Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Trochę już ochłonęłam, ale nie mogę nie podzielić się tym doświadczeniem.

Otóż przed samymi świętami dopadło mnie przeziębienie, nie było szans na teleporadę, bo wszystkie terminy przypadały już po świętach. Jako że jednak miałam do omówienia także inny problem zdrowotny, zdecydowałam się – już po niemal całkowitym ustąpieniu objawów przeziębienia, z niewielką chrypką – nie odwoływać wizyty umówionej z mężowskiego dodatkowego ubezpieczenia na 6 kwietnia w prywatnym centrum medycznym w Warszawie. Tam – po uprzednim wypełnieniu ankiety – umieszczono mnie w „izolatce”, a następnie zadzwoniła do niej pani doktor, która co prawda wystawiła mi skierowania na badania, które należy wykonać w przypadku mojego problemu, ale poinformowała mnie również, że będę je mogła wykonać dopiero po zupełnym wyzdrowieniu i wykluczeniu infekcji covidowej, czyli negatywnym wyniku testu.

Na prośbę o skierowanie na test odpowiedziała, że ona takich skierowań nie wystawia i na badanie muszę zarejestrować się przez internetowe konto pacjenta, co uczyniłam.

Otrzymawszy SMS potwierdzający datę i godzinę testu, zdziwiłam się niepomiernie (7 kwietnia o godz. 02:00), w naiwności swej niezmiernej doszłam jednak do wniosku, że zapewne funkcjonują punkty całodobowe, pomagające "rozrzedzić” kolejki.

Zdziwienie moje – tym razem połączone już z niejaką irytacją – wzrosło jednak, gdy w nocy na miejscu okazało się, że przy ul. Roentgena 46/9 jest co prawda przychodnia, ale zamknięta o tej porze na głucho.

Dzwonię pod numer placówki przysłany w SMS-ie – nikt nie odbiera. Dzwonię na infolinię NFZ – miła pani sprawdza w systemie i potwierdza, że taki punkt funkcjonuje 24 godz. na dobę, tudzież podaje mi inny numer telefonu, który – po krótkiej wymianie SMS-ów – okazuje się numerem kompletnie od czapy i nękam po nocy Bogu ducha winną osobę, którą bardzo przepraszam.

Znowu infolinia. Zgłaszam, że mają błędny numer telefonu. Pytam, czy w takim razie mogę zarejestrować się na test do innego punktu. Odpowiedź: nie, bo w systemie nie mogą się dublować pacjenci. Ale mogę spróbować na Pradze Północ, przy Szymanowskiego, bo tam też jest całodobowy punkt pobrań. Dostaję kolejny nr telefonu, pod którym kolejny raz nikt nie odbiera. Jestem bliska rezygnacji (w końcu co mi szkodzi, mimo kwarantanny, na której znalazłam się automatycznie z chwilą wpisu do systemu i zlecenia testu, poszwendać się nazajutrz po mieście w poszukiwaniu punktu pobrań, który mnie przyjmie), ale syn, któremu przyjemność sprawia jazda po  niezakorkowanym mieście, przekonuje mnie do wycieczki na Pragę. Dojeżdżamy. Trudne do zauważenia w nocy drzwi, a za nimi okienko w murze i dzwonek. Wydzwaniam panią. Żąda skierowania, którego przecież nie mam. Tłumaczę, skąd się u niej o tej porze wzięłam. Chce numeru zlecenia. Przecież też go nie mam. Prosi o pesel, po chwili z pretensją informuje mnie, że nie ma w systemie takiego zlecenia i wobec tego nie może mi zrobić badania. Usiłuję pokazać SMS-a, którego dostałam. Pani nie ma jednak życzenia na niego spojrzeć. Co mam zrobić w tej sytuacji? Niech pani dzwoni na… Bingo! Infolinię NFZ.

Wracam do samochodu. Dzwonię. Miła pani operatorka: Chyba pani żartuje. Sprawdza. Figuruję. Proszę panią z infolinii, żeby się nie rozłączała, wracam do punktu, wydzwaniam panią. Ponownie siada do komputera, szuka po peselu. No nie ma. Pani z infolinii na głośnomówiącym podaje mi numer zlecenia. Podaję go dalej. Wstukuje. Słyszę: o, teraz się pojawiło!

Wymaz pobrany. Wracamy do Ursusa. Jest 03.46. Nie mogę zasnąć, znowu zaczyna mnie boleć głowa. Kiedy wreszcie usnę, budzi mnie automatyczny telefon z sanepidu, przypominający, że jestem na kwarantannie. Dziękuję. Pewnie by mi to umknęło.

Nie napiszę, jakie wyrazy i uprzejmości cisnęły mi się na usta.

Dziś w nocy zrozumiałam, że księstwo żoliborsko-pcimskie nie jest z dykty ani tektury, ale z papieru toaletowego, do otulania takich jak ja naiwniaków, którzy mają temu księstwu ufać, płacić posłusznie podatki (nie zastanawiając się nawet przypadkiem, co władza  zechce z nich sfinansować), nie wypisywać się z ppk-ów, za to z entuzjazmem wpisywać w formularze spisowe.

Ze sławetnej „kamieni kupy” może dałoby się kiedyś zbudować jakąś konstrukcję. A z kupy papieru toaletowego?

Joanna Bakalarz

Piszcilisty@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.