Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od bardzo dawna kusi mnie, by opowiedzieć swoją historię jako komentarz do wydarzeń związanych z kredytami frankowymi. Bardzo hamuję się, by nie pisać pod tekstami prasowymi emocjonalnych komentarzy i nie dać się wkręcić w dyskusję, bo emocje związane z tą sprawą i tak mocno nadszarpnęły mi zdrowie. Jednak całkiem przemilczeć sprawy nie potrafię.

Dlatego pozwalam sobie napisać tekst skierowany do redaktorów poruszających tematykę kredytów frankowych i opowiedzieć swoją historię.

Mam wrażenie, że eksperci roztrząsają różne skomplikowane kwestie, nie mówiąc prostymi słowami, o co chodzi z punktu widzenia zwykłego, przeciętnego frankowicza.

Dawno i nieprawda

Możliwość wzrostu rat przy wzroście kursu waluty brałam zresztą pod uwagę zaciągając kredyt i tu się nie buntuję. Nie znam zresztą nikogo, kto za bardzo czepia się samych rat. Ja po prostu lata temu miałam się od kredytu uwolnić.

Problemem jest fakt, że ponaddwukrotnie wzrósł kapitał do spłaty. A taka możliwość nawet nie przeszła mi przez głowę, gdy zaciągałam kredyt. Naiwność i głupota? Być może. Na pewno brak zrozumienia działania mechanizmu kredytu frankowego spowodowany przez niedoinformowanie albo celowe wprowadzenie w błąd.

Co rozumiałam biorąc kredyt CHF:

  • – pożyczam 450 tys. PLN, co odpowiada xx tysiącom CHF,
  • – raty mam wyrażone w CHF, co odpowiada xx zł – i to może się zmieniać w czasie,
  • – symulacje spłat odsetek robione w PLN i CHF wyraźnie wskazywały na opłacalność franka, nikt nie robił symulacji z przeliczeniem wzrostu kapitału.

Tak było tłumaczone ryzyko kursowe.

Biorąc kredyt frankowy w wysokości 450 tys. zł, po 13 latach spłacania rat obejmujących odsetki i kapitał, nadal mam do spłaty około 600 tys. kapitału (1/3 już spłaciłam) plus odsetki. Realnie w ciągu całego trwania kredytu oddaję bankowi ponaddwukrotny kapitał plus odsetki wyższe niż w złotówkach. Złoty interes. Gdybym wzięła kredyt złotówkowy, to miałabym do zapłaty 450 tys. kapitału plus niższe odsetki.

Na kim więc banki robią kokosy? Gdzie tu śmianie się w twarz złotówkowiczom?

W 2008 roku postanowiłam wziąć kredyt na kupno większego mieszkania z myślą o powiększeniu rodziny. Zamieniałam dwa pokoje, 50 m kw. na trzy pokoje, 75 m kw. Zupełnie nie luksusy.

To jedna z najważniejszych decyzji w życiu. Jestem osobą, która nienawidzi ryzyka, nawet małego. Wyznaję zasadę „tisze jedziesz, dalsze budiesz” (tak, jestem z pokolenia, które jeszcze miało w szkole rosyjski), bardziej niż „kto nie ryzykuje, nie pije szampana”. Ubezpieczam się od czego tylko mogę. Nie inwestuję w akcje…

Dobrowolne oddanie się w niewolę kredytu było dla mnie wielkim wyzwaniem, które podjęłam tylko dlatego, że – mając solidne podstawy – zakładałam, że będzie to sytuacja krótkotrwała. Jestem zdecydowanie z tych, co bardziej boją się stracić, niż mają nadzieję zyskać.

Mój plan zakładał, że biorę kredyt na rok, góra dwa, dopóki się nie przeprowadzę, sprzedaję stare mieszkanie i spłacam całość. Jasno to deklarowałam doradcom. Po oszacowaniu zdolności kredytowej, miałam do wyboru trzy kredyty frankowe i dwa złotowe.

Kto wierzy, że wybiera się kredyt na zasadzie „a dowalę innym”? Ktoś na serio uważa, że podejmując jedną z najważniejszych decyzji w życiu głównym kryterium jest to, by kto inny miał gorzej? A to przecież ulubiona narracja bankowych trolli!

Różnice między ofertami sprowadzały się do tego, że jeśli wezmę kredyt w złotówkach, przez dwa lata zapłacę o ok. 30 tys. zł więcej odsetek (w tamtych realiach) niż przy franku.

