.

Jeszcze w sierpniu ub.r. opublikował dostępny w internecie list, którego treść jest zbieżna, więc odniosę  się do obu epistoł łącznie. W liście uprzejmie upomina, aby pani Profesor nie poddała się frankowemu lobby, zwanemu grupą nacisku, a w artykule ubolewa, że do tegoż przystąpiła. Podzielam tę boleść, bo pani Profesor przydałaby się każdemu lobby. 

Prof. Łętowska odrobiła pracę (chyba domową?) i zamiast oskarżania, wypadałoby poczytać jej opracowania, z sugestią jak w tytule. Znajdziemy tam podłoże do analizy stanu prawnego umów, ale też ekonomii, o której konstatuje: „to nie moja działka”. Stan prawny jest jasny, mimo iż SN nie wie co robić z 6 pytaniami, bo nie o faktach mu rozstrzygać. A tych niestety rektorom i ekonomistom, a nawet prezesom banków ze stażem, brakuje. Nie brakuje ich prezesowi Ing Banku B. Bartkiewiczowi, za co należą mu się słowa uznania. A może to też frankowy lobbysta?

Prezes mBanku sugeruje konieczność dialogu między prawnikami, ekonomistami i sektorem rynkowym, bo „skala nieporozumień jest zastraszająca”. Ale suponuje też, że kto się nie zna na ekonomii, powinien skorzystać z okazji, by np. siedzieć cicho.

I zamęt, bo prof. Łętowska i pisze, i mówi!

Otóż szanowni eksperci – prawo nie odbiega daleko od ekonomii, czyli zasad racjonalnego postępowania, o czym u prof. Łętowskiej w co drugim zdaniu. A skoro zajmuje się tym społecznie, może zgodziłaby się na doszkolenie w temacie logiki rynku, zasadności roszczeń, respektowania orzeczeń, a nawet skali problemów makroekonomicznych i sprawiedliwości społecznej, o którą ekonomiści martwią się najbardziej.

Klient franków przecież nie dostał

O ekonomicznych aspektach kredytów frankowych i im podobnych napisałem wiele, ale wybitnym znawcom zapewne nie przystoi tego czytywać, bo… to nie ten poziom! Prof. Łętowska nie ma z tym kłopotu, co skłania do podejrzeń, że „cały czas się uczy”, więc prezesi, powołując się na doświadczenie, odważnie cenzurują jej „błędne tezy i wnioski”. A znany profesor dodał: w DGP „ Dla ekonomisty jasne, że środki dewizowe mogą pochodzić z kredytu, by wymienić na złote, ale to za trudne dla sądów i prawników (…). Złożenie dwóch transakcji prowadzi ich do wniosku, że klient nie miał zobowiązania walutowego, bo nie widział banknotów. Taki poziom wiedzy i analizy pozostawiam bez komentarza”. Z tegoż niskiego poziomu zaręczmy – niestety nie miał, bank też nie miał należności walutowej, choć ją zapisał. Atoli ów profesor dostrzegł z wysokiego poziomu źródło waluty, może je odtajni? Ukazał bowiem konieczność składania transakcji, dzięki czemu udało się wytropić i złożyć, nawet więcej niż dwie.

Zgoda z Prezesem, że sędziowie, prawnicy i ekonomiści mają kłopot z ogarnięciem, iż niejaki Frankowski, by dostać kredyt w złotych, sprzedał pierwej franki, których nie miał!

Są też dalsze niedogodności, że frankowicze mają dostać 234 mld zł od banków i reszty społeczeństwa. Albo że „te orzeczenia to bezsens”, przecież lud wołał „pozwólcie nam ryzykować!”, a banki „odczarować abuzywność” lub „to pozbawione sensu i świadczy o nieznajomości ekonomii rynkowej”, a nawet „argumenty są absurdalne, bo pracownicy bankowi stanowią tylko 7 proc. frankowiczów”. Tu pełna zgoda, bo pewnie pierwsi je rozwikłali, co dobrze świadczy o ich wykształceniu. Pojęli np. że zasady:” kupić po kursie kupna, sprzedać po kursie sprzedaży” nie zawsze trzeba się trzymać. Choć każdy cinkciarz wie, że kupić drogo, a sprzedać tanio to strata i psucie rynku, światli bankowcy pojęli, że i kursy, i sprzedaż można odwrócić, czyli zastosować na opak. Wtedy wszystko się zgodzi, a jeszcze poszerzy widły, czyli spread. Odwrócone (do klienta) zostaje też ryzyko, co wynika z natury transakcji krótkiej.

