Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Słów już brak, by opisać, jak demokrata czuje się w kraju pisowskich rządów. Pamiętam komunizm, narodziny "Solidarności", dobrodziejstwa transformacji i wymarzone członkostwo w UE. Byłam pewna, że demony przeszłości nie wrócą.

Pan Jarosław Kaczyński zgodnie ze swoim planem, by zostać emerytowanym zbawcą narodu, właśnie zakończył demontaż państwa prawa. Z konsekwencją godną podziwu, bez użycia siły, przy biernej opozycji, z inteligentnie wcielanym w życie politycznym planem ułożył ostatniego puzzla. Zakończył się pełzający i bezkrwawy proces zmiany ustroju państwa. Nie ma trójpodziału władzy, wolnych sądów, konstytucja jest nic nieznaczącym aktem prawnym, a teraz społeczeństwo bez niezależnego RPO jest nagie i bezbronne.

Nie o taką Polskę walczyli nasi dziadkowie, nie za taką siedzieli w więzieniu nasi rodzice. Jeśli szarym człowiekiem demokratą targa złość i bezsilność, jakie uczucie musi towarzyszyć demiurgom wolnej i demokratycznej Polski? Z pewnością ich ból jest jeszcze większy niż mój.

Tymczasem gdy Kaczyński w białych rękawiczkach demontował ostatnią niezależną instytucję, na łamach niezależnej prasy toczy się seria polemik i niewiele wnoszących dyskusji. Odczuwam wielki dyskomfort, kiedy panie Zuzanna Radzik i Magdalena Czyż przerzucają się argumentami, która z nich właściwie zinterpretowała słowa redaktora Michnika o roli Kościoła i jego miejscu w naszej tradycji i tożsamości. Rażą mnie język, swobodny styl i ataki ad personam.

Opinia prof. Balcerowicza na temat frankowiczów posłużyła redaktorom Żakowskiemu i Skalskiemu do wiwisekcji starego cytatu i dogłębnej analizy reakcji czytelników na ten incydent z przeszłości.

Jestem wdzięczna, że żaden wierzący publicysta nie ripostuje na felietony Elizy Michalik i w podobnym tonie nie wypowiada się o życiu agnostyków i ateistów. Wolny obywatel ma prawo realizować swoją potrzebę transcendencji według własnego uznania, a dialog powinien się toczyć we wzajemnym szacunku i tolerancji.

Taka wymiana zdań ludzi mających dostęp do medium z racji swojego zawodu czy pełnienia określonych funkcji publicznych nie wnosi kompletnie nic do debaty publicznej. To tylko dążenie do zwycięstwa nad rozmówcą. Jest rzeczą bezsprzeczną, że debata publiczna służy kształtowaniu opinii, ale polemiki  deprecjonujące przy okazji zasługi tych, którzy mieli odwagę zmieniać zniewolony kraj, rażą Polaków, dla których Michnik, Balcerowicz i JP II pozostaną na zawsze wielkimi postaciami wolnej i demokratycznej Polski.

Niestety wielokrotnie miałam wrażenie, że media tańczą, jak PiS im zagra. Jesienią 2020 r. żyły tylko  nieznaczącą rekonstrukcją rządu i pozycją Gowina. O wiele ważniejsze były antycypowanie zdarzeń, koncentracja na sytuacji pandemicznej i zbliżającej się nieuchronnie trzeciej fali. Zamiast z politykami trzeba było rozmawiać z epidemiologami i analitykami.

Małgorzata

Czekamy na Wasze opinie, komentarze: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.