Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

dr hab. nauk prawnych Rafał Adamus jest profesorem Uniwersytetu Opolskiego

Czekając na Godota. 13 kwietnia Sąd Najwyższy ma podjąć uchwałę w sprawie kredytów frankowych

W dniu 13 kwietnia 2021 roku w sprawie III CZP 11/21 cały skład Izby Cywilnej Sądu Najwyższego na wniosek Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego ma udzielić odpowiedzi na sześć pytań prawnych, dotyczących kredytów zaciągniętych w walutach obcych. Czego możemy oczekiwać?

Sąd Najwyższy powołany jest do sprawowania wymiaru sprawiedliwości. Przez lata czynił to w dwojaki sposób. Po pierwsze, przez zapewnienie zgodności z prawem i jednolitości orzecznictwa sądów powszechnych przez rozpoznawanie środków odwoławczych. Po drugie, przez podejmowanie uchwał rozstrzygających zagadnienia prawne.

Ostatnio otrzymał w tym celu jeszcze jedną prerogatywę: kontrolę nadzwyczajną prawomocnych orzeczeń sądowych. 13 kwietnia Sąd Najwyższy ma podjąć uchwałę rozstrzygającą zagadnienie prawne.

W Rzeczypospolitej Polskiej nie ma systemu precedensowego, czyli orzeczenie sądowe nie jest źródłem prawa. Niemniej uchwała całej Izby Cywilnej będzie jednak miała moc zasady prawnej, która wiąże składy orzekające Sądu Najwyższego. Ten z kolei jest najwyższą sądową instancją odwoławczą w Polsce. Gdyby zatem sądowi niższej instancji udało się „nie uznać” zasady prawnej (co w praktyce jest mało prawdopodobne), to w dalszym toku instancji zapewne zapadnie orzeczenie zgodne z zasadą prawną. Odstąpienie od zasady prawnej uchwalonej przez Izbę Cywilną wymaga ponownego rozstrzygnięcia w drodze uchwały przez Izbę Cywilną.

Uchwała całej Izby Cywilnej nie jest częstym zdarzeniem (choć jeszcze rzadsze są uchwały połączonych izb czy pełnego składu Sądu Najwyższego), niemniej rozstrzygnięcie w sprawie III CZP 11/21 będzie historyczne z uwagi na jego możliwe konsekwencje finansowe, szacowane przez ekonomistów na kwotę od kilkudziesięciu do ponad dwustu miliardów złotych.

Teoretycznie orzeczenie Sądu Najwyższego może zatem mocno wstrząsnąć systemem bankowym w Polsce, a poprzez finansowe neurony także całym systemem gospodarczym. Nie trzeba być ekonomistą, aby zauważyć, że gospodarka z natury rzeczy opiera się na kredycie. Rzadko który przedsiębiorca ma taką nadpłynność, która pozwala mu na finansowanie działalności bez kredytu obrotowego czy inwestycyjnego. Sprawny system bankowy jest zatem krwiobiegiem gospodarki. Problem w tym, że nie mamy czasów prosperity, a gospodarka znajduje się pod presją trzeciej fali pandemii COVID-19. Trzeciej i najprawdopodobniej nie ostatniej. Nie wiemy, jaki będzie ostateczny wpływ pandemii na sytuację banków poza problemem frankowym, np. z uwagi na ściągalność udzielonych kredytów.

Sprawa kredytów w walucie obcej ma wymiar tragedii antycznej o wielu racjach. Przyjmując takie porównanie, zacznijmy od bogów Olimpu. Oto jest przedziwny czas silnego kursu złotego i niskich kursów walut obcych. Bohaterowie tragedii nie mają na to osobistego wpływu, a zatem – upraszczając – sprawę można określić jako boskie fatum. Cóż, bogowie mogą być źli. Główną rolę w tragedii grają bogate i silne banki i biedni a liczni kredytobiorcy. W prologu tragedii banki, które z natury rzeczy chciały jak najwięcej zarabiać i kredytobiorcy, którzy – też z natury rzeczy – chcieli dla siebie jak najlepiej, zawierali podszyte ryzykiem umowy kredytowe. Zatem liczni bohaterowie tragedii zaprzedali swe ekonomiczne dusze w oparciu o cyrograf w obcej walucie. Działały różne emocje. Po jednej stronie walka o wynik finansowy i chciwość. Po drugiej, troska o byt rodziny, ale i krótkowzroczność. Trudno założyć, że żaden z kredytobiorców nie zadał sobie wówczas pytania, jakie mogą być wahania kursów walut, zwłaszcza w długoterminowej perspektywie. Niemniej, jak na tragedię antyczną przystało, jest też bezimienny chór. Tym chórem są wszyscy inni obywatele. Dlaczego?

Otóż banki mają „własne” pieniądze. Nie chodzi tu bynajmniej tylko o wypracowane zyski z działalności bankowej. Wielu posiadaczy rachunków bankowych sobie tego nie uświadamia, ale wpłacając pieniądze do banku, posiadacz rachunku bankowego wyzbywa się ich własności na rzecz banku. W zamian uzyskuje jedynie wierzytelność o wypłatę depozytu. Koszty rozstrzygnięć w sprawie kredytów w walutach obcych banki pokryją zatem z własnych pieniędzy. Rachunek bankowy, bankowość elektroniczna, karta płatnicza to obecnie produkty pierwszej potrzeby, must have. Pandemia tylko napędziła rozwój sektora e-commerce, który w zasadzie eliminuje obrót gotówkowy. Przy stałym popycie na usługi bankowe jest jeszcze sporo miejsca na podniesienie cen przez banki.