Dla upewnienia się o swoich racjach prezes mBanku pyta: Gdyby było prawdą to, co twierdzi prof. Łętowska, to gdzie w latach 2003-08 były władze państwowe, prawnicy, sędziowie i instytucje chroniące konsumentów?

Ale wpierw dopytajmy: Gdzie był nadzór bankowy? Gdzie byli audytorzy, których psim obowiązkiem było owe umowy poddać rewizji finansowej i ustalić ich ekonomiczną i prawną treść. A była to i jest znacząca działalność, której nie można ignorować.

To z własnego doświadczenia, ale nie wypada na nie się powoływać, bo badanie banków przez maluczkich, bo "nie dla psa kiełbasa". Bo jak się utarło, przydatność opinii wydanej przez kogoś takiego byłoby ryzykowne, a jej wartość niewielka. Natomiast instytucje społeczne nie wnosiły zastrzeżeń, bo nie miały i nie mają dostępu do wiedzy, którą mają banki. A klient, poza biadaniem, że dużo płaci, też bezradny, bo nawet eksperci mają z tym problem. KNF i prezes NBP do dziś nie rozróżniają pojęć kredyt walutowy i złotowy indeksowany, twierdząc, że zapis frankowy w banku to waluta. A jeśli to waluta, wypadałoby wskazać, skąd się tam wzięła!

Niechciana Rekomendacja S

KNB w marcu 2006 r.wydała Rekomendację S, na co ówczesny premier RP zareagował: „Nie rozumiem polityki KNB utrudniania dostępu do kredytów i nie zgadzam się z nią”, a „Klub Parlamentarny PIS z niepokojem przyjmuje tzw. Rekomendację S, wprowadzającą ograniczenia kredytów walutowych. (…) Powoływanie się KNB na ryzyko nagłego spadku wartości walut i znaczny spadek wartości złotówki nie znajdują potwierdzenia w danych (…). Jeśli uwzględnimy wzrost gospodarczy, niską inflację i umacniającą się złotówkę, to obawy KNB nie znajdują potwierdzenia w faktach. KNB poprzez niejasne działania udowadnia, że realizuje interes banków, który stawia ponad interesem obywateli i publicznym. Trudno dostrzec w polityce KNB postulaty i opinie niezależnych ekspertów (…). KNB i RPP są ściśle powiązane osobą prezesa Leszka Balcerowicza. I dalej: Klub PIS, chroniąc interesy szerokich grup społecznych i dostępu do taniego kredytu, uważa (…)”. Tak ówczesne władze o Rekomendacji S , którą zaraz zarzucono, KNB rozwiązano i powołano KNF, która podzieliła argumentację władz. Do 2011 roku i po nim nie zrobiono nic. Ustawa antyspreadowa z 2011r. była działaniem pozornym; co prawda pozbawiła banki części dochodów ze spreadu, ale nie obniżyła kosztów kredytu, bo zamiast bankom, klienci musieli płacić kantorom.

Władze były na miejscu i zadbały, by ludzie pozbyli się wątpliwości dot. kredytów indeksowanych, więc ich lawina ruszyła. Prezes mBanku twierdzi, że doradca albo pracownik sprzedający kredyt nie mogli informować o ryzyku, bo go nie znali. Czyżby? Popatrzmy: w dniu udzielenia kredytu wiemy na pewno, że: (najlepiej pokazać na liczbach, zbliżonych do rynkowych: kredyt 300 tys. zł., 30 lat ze stawką LIBOR + marża = 2 proc. Kurs kupna 2,10 PLN/CHF, sprzedaży 2,30). Po podjęciu decyzji bank zapisuje:

Nabycie prawa do 143 tys. franków za cenę 300 tys. zł; a po drugiej stronie: rozchód pieniądza 300 tys. zł

W tym samym dniu bank wycenia nabyte prawo (143 tys. x 2,30 ) = 329 tys. zł, więc dopisuje:

Do aktywów: prawo do waluty: 29 tys zł.; Do pasywów: przychody przyszł. okresów 29 tys. zł

Uwaga: Punkty a i b można rozbić na więcej transakcji, ale skoro znany profesor mówi dwie - voila!

