Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piszę te słowa, patrząc jak biała zjawa w kombinezonie, masce, przyłbicy i oblepiona silver tape'em - podpisana „Michał Stud II” - męczy się naprzeciwko mnie z nałożeniem poszewki na koc po zdezynfekowaniu łóżka. Po pacjencie, którego płuca poniosły dzisiaj na wolność - saturacja w normie, wyniki prawidłowe. Szczęśliwiec poczłapał przed chwilą do domu.

Tak skotłowane łóżko oglądam codziennie u swoich dzieci. Zmaganiom Michała przez chwilę przyglądał się „Kamiś Stud I”. Uśmiechnął się do kolegi i pobiegł dalej, wezwany przez pacjenta, by zawieźć go z butlą tlenu do toalety. Teraz podeszła „Ania Stud II” - rozwożąca dawkę probiotyków - i zapewnia Michała, że pomoże mu, wracając. Chłopak bierze jednak sprawę "na ambit" i wydostaje się spod zielonej papierowej poszewki, zostawiając łóżko przygotowane dla kolejnego podduszonego. Pewnie dowiozą go dziś do naszego korytarza na oddziale jednego z tymczasowych szpitali prowadzonych przez wojsko.

Ta scenka rodzajowa nie powinna dziwić, gdybym wcześniej nie zwrócił uwagi na wiele tekstów, których autorzy zastanawiali się, czy studenci ostatnich lat studiów medycznych powinni - lub nie - zostać włączeni do procesu kryzysowej obsługi oddziałów covidowych.

Rozumiem - nikt nie chce wziąć odpowiedzialności za to, że przyszły lekarz opowie kiedyś jednemu z przyszłych pacjentów, jak to, zamiast zdawać egzaminy, pilnował mojego respiratora.

Słusznie. I niesłusznie. Bo choć moja głowa, przyćmiona niską saturacją, nie chce jeszcze pracować jak należy, do świadomości przebija się myśl, że przeżywamy oto - wspólnie - niezwykle ważny społeczny eksperyment.

Sytuacja ta wpisuje się zresztą w bardzo ciekawe doświadczenie, które system opieki zdrowotnej przeprowadza na własnym, chorym organizmie. Nie ma rozwiązań uniwersalnych, a ja - z perspektywy, w której się znalazłem - widzę jedynie mały wycinek tego, z czym wszyscy od miesięcy się mierzymy. To, co widzę, jest jednak na tyle pozytywne, że postanowiłem się tym podzielić z innymi.

Po pierwsze,

cały personel medyczny, wszyscy - salowe, studenci, pielęgniarki/rze, ratownicy/czki, wreszcie rezydenci, lekarze, adiunkci, ordynatorzy - przeszli/przechodzą przez to samo, co ich pacjenci. To pozwoliło zbudować rodzaj niesamowitej więzi - zarówno pomiędzy nimi samymi, jak i z pacjentami, którymi się opiekują.

Ratownik Maciek tłumaczył mi niedawno, że gdy przez cały dzień nosi maseczkę, spada mu saturacja, gorzej wykonuje swoje obowiązki. „Wszystko robię dwa razy wolniej, muszę uważać, co wam tu podaję” - mówił z rozbrajającą szczerością.

Po drugie, szukając magicznego koktajlu leków, zapomnianej terapii, szczęśliwego złotego strzału i mierząc się z katastrofalną porażką, cały personel medyczny nabrał szacunku do choroby i także - nawet jeśli pośrednio - do chorych. Widząc, jak cierpią pacjenci i jak niewiele mogą dla nich zrobić, wyposażeni w niedostateczną wiedzę i narzędzia, zbliżyli się do tworzywa. Jeden z lekarzy w czasie obchodu powiedział mi, że ostatnio wściekł się, gdy pomagał znajomemu przenosić drewno do kominka. Okazuje się, że parę miesięcy po ozdrowieniu wciąż nie odzyskał pełni sił. „Mamy tyle samo lat, znamy się, razem przecież uprawiamy sporty. On przeniósł swoją część jak gdyby nigdy nic, ja ledwo mogłem w płucach złapać oddech. COVID-19 to straszne świństwo, nie wiem, kiedy z tego wyjdę" - mówił.

A wracając do problemu studentów i po trzecie,

"Piel. Ania", pobierając mi krew, wyszeptała: „Oni nigdy i nigdzie nie nauczą się empatii tak jak na tej sali, w tym szpitalu. Nie będą już później chodzić z zadartymi nosami, za profesorkami”.

To jest może w ogóle najważniejsza lekcja: wojsko się nie „patyczkowało” i swoich studentów po prostu przywiozło tu do pracy. Dwa tygodnie praktyk, co jakiś czas, na pierwszym lub drugim roku. Słusznie, przecież nie doprowadzi to do załamania systemu kształcenia, a tym młodym ludziom da niesamowitą lekcję - na całe życie. Ważniejszą niż ten cały COVID-19. Przychodzą przyspieszony kurs wszystkiego - nauki, pracy, rozumienia pacjentów. Być może nigdy im się już taka "okazja" nie przydarzy? A może to oni będą projektować przyszłą reformę systemu opieki zdrowotnej? Lub założą własny szpital czy klinikę?

Nie wierzę, by uczelnie medyczne nie mogły mieć podpisanych umów ze szpitalami na stałe i zapewniać im takiej formy wsparcia w ciągu roku - dając przecież w ten sposób swoim studentom tę - jakkolwiek to brzmi - wyjątkową formę przygotowania do wykonywania zawodu.

Nie wierzę, że to jedynie problem organizacyjny.

Doświadczenie, którego stałem się właśnie częścią, napawa mnie jednak humanistycznym optymizmem. Bo taka zmiana - która bardzo by się nam wszystkim przydała - nie musi być ani skomplikowana, ani trudna.

Dziękuję całemu personelowi medycznemu, który bez wytchnienia czuwa nad chorymi. Jesteście dzielni. Jesteśmy wam wszystkim i każdemu z osobna winni wielki szacunek i podziękowania.

Studentów z mojego bloku pozdrawiam szczególnie i życzę Wam, byście z tego doświadczenia wyciągnęli jak najwięcej.

Jan Hofmokl, pacjent

Piszcie:listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.