Doradcy mówili jednocześnie, że ryzyko jest niewielkie, nawet jeśli frank pójdzie do góry o 20 proc. to i tak kwota rat będzie niższa niż przy kredycie w PLN. Potem się okazało, że byli tak szkoleni, a jednocześnie doskonale wiedzieli, jaka jest skala nadciągającego kryzysu i że kurs zmieni się najprawdopodobniej znacznie bardziej. Ale za upolowanego frankowicza dostawali większą prowizję. Czyli zarabiali na wrabianiu ludzi w niebezpieczne kredyty. Banki doskonale wiedziały, że przyszłościowo kredyty frankowe to większy zysk niż kredyty złotowe.

Gdyby ktokolwiek zająknął się, że kapitał do spłaty może jednocześnie urosnąć  nawet o te 20 proc. (a urósł  o prawie 100 proc.), przez myśl by mi nie przeszło brać kredyt w obcej walucie.

To byłoby dla mnie ryzyko nieakceptowalne. Ale nikt, absolutnie nikt nie poruszał tej kwestii i nie wyprowadzał mnie z błędu, co się może zdarzyć. Oczywiście każdy może powiedzieć, że powinnam była to wiedzieć. Ale nie każdy jest zawodowym ekonomistą.

Nawet w dawnych powieściach, np. w Lalce, gdzie mamy do czynienia z lichwiarzami, rosły odsetki (mogły być w różny sposób waloryzowane), ale kapitał – nigdy!

Do takiej interpretacji przepisów przychyliło się potem wielu specjalistów od prawa bankowego, a także Trybunał Europejski wypowiadając się o kredytach walutowych w innych państwach UE, pamiętam, że chyba mowa była o Austrii. Raty sobie waloryzujcie, kapitału – nie.

Bank mówi, że udzielił kredytu we franku. Czyżby? Na umowie jest 450 tys zł. Mało tego, od razu przy wypłacie naliczył sobie 15-20 tys. zł prowizji (czego także się nie spodziewałam), przeliczając najpierw te 450 tys. na franki, a potem z powrotem franki na złotówki – czyli na początku i finalnie były to jednak złotówki. Kolejna pułapka, o której nikt nie uprzedza. Może jest to gdzieś w umowie grubej jak księga (czytałam, nie wychwyciłam), ale czy to jest uczciwe? Zamiast 450 tys. dostaję realnie 420 tys.

Kłaniają się tutaj klauzule zabronione w umowie dotyczące kursu wymiany, ale to już akurat temat szeroko omówiony. Grunt, że dzięki nim jest szansa na wyplątanie się z tej matni.

Dlaczego mój plan spłaty kredytu nie wypalił

W czasie gdy brałam kredyt, nowe mieszkanie było dopiero w budowie. Zabezpieczeniem było stare mieszkanie. Ale zanim ustanowiłam na nim hipotekę, dopytywałam, czy bank na pewno przeniesie hipotekę na nowe, gdy dostanę akt własności. Wyraźnie mówiłam, że stare mieszkanie chcę sprzedać i całość kredytu spłacić.

Doradcy w różnych oddziałach banku potwierdzali, że oczywiście bank przeniesie hipotekę, bo przecież nowe jest o wiele droższe. Stare mieszkanie miało wartość 430 tys. zł, nowe 530 tys. zł wg wycen rzeczoznawców bankowych.

By się upewnić, że wszystko będzie OK, przeszłam się po trzech oddziałach banku i w każdym usłyszałam, że na pewno zmienią przedmiot obciążenia, bo przecież w ich interesie jest mieć wyższe zabezpieczenie. A tu niespodzianka… gdy przyszło co do czego, bank odmówił przeniesienia hipoteki na więcej warte mieszkanie, mimo że spełniało kryteria wymienione w umowie nawet przy ówczesnym kursie franka! Nawet pracownik banku, który przekazywał mi decyzję, powiedział, że to musi być pomyłka i natychmiast mam składać reklamację. Składałam ją pięciokrotnie! Pisałam je ja, pisały mi je znajome pracujące w innych bankach na stanowiskach menedżerskich. Mówiły, że działanie kredytującego mnie banku to „celowe działanie na niekorzyść klienta”.

