Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jestem ojcem ratownika medycznego pracującego na w szpitalu na OIOM-ie, gdzie pacjentami są ciężko chorzy na COVID-19. Jest jedna rzecz, która natychmiast mogłaby pomóc zatrudnionemu tam personelowi, a mianowicie wsparcie  żołnierzy.

W szpitalu, gdzie pracuje mój syn, dwie pielęgniarki muszą obsłużyć na swojej zmianie cały oddział. Dwie kruche kobiety ubrane w hermetyczne stroje muszą często przenosić 80- i 100-kilogramowych pacjentów (częste choroby towarzyszące COVID-19 to cukrzyca i otyłość).

Robią to, podłączają chorych do aparatury, składają pościel po zmarłych, wyprowadzają zwłoki z oddziału, wprowadzają nowe łóżka, podłączają sprzęt, wypełniają dokumentację, a przecież równocześnie muszą ratować żywych.

Co najmniej połowę z tych rzeczy mogłyby  robić  osoby niewykwalifikowane, młodzi, silni żołnierze, którzy mają przecież służyć bezpieczeństwu obywateli.

Mój syn powtarza: "Tato, tam jest wojna. W każdym szpitalu prawie codziennie kilka-kilkanaście osób umiera. Wy tutaj tego nie widzicie, ale tam za drzwiami oddziału codziennie giną ludzie".

Jacek,Tarnowskie Góry

Kontrowersyjne? Za proste? Czekamy na listy: listy@wyborcza.pl

czytaj także:

Nie pamiętam już, jak wielu z nas wygląda bez maski. Widać tylko oczy

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.