Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Na 13 kwietnia na godz. 17.05 miałam zarezerwowane i potwierdzone stosownym SMS-em szczepienie w klinice MyMed na ul. Wolność 2 w Warszawie. Dotarłam o 16.45 przed klinikę. Stał tam solidny tłumek oczekujących na swoją kolej. Do wnętrza przywoływano osoby zarejestrowane na godzinę...14! Co pięć minut po kilka kolejnych osób. Przed wejściem kłębił się kilkudziesięcioosobowy tłumek...

O godz. 18.43 spróbowałam zmienić termin przez infolinię 989. Ale ponieważ nie zaproponowano mi  sensownych możliwości, postanowiłam czekać dalej.

Ok. 19.50 przedstawiciel kliniki MyMed, stojąc w drzwiach kliniki, przywołał wszystkich oczekujących bliżej (ludzie ścisnęli się w zwartą gromadę bez żadnych ograniczeń, zapominając o jakimkolwiek dystansie!) i poinformował głośno, że o 19.45 minęła ważność szczepionek, którymi dysponuje!

Uciekłam przy pierwszych bluzgach i jak najbardziej uzasadnionych przekleństwach pod adresem kliniki i reprezentującego ją w tym momencie człowieka, zadzwoniłam pod 989 i zamówiłam nowy termin szczepienia w innym punkcie, ale już następnego dnia.

To, co zgotowała pacjentom klinika MyMed 13 kwietnia, to nie tylko kpina, to sprawa dla Rzecznika Praw Pacjenta, a nie wiem, czy nie dla prokuratury!

Klinika naraziła co najmniej kilkadziesiąt osób, a pewnie więcej, na wielogodzinne czekanie przed kliniką, przy temperaturze kilka stopni powyżej zera, na niewielkiej powierzchni (trzeba było nasłuchiwać, kogo sprzed drzwi kliniki wywołują do szczepienia!), organizując pacjentom - jak inaczej to określić - nielegalne zgromadzenie!

Totalna porażka!

Jakie konsekwencje poniesie klinika MyMed i kto pokryje koszty zmarnowanych szczepionek?!

Wyrolowana w ramach akcji szczepienia mieszkanka Warszawy (nazwisko znane redakcji)

Do kliniki MyMed mimo wielu prób nie sposób się dodzwonić, poprosiliśmy o wyjaśnienia mailem. Czekamy. 

listy@wyborcza.pl

Poprosiliśmy o listy i jeden już jest:

Ja z kolei czekałam w analogicznym tłumie przed tą przychodnią w piątek 9 kwietnia. Miałam wyznaczoną wizytę na 19.30. O 19.15, gdy zjawiłam się pod przychodnią zapraszane były osoby z godziny 17. Moja kolej przyszła po godz.  23. Weszłam, by ok 45 min spędzić w wąskich korytarzach w tłumie ludzi. Żadne zasady bezpieczeństwa i obostrzenia sanitarne nie były zachowane - poza tym, że pacjenci byli w maseczkach.

Czytelniczka

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.