Bank powołał się na to, że w umowie jest formułka „może przenieść”, a nie „przeniesie”, z czego, zdaniem banku, wynika, że może nie przenieść, nawet jeśli wszystkie warunki są spełnione. To działo się w październiku 2010. Wewnętrzny przepis, na który bank powołał się w odpowiedzi na reklamację, wprowadzili w grudniu 2010…

Tą prostą metodą bank upiekł dwie pieczenie przy jednym ogniu:

  • – nie mogłam sprzedać starego mieszkania, by spłacić kredyt, bo miało wpisane hipotekę o wartości przewyższającej wartość tej nieruchomości, wskutek czego zostałam uwiązana do kredytu i zamiast do 2010 mam kredyt do 2042 roku…
  • – muszę dodatkowo płacić tzw. ubezpieczenie niskiego wkładu, bo stare zabezpieczenie miało niższą wartość niż 80% należności po zmianie kursu. Dodam, że wkład własny miałam wniesiony w wysokości wymaganej w umowie podczas przyznawania kredytu, a nowe mieszkanie zabezpieczało te wymagane 80% kapitału nawet po najgorszej zmianie kursu. Ale bank uznał, że lepiej mu zarobić dodatkowo co trzy lata po 7-8 tys. na „ubezpieczeniu”, które potem zresztą zostało uznane za niezgodne z prawem.

Mogłam nie płacić tego ubezpieczenia jeśli… dam bankowi drugą hipotekę także na nowe mieszkanie. Czyli dobrowolnie założę sobie kolejną pętlę na szyję.

Tę sytuację przypłaciłam zdrowiem. Przed 40-tką zaczęłam chorować na nadciśnienie wywołane stresem. Innych czynników nie było, do końca życia jestem skazana na leczenie. Dodatkowo wszystkie moje decyzje warunkowane są niewolnictwem kredytowym i bezustannym lękiem. Bez kredytu, dokonywałabym innych wyborów – zawodowych i rodzinnych.

Kolejna kropla do czary goryczy – w pewnym momencie bank przedstawił aneksy do umowy nieco obniżające wysokość ubezpieczenia niskiego wkładu. Pytałam gdzie jest haczyk, bo przecież już wtedy zdawałam sobie sprawę, że tej instytucji nie wolno ufać.

Odpowiedź była, że w związku z trudną sytuacją, bank jednak chce iść na rękę kredytobiorcom. Nie wierzyłam, ale nie mogłam znaleźć kruczka. Okazało się, że w tym czasie ubezpieczenia już zostały uznane za bezprawne, a podpisanie aneksu zmieniającego ubezpieczenie w prowizję miało uniemożliwić dochodzenie roszczeń.

Słowa prof. Balcerowicza oraz red. Witolda Gadomskiego w tekstach w "Wyborczej" są dla mnie szokujące. Naprawdę bank ma mi zabrać podwójną wartość kredytu plus odsetki?? Należy mi się to za naiwność? Że niby „widziały gały, co brały”? No nie, nie widziały.

Pozytywne dla frankowiczów wyroki narażą banki na straty? Nie – banki tylko zarobią mniej niż miały w planach.

Tak, konsument jest na słabszej pozycji, nie ma tej wiedzy, co bankowcy i nie może tak swobodnie poruszać się w materii umów. Do tego banki grają, bardzo delikatnie mówiąc, nieczysto. Teraz bronią się argumentem „Pozwólcie nam okradać frankowiczów, bo inaczej Was też okradniemy. Przecież nie możemy zbiednieć.”

W moim przypadku analogiczna do ubezpieczenia niskiego wkładu jest sytuacja, w której złodziej ubezpieczałby mnie od kradzieży. Bank czerpał zyski za utrzymywanie ryzyka, od którego mnie „ubezpieczał”, choć mógł łatwo to ryzyko wyeliminować.

Cała ta historia przekonuje mnie do tego, by nie mieć z bankami więcej wspólnego niż absolutnie to konieczne. Zawsze chcą Cię oszukać. Mój partner zawsze mówi: nic nie załatwiaj osobiście w oddziale, tylko dzwoń na infolinię, tam przynajmniej nagrywają i trudniej im tak jawnie kłamać.

Trybunał Europejski ma rację, że rozstrzygnięcie sporu powinno mieć dla banków efekt odstraszający od tak nieuczciwych praktyk. Nie oczekuję prezentów, ale uczciwości, rzetelnej informacji, niewykorzystywania przewagi zdobytej nieuczciwością, niewprowadzania w błąd, żeby mnie ograbić.

A konfliktowanie ze złotówkowiczami? To obrzydliwe zagranie, ale widać zgodne z bankową moralnością!

Frankowiczka

Czekamy na listy, komentarze, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.