Sprzedający wie, że w dniu podpisania umowy dług klienta wzrasta o 9,6 proc. czyli o 29 tys. zł. Ale nie informuje o tym klienta, więc należałoby zapytać: dlaczego? Podobnie z odwróconymi kursami waluty.

Kto audytował księgi banków i dlaczego tych faktów nie dostrzegł i nie zdefiniował? A może nie chciał?

Jak banki klasyfikowały te transakcje i gdzie ujmowano różnice z wyceny? Jeśli nie kredytobiorca, to kto był źródłem prawa do waluty CHF? Dlaczego klient ma zobowiązanie w PLN, a bank należność w CHF? Dlaczego stosowano odwrócone kursy CHF wbrew naturze transakcji? Jeśli ani nadzór, ani audytorzy nie odpowiedzieli, to cóż poczyniły zarządy banków z prezesami na czele? Zanim dostaniemy (?) jakiekolwiek odpowiedzi, przyjrzyjmy się skutkom pierwszej spłaty przy niezmienionym kursie PLN/CHF.

Kredyt bez indeksacji: 1 rata to: 1109 zł, w tym: 609 kapitał, 500 zł odsetki.

Kredyt indeksowany: pierwsza rata: 1214 zł, kapitał i odsetki bez zmian, ale dodatkowo 106 zł profitu z indeksacji, doliczanego do odsetek, stąd już w pierwszej racie zamiast 500 zł odsetek mamy 606 zł.

Ten dodatek do odsetek w miarę wzrostu kursu CHF powiększa się. Spójrzmy na ratę nr 156 za grudzień 2020, kurs CHF wynosił 4,32 zł, więc rata wynosi:

2281 zł, w tym: 788 zł kapitał, 321 zł odsetki oraz 1172 zł zysku z indeksacji, tj. 51% raty.

Z odsetkami zysk banku to 1493 zł, czyli 65 proc., a tylko 35 proc. raty obniża dług. To m.in. powód niezmniejszania się długu. Jeśli kurs CHF będzie rósł, to z każdą następną ratą będzie tylko gorzej. I tak do końca kredytowania!

Informacje o zwiększeniu długu oraz o rozliczeniu pierwszej raty klient winien był otrzymać przed podpisaniem umowy, bo tylko tak można było ukazać wpływ indeksacji na koszt kredytu. Natomiast zalecone przez KNF i dołączane do umów tabelki nie przedstawiały merytorycznej wartości, bowiem częściej wskazywały na korzyści kredytu indeksowanego niż jakąkolwiek realną alternatywę.

Łączny wpływ indeksacji od 2008 do 2020 (156 rat) łatwo obliczyć, przyjmując śr. kurs sprzed 3,60 zł:

Bez indeksacji: 173 tys. zł, z tego kapitał 108 tys. zł i odsetki 65 tys. zł; zadłużenie 192 tys. zł

Z indeksacją: 297 tys. zł, kapitał i odsetki bez zmian + 124 tys. zł zysk z indeksacji, który od strony klienta ginie w rozliczeniach, nie obniża długu, ale zawyża odsetki.

Zadłużenie z tyt. kredytu na koniec 2020 roku to 394 tys. zł, czyli o 202 tys. zł wyższe. To kwota do spłaty za okresy następne. Koszt kredytu to 326 tys. zł, czyli ponad 5-krotnie więcej niż zapisano w umowie.

Aktualnie mamy 0,5 mln frankowiczów. Zakładając, że pozwy wniesie 50 proc. z nich, to rozwiązanie problemu klauzul za lata minione spowoduje korektę dochodu banków o maks. 15,5 mld zł, a przy anulowaniu umów ok. 26 mld zł. Nie ma przy tym żadnych kosztów, a ew. zwroty w gotówce dotyczą tylko kredytów spłaconych, których jest niewiele, więc nie przekroczy to sumy 3 mld. zł. Należy też uwzględnić anulowanie ok. 30 mld. przyszłych dochodów z tytułu indeksacji, ujętych w saldach zadłużenia na koniec 2020 r.

