Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Musiałam skorzystać z pomocy lekarza. Na początku negocjuje się z telefonem, potem z domofonem, a potem zamykają człowieka w maleńkim pomieszczeniu. I tam zrozumiałam, dlaczego ludzie masowo umierają na COVID. Nie tylko z powodu choroby. Ale również ze stresu. Kortyzolu niszczącego układ obronny człowieka.

W chwili kiedy człowiek czuje się najbardziej bezradny, chory, przerażony, śmiertelnie przerażony, potrzebuje oprócz techniki i medycyny drugiego człowieka. Tak samo jak leków i tlenu. Kogoś, kto przez minutę wziąłby za rękę i uspokoił, pocieszył, zagadał. Jakiegoś okienka na korytarz, żeby nie czuł się taki samotny i zapomniany.

Na zwykłym SOR-ze przynajmniej widać krzątających się ludzi. W tym zamkniętym pomieszczeniu, kiedy nie wiedziałam, jak szybko ktoś do mnie przyjdzie, poczułam, że mój organizm ma potrzebę wyłączenia się z tej sytuacji. Definitywnie. Moje ciśnienie wzrosło dwukrotnie ponad to, co było w domu.

Ludzie pozbawieni wsparcia psychologicznego masowo umierają. Pośród najlepszych maszyn, które mają ich ocalić.

Niestety cofnęliśmy psychologię, jej dorobek, naukę, odkrycia o cały wiek.

Wróciliśmy do czasów, kiedy to najedzone i ogrzane niemowlęta masowo umierały w ochronkach z powodu braku kontaktu z człowiekiem. Jakby psychologia przez cały XX wiek nie uczyła o tym, jak psychika wpływa na siły organizmu. Wyrzuciliśmy to wszystko z medycyny i dziwimy się, że pacjenci masowo nam umierają.

Umierają z powodu niedouczenia i obojętności, braku kontaktu, braku wiedzy, braku człowieczeństwa.

Agnieszka Pilch

Listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.