Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zmiany w Państwowym Ratownictwie Medycznym

W mediach społecznościowych często można spotkać określenie używane przez pracowników pogotowia – system to MY. Tak, system to my - Państwowe Ratownictwo Medyczne.

W 2006 r., po wejściu w życie ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, zasady działania były jasne. Dyspozytornie medyczne były małymi jednostkami podlegającymi dysponentowi ratownictwa medycznego, czyli dyrektorowi pogotowia. Dyspozytorzy znali teren, znali swoich „stałych” klientów, specyfikę różnych lokalnych środowisk, lekarzy POZ, personel izb przyjęć czy szpitalnych oddziałów ratunkowych, co pomagało w codziennej współpracy. Przede wszystkim mieli bezpośredni kontakt z załogami ambulansów, często w biegu przekazując zgłoszenia. Jeszcze pod koniec ubiegłego roku mimo panującej pandemii i dziennych zakażeń COVID-19 rzędu 25, 27 tysięcy czas dojazdu do pacjenta nie przekraczał ustawowego czasu, czyli 15 minut w mieście i 20 minut poza miastem. Dyspozytorzy ustalali miejsca w szpitalach. Przedstawiciele pogotowia spotykali się z władzami miast, by doskonalić współpracę między szpitalami, pogotowiem, strażą pożarną, strażą miejską czy sanepidem.

Dyspozytornie podlegają wojewodom

Od 1 stycznia 2021 r. wszystko się zmieniło i nie są to zmiany na lepsze. Może nam się to podobać czy nie, ale czas dojazdu do pacjenta wydłużył się do kilku albo nawet kilkunastu godzin przy podobnej skali zachorowań na COVID-19. Ludzie, nie mogąc się doczekać przyjazdu pogotowia, umierają w domach niekoniecznie z powodu koronawirusa.

Co się zmieniło w takim razie w 2021 r.? Jedynie nadzór nad dyspozytorniami.

Od 1 stycznia dyspozytornie podlegają wojewodom, a dyspozytorzy stali się pracownikami urzędów wojewódzkich. Zmiany te przyniosły katastrofalne skutki, a ofiarami tych zmian są potencjalni pacjenci, którzy coraz częściej nie mogą się doczekać pogotowia.

Zlecenie z Sosnowca do Wrocławia

Obecnie dyspozytornie są zastępowalne, czyli jeśli w jednej zajęci są wszyscy dyspozytorzy, to system przełączy Kowalskiego do innej, najbliższej dyspozytorni. W praktyce wygląda to np. tak: zgłaszający z Katowic (województwo śląskie) dodzwoni się do dyspozytorni w Katowicach. Dyspozytor przekaże przyjęte zgłoszenie do Gliwic (30 km od Katowic), skąd dyspozytor zadysponuje ambulans stacjonujący w Katowicach lub inny dostępny, będący najbliżej zgłaszającego.

Inny przykład. Ktoś mieszkający w Sosnowcu (województwo śląskie), wybierając numer alarmowy 999, dodzwoni się do Częstochowy (również województwo śląskie, 70 km od Sosnowca). Jeśli w Częstochowie wszyscy dyspozytorzy będą zajęci, system przekieruje go do Wrocławia (województwo dolnośląskie) lub innej dyspozytorni. Dyspozytor przyjmujący, nie znając specyfiki lokalnej ochrony służby zdrowia, specyfiki środowiska, terenu, przyjmuje każdą wizytę i przekazuje ją do dyspozytora karetek. Ten przekazuje zgłoszenie zespołowi ambulansu lub jeśli wszystkie ambulanse są na tzw. wizytach, w kolejce na SOR lub dezynfekują przedział medyczny po transporcie pacjenta zarażonego COVID-19 – innym dostępnym służbom: Lotniczemu Pogotowiu Ratunkowemu lub Państwowej Straży Pożarnej.

Do podobnych sytuacji dochodzi w całej Polsce.

W przypadku gdy zgłaszający zadzwoni pod numer 112, najpierw telefon odbierze dyspozytor 112 i po zebraniu wywiadu przekaże rozmowę dyspozytorowi medycznemu, który jeszcze raz będzie dopytywał o to, co potencjalny pacjent mówił już dyspozytorowi numeru 112. To nie jest wina dyspozytora, tak działa system, więc spokojnie odpowiedzmy na wszystkie pytania. Nie ma innego wyjścia.

W wyniku takiego podziału: dyspozytor – pracownik wojewody, ratownik medyczny – pracownik pogotowia, dochodzi do rozmycia odpowiedzialności za opóźnienie lub niewysłanie karetki do chorego oraz wydłużenie czasu reakcji i dojazdu zespołu ratownictwa.

W świadomości społeczeństwa to pogotowie jest odpowiedzialne za wszelkiego rodzaju opóźnienia lub brak reakcji na zgłoszenie. Kowalski, wzywając pogotowie, spodziewa się wizyty ratowników medycznych, a nie strażaków. Dlatego powtórzę jeszcze raz: 

dysponentem ambulansów w pogotowiu obecnie są dyspozytorzy – pracownicy urzędów wojewódzkich.

Armia ludzi w jedno miejsce

Zastępowalność dyspozytorni wbrew oczekiwaniom nie spełni również swojej funkcji podczas dużego zdarzenia lub katastrofy.

Zgodnie z zasadą zastępowalności dyspozytorni informację o zdarzeniu masowym będzie mogło przyjmować jednocześnie nawet kilku dyspozytorów w różnych miastach w Polsce, nie mając świadomości, że inny dyspozytor już zadysponował zespoły Państwowego Ratownictwa Medycznego. Jeