Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Właśnie przeczytałem list o skandalicznej organizacji szczepień w warszawskiej przychodni MyMed i mogę coś dodać od siebie.

Miałem wyznaczone szczepienie na wtorek (13 kwietnia) o godz. 16. Wszedłem do środka o 19.40 z blisko dziesięcioosobową grupą. Za mną wpuszczono jeszcze kilka osób. Około 19.45 przebadał mnie lekarz i skierował na szczepienie. Po chwili jednak zrobiło się zamieszanie, bo okazało się, że szczepionka straciła ważność i pielęgniarki nie będą szczepiły, bo nie chcą brać na siebie odpowiedzialności.

Poinformowano nas, że kontaktowano się z ministerstwem i wydało ono zgodę na szczepienie jeszcze przez dwie godziny, ale pielęgniarki powiedziały, że bez pisemnego potwierdzenia nie podejmą się szczepienia.

Dochodziło do paradoksów: razem ze mną w środku było starsze małżeństwo, żona została zaszczepiona, ale mąż był zapisany 5 minut później i już nie został zaszczepiony.

Nie zaproponowano nam niczego w zamian, do tego zablokowano w systemie i dopiero po interwencji telefonicznej następnego dnia odblokowano i mogłem zapisać się do innej kliniki.

Zamieszanie było tam już od rana, znajoma miała szczepienie o 12.30 i weszła po 14.30. Ale cały czas   przekazywano informację, że wszyscy zostaną zaszczepieni, bo poprzedniego dnia szczepili aż do godziny 23.15.

Totalny bałagan!

czytelnik

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.