Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dzieje PRL-u naznaczone były tzw. akcjami – dość wspomnieć obrzydliwą „Akcję Wisła“ (1947 r, wypędzenie Łemków i Bojków), “Akcję Jodła“ (13.12.1981 – internowanie 10 000 działaczy "Solidarności"), czy równie haniebną „Akcję Hiacynt“ (1985) skierowaną przeciwko środowiskom LGBT. Są to akcje powszechnie znane, których brutalność utrwaliła się w pamięci społecznej. Na tym tle tzw. Akcja Domek (wrzesień 1980 - czerwiec 1981), której szczytowy punkt przypadł dokładnie 40 lat temu, na wiosenne miesiące 1981 roku, jawi się epizodem wręcz kameralnym. Tylko nieliczni historycy dziejów najnowszych pamiętają o tym wydarzeniu, które w obiegowych wspomnieniach o 16 miesiącach „Solidarności“ spychane bywa – moim zdaniem niesłusznie – na bardzo daleki plan.

U źródeł „Akcji Domek“ leżała dalekosiężna walka o władzę, którą prowadził Mieczysław Moczar jako prezes NIK-u.

Jego ludzie rozpętali w sierpniu 1980 roku akcję pogłosek przeciwko bliskiemu współpracownikowi Gierka, prezesowi Radiokomitetu Maciejowi Szczepańskiemu. Było to istne arcydzieło populistycznego podgryzania, w którym nie brakowało informacji o rzekomo złotych sedesach i orgiach erotycznych  odbywających się w jego licznych rezydencjach i na jachcie „Pogoria“. Naród to chętnie kupił i sukces tej akcji skłonił Moczara do jej rozszerzenia – agendy NIK-u zajęły się źródłem bogactwa gierkowskiego aparatu politycznego i gospodarczego. Moczar realizował tu kilka celów – chciał zemścić się na Gierku i jego ludziach za odstawienie w 1971 roku na boczny tor, pozyskać poklask szerokich warstw partyjnych, ale też i niepartyjnych i – last but not least – wzniecić strach wśród swoich przeciwników w średnim i wyższym aparacie partyjnym. Liczył, iż to pozwoli mu zagrać po raz ostatni – miał już 67 lat – o najwyższą stawkę, to jest o stanowisko pierwszego sekretarza.

Przez osiem-dziewięć miesięcy NIK rozpracowywał rozliczne dacze i nowo zbudowane wille wyższego aparatu partyjnego i rządowego. Prace te uległy wiosną 1981 r. przyspieszeniu z uwagi na zwołanie nadzwyczajnego zjazdu partii w lipcu. To delegatom zjazdu Moczar pragnął przedstawić raport o 50 ministrach, sekretarzach partii i wojewodach, którzy dopuścili się rozlicznych malwersacji, przywłaszczeń materiałów budowlanych i robocizny. Raport taki został wstępnie ukończony w czerwcu 1981 i kursował na najwyższych salonach władzy. Zaś dwóch zamieszanych w gierkowską korupcję ministrów popełniło wczesnym latem 1981 r. samobójstwa.

Stala się jednak rzecz paradoksalna – na szczeblu lokalnym ustalenia NIK-u na pewno przyczyniły się do pogłębienia czystek resztówek aparatu gierkowskiego. Natomiast na szczeblu centralnym akcja Moczara, acz przypieczętowała koniec niejednej kariery, spaliła w zakresie sprawczym na panewce – ponura sława otaczająca jego nazwisko, a także zmiana sytuacji w walce o władzę w PZPR spowodowała, iż żadna z trzech głównych grup (beton partyjny, centrum i partyjni reformatorzy) nie poparła Moczara, który dodatkowo zaczął się rozmijać z oczekiwaniami szerokich warstw partyjnych zmęczonych przedłużającym się zamętem. Tradycyjny sceptycyzm wobec Moczara zachowały też czynniki radzieckie. W rezultacie Moczar w wyniku głosowania na zjeździe odszedł zarówno z Biura Politycznego, jak i z KC; niebawem rozpoczął się dramatyczny zmierzch jego kariery. Półtora roku później generał Jaruzelski posłał go na ostateczną emeryturę.

Nie wątpię, iż Marian Banaś, zajmujący po 40 latach stanowisko Moczara, zna całkiem nieźle historię „Akcji Domek“ i że wyciągnął wnioski z bezdroży strategii Moczara, polegającej na szerokim ujawnieniu zarzutów.

Od czasu do czasu słyszymy wprawdzie pomruki szefa NIK, iż ma materiały co do nadużyć w rozmaitych ksiąstewkach PiS-owskich, i że niedługo o tym usłyszymy. Nie ulega też wątpliwości, iż dalsze materiały – w tym dotyczące osławionego Obajtka – bywają nadal zbierane. Ale gwarancją przetrwania Banasia jest nieujawnienie tych materiałów, by nie sprowokować dramatycznego kontruderzenia „zdrowego trzonu“ PiS-u, z rzekomo „postmaterialistycznym“ prezesem na czele. Tylko traktowanie tych teczek jako potencjalnego „kompromatu“ w stylu sowieckim pozwoli przetrwać Banasiowi i jego kamienicom, bo rywalizacje z Obajtkiem jako latyfundysta już nieodwołalnie przegrał. Zaś w ciągu czterdziestu lat od „Akcji Domek“ zmieniły się nie tylko okoliczności, ale i poczucie honoru.

 Prof. dr hab. Sergiusz Michalski, członek PAU

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.