Walka o bankowe należności

Aktualna dyskusja/polemika to w głównej mierze walka banków o utrzymanie bankowych należności z tytułu indeksacji; już zaliczonych do dochodu oraz tych przyszłych. To suma ok 50 mld zł, z którą nie mają nic wspólnego ani inni kredytobiorcy, ani społeczeństwo, ani depozytariusze, ani wierzyciele. Stracą jedynie akcjonariusze banków, bo pomniejszą się zyski. Zwrot pieniędzy rozłożony w czasie to mniej niż 0,5 mld zł/ rok.

To o majątek banków w postaci należności z indeksacji, przeszłych i przyszłych, toczy się spór, a nie o zwrot ogromnych pieniędzy. Szacunki KNF, że to wyniesie od 35,5 do 234 mld zł są z sufitu i wskazują, że problem nie jest rozumiany albo chodzi o wystraszenie społeczeństwa.

Jak wytłumaczyć rozrzut 200 mld, kiedy wszystko da się wyliczyć z dokładnością do 1 mld (maks). Chodzi tu tylko o naliczenia indeksacyjne z wyceny opcji, które nie obejmują żadnych odszkodowań, bo też nikt ich nie dochodzi.

Niezgodności kursów z tabelami, mające rzekomo przesądzić o abuzywności, są nieznaczne i wyolbrzymiane, zapewne by dyskusję skierować głównie na ten problem. Kursy walut są dobre, odchylenia rzędu 0,01 proc. trudności w ich czytaniu, co podnosiły niektóre sądy, też niewielkie. Kłopot z kursami jest taki, że banki stosowały je na opak, co niemal zrównuje efekty Libora z Wiborem. Wątpiącym w „opak” proponuję, by rozpatrzyli dwie proste, z życia wzięte sytuacje:

  • sprzedać walutę po kursie kupna i nazajutrz odkupić po kursie sprzedaży (250 Euro kursy 4 zł i 4,50. Kupno to 1125 zł, sprzedaż 1000 zł, strata 125 zł. (takie kursy stosują banki w umowach)
  • pożyczyć koledze 1000 zł, zamiast odsetek przeliczyć je po kursie kupna, a nazajutrz po kursie sprzedaży. Prawie to samo, ale tu mamy 125 zł zysku w jeden dzień, nawet bez odsetek.

Wniosek: jednakowe kwoty, kursy, bez odsetek; a różnica stąd, że a) dotyczy rzeczywistego obrotu walutą, transakcja b) obrotu tylko złotówkami, zaś waluta to indeks do przeszacowań. To sprzedaż odwrócona, czyli krótka, na której opiera się mechanizm indeksacji w instrumentach pochodnych. Pożyczając na krótko, różnica jest widoczna, ale jeśli na długo, staje się mało zauważalna. Taki właśnie mechanizm mamy w umowach o kredyt indeksowany. A jeśli kurs wzrasta o 10 proc. rocznie, o tyle zwiększa się RRSO.

Zapisy sprzedaży krótkiej to utworzenie w banku pozycji franka kosztem klienta. Klient zostaje na pozycji krótkiej z ryzykiem. Bank nabył prawo i zapłacił, klient zaś sprzedał opcję i ma dług, który bank zapisał w CHF. Spłaty rat rozliczają dług za opcję, bo innego klient nie ma. Na tym umowa o kredyt indeksowany do waluty mogłaby się zakończyć. Klient otrzymał kredyt w złotych, nie wie tylko, że z innej podstawy prawnej. Ale banki oferujące taką hybrydę nie wypełniły żadnego z obowiązków na nich ciążących. Włączenie opcji jest sprzeczne z naturą kredytu i ma na celu obejście ustawy. Jeśli banki twierdzą, że mają aktywa w CHF, to potwierdzają, że dokonały przewalutowania bez zlecenia klienta, czym naruszyły art. 5 i 7 prawa bankowego. Banki mają chyba świadomość, że utrzymanie takiej formy umowy (w obrocie prawnym nie będzie łatwe, bo zakłóca to równowagę kontraktową, naruszając też zasadę uczciwości biznesowej, niezależnie od statusu kredytobiorcy).

