Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Podziw i uznanie dla ministra Przemysława Czarnka! Na tę decyzję czekał z utęsknieniem cały świat naukowy i rzesze studentów. Biblistyka wkrótce stanie się pełnoprawną dziedziną nauki, z katedrami, habilitacjami, profesurami, grantami i stypendiami.

Powie ktoś - jakże to? Cały ten gmach oprzeć na jednym utworze? Ba, jednym, ale jakim! Toż całe wieki, fakt, że średnie, całe rzesze naukowców chciały zgłębić to dzieło i nie dały rady. Teraz pojawia się druga szansa i nie powinno nikogo dziwić, że właśnie w naszym kraju. Nigdzie w świecie nie ma lepszych warunków materialnych i duchowych do poważnego studiowania tej księgi ksiąg.

Za jakiś czas zachodni i rodzimi bibliosceptycy zrozumieją swój błąd i będą sobie pluć w brodę, ale poziom badań naukowych będzie już tak niebotycznie wysoki, że pozostanie im co najwyżej marne naśladownictwo. I zawiść. Ta sama, która już teraz podgryza wartości.

Jeden tylko fakt mógłby zepsuć humor Czarnkowi, gdyby był go świadomy. Otóż całkiem spory autorytet filozoficzny już w 1956 roku oświadczył, że jego ulubioną lekturą jest biblia. Mowa o Leszku Kołakowskim, który taką deklarację wygłosił w obecności władz uniwersytetu w Poznaniu. Lecz to chyba należy złożyć na karb przekornej natury profesora, który najwyraźniej chciał zagrać na nosie komunistom, a potem i PiS-owi nie szczędził gorzkich słów.

Ale minister Czarnek jest przecież człowiekiem dobrodusznym i jeśli coś robi, to ze szczerego serca, a nie na złość.

L. Woroniecki

Listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.