Pytanie, które się pojawia jest takie, czy bankom wystarczy samo podniesienie opłat na pokrycie kosztów skrajnie niekorzystnego dla nich rozstrzygnięcia Sądu Najwyższego, gdyby takie zapadło?

Jeżeli w następstwie uchwały 13 kwietnia bankom nie wystarczyłoby środków pieniężnych na pokrycie wierzytelności posiadaczy rachunków bankowych o wypłatę depozytów, to ochrona jednych konsumentów prowadziłaby do uszczerbku dla pozostałych. Zatem oto dzieje się tak, że bezimienny chór jest zakładnikiem negatywnych bohaterów tragedii, jakimi są banki. Nie ma zatem prostego rozwiązania, polegającego na ucięciu głowy wytypowanemu „złemu”.

W sztuce teatralnej pojawia się niekiedy deus ex machina. Niespodziewane rozwiązanie problemu. Depozyty bankowe gwarantowane są przecież przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Do równowartości 100.000 euro. Niemniej należy pamiętać, że zasoby Funduszu zostały mocno przetrzebione na skutek wcześniejszej fali niewypłacalności spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych. Kasy padały jak domki z kart, ale członkowie kas, na zasadzie solidaryzmu społecznego, choć globalnie bardzo mało partycypowali w budowaniu Funduszu, skorzystali z jego dobrodziejstw. Bankowy Fundusz Gwarancyjny może zatem nie wytrzymać testu masowych upadłości banków. Zresztą w przypadku takiego scenariusza ochrona depozytów to tylko jeden z bardzo wielu problemów.

Czekając na Godota warto zadać sobie pytanie, jak powinna wyglądać sprawiedliwość Sądu Najwyższego w sprawie kredytów w walutach obcych?

Przed Sądem Najwyższym jest istotny dylemat dogmatyczny. Prawo cywilne na przestrzeni swojego istnienia przechodziło ewolucję swoich założeń aksjologicznych. Zaczynało od nierówności pomiędzy osobami, które według dzisiejszych wyobrażeń mogły być jego podmiotami. Z czasem stanęło na pozycji równości prawnej stron stosunków cywilnoprawnych. Niemniej ta fundamentalna zasada zaczęła być podmywana przez potrzebę wzmożonej ochrony prawnej ekonomicznie słabszych uczestników stosunków cywilnoprawnych, czyli konsumentów. Z czasem zauważono, że wobec znaczącej dysproporcji ekonomicznej stron, masowości zawieranych umów, ich standaryzacji, braku możliwości ich indywidualnego negocjowania, tradycyjne mechanizmy prawa cywilnego są niewystarczające dla ochrony interesów konsumentów. Zatem zarówno w legislatywie, jak i w orzecznictwie sądowym doszło do wypracowania standardów ochrony konsumentów.

Standardy ochrony, w ich niektórych fragmentach, wydają się nawet przeciwskuteczne. Obowiązki informacyjne przed zawarciem umowy, obowiązkowe zastrzeżenia są tak liczne (dla uspokojenia sumień legislatorów w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku implementacji), że w praktyce konsument, nie potrafiąc wyselekcjonować tych najważniejszych z natłoku obligatoryjnie przedstawianych mu informacji, w praktyce ogóle ich nie czyta.

Niemniej nie oznacza to końca ewolucji prawa cywilnego. Stosunki społeczne są dynamiczne i ciągle się rozwijają, w szczególności w dobie dziejącej się rewolucji technologicznej. Konsumencki stosunek cywilnoprawny i jego ochrona zorientowany jest na znaczenie wewnętrznych relacji inter partes. Wartościami dostrzeganymi przez ustawodawcę są jego elementy wewnętrzne, takie jak interes konsumenta, indywidualne negocjowanie umowy, itp. Sprzeczność umowy konsumenckiej z tzw. dobrymi obyczajami ma znaczenie, ale tylko w kontekście wewnętrznych praw i obowiązków konsumenta w ramach jego relacji z przedsiębiorcą.

Być może potrzeba ochrony konsumenta w wymiarze cywilnoprawnym tylko z uwagi na okoliczności leżące wewnątrz stosunku prawnego jest zbyt wąskim ujęciem problemu? Indywidualna ochrona konsumenta nie powinna być bytem absolutnym, oderwanym od rzeczywistości.

Próby  szerszego podejścia do interesów konsumenta są już widoczne w ustawodawstwie. Z uwagi na czas ograniczenia podróży nie jest to dobry przykład, ale np. organizator turystyki może odwołać imprezę turystyczną, jeżeli nie zbierze się wystarczająca liczba chętnych (o ile to zastrzeżono). Nie można zatem zmusić biura podróży do zorganizowania nieopłacalnej imprezy turystycznej dla zadośćuczynienia jednostkowym interesom konsumenta, pomimo zawarcia umowy, hipotetycznie ryzykując wypłacalnością organizatora turystyki, a tym samym interesami innych konsumentów.

Sąd Najwyższy ma zatem okazję, aby wypowiedzieć się co do wyjątkowej możliwości ograniczenia ochrony konsumenta z uwagi na ważne okoliczności usytuowane poza jednostkowym stosunkiem prawnym, takie jak ważny interes ogólnospołeczny.

Zakładnikiem jednostkowych interesów konsumentów, w uwagi na masowość tej ochrony, nie powinny być istotne interesy innych obywateli. Doktryna według schematu: „po realizacji paradygmatu ochrony konsumentów choćby potop” musi budzić opór.

Ponieważ prawniczy warsztat wymaga analizy spraw w szerokim ujęciu, na zakończenie mała dygresja. Uchwała Izby Cywilnej Sądu Najwyższego, jakakolwiek będzie, może być podminowana wiadomą niewiadomą.

Piszcie:listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.