Pozycja walutowa w banku została utworzona wskutek sprzedania kredytu indeksowanego, którego elementem koniecznym jest sprzedaż krótka. Dziwne, że nikt dotychczas nie podjął prób ustalenia natury tych umów, a zrobiwszy to w ramach hobby, oferuję pomoc, wnosząc o odniesienie się do faktów, których w dyskusji dotąd nie ma. Argumenty prawne znajdziemy w każdym tekście prof. Łętowskiej. Sprzedaż krótką wprowadzono w 1998 roku, więc nadzór mógł przewidzieć, że pojawi się też w bankach. Tworzenie aktywów w walucie to kreowanie pieniądza z użyciem derywatywu, o czym każdy audytor wie, że takie transakcje podlegają kontroli szczególnej, bo są ryzykowne. Tu przerzucono je w całości na klienta.

Podsumowując, niezależnie od różnicy poglądów, wpływu na PKB, stan banków czy też tzw. dobro ogółu, obowiązujące prawo i wyroki sądów należałoby respektować, co wcale nie koliduje z podstawami gospodarki rynkowej. A korzystanie z dobrych wzorców naszych bogatszych sojuszników byłoby bardzo pożyteczne, o czym wspomniał też prof. Balcerowicz.

Ireneusz Łazarski

prawnik, biegły rewident,

absolwent ekonomii i finansów Georgetown University, Washington DC.

listy@wyborcza.pl

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Świetny tekst, dziękuję.
    już oceniałe(a)ś
    24
    2
    Czekamy na zlot banksterskiej trollowni.
    @Ricki
    Już są :D
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    I właśnie dlatego mam kredyt w PLN a nie w CHF. Ryzyko było oczywiste. Prezesi banków opowiadają teraz bzdury bo na tym polega ich biznes. Tak czy siak należy im (bankom) dowalić. Niech poniosą koszty ryzyka i przyjmąto na klatę. Część z tych prezesów opychała 12 lat temu te kredyty więc obniżka premii im się po prostu należy.
    @Czaszyn

    dowalić bankom. Niech będzie sprawiedliwie, niech Czaszyn spłaci kredyt w PLN i dostanie mieszkanie, a frankowicz niech dostanie zwrot kasy i dostanie mieszkanie na za darmo. To dopiero sprawiedliwość
    już oceniałe(a)ś
    0
    1
    @Czaszyn
    A ty uważasz, że jak masz kredyt w PLN, to bank cię nie roluje i nie masz w umowie nieuczciwych klauzul? Optymista.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    BP przegłosowało ugody
    już oceniałe(a)ś
    4
    0
    Banki sobie odbija straty na frankowiczach na innych klientach. Dziś banki korzystają z darmowego prawie kapitału a oprocentowanie kredytu to 7,2. Mało tego, marzą za kredyt to dzisiaj 15 procent czyli w momencie pożyczenia 20000 mój dług już tego samego dnia wynosi 23000. Bez żadnych odsetek.
    @devin
    Jak juz to nie straty tylko niezrealizowane, a zaplanowane zyski. Pewnie wiele tak zrobi ale to nie zmienia faktu ze kare za pazernosc musza poniesc. Nieuczciwy piekarz, czy sprzedawca na bazarze otrzymana za nieuczciwe praktyki kare tez przerzuca na niewinnych klientow. Wtedy trzeba zmienic piekarza/sprzedawce/bank i po sprawie.
    już oceniałe(a)ś
    4
    0
    ciekawa interpretacja. To znaczy, że w zasadzie te kredyty frankowe trzeba by traktować jak lewarowanie, "długą" spekulację na sprzedaży krótkiej, bez uzmysłowienia" sobie tego przez "spekulanta", czyli klienta-kredytobiorcę. Czyli to problem prawny.
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    To banki wykopały pułapkę i podłożyły minę pod życie tysięcy polskich rodzin. To banki wciskały toksyczny, lichwiarski produkt zakazany wcześniej w innych krajach. To bank narobiły syfu wiedzione chciwością, naruszając zasady współżycia społecznego i niszcząc bezpowrotnie reputację instytucji, które przynajmniej w teorii powinny być instytucjami zaufania publicznego. To banki za to zapłacą! Nikt nie straci poza banksterami. Po prostu policzą sobie trochę mniejsze premie.
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    Łazarski na szefa knf albo nbp w nowym rozdaniu bo ministra finansów nie życzę :-)
    już oceniałe(a)ś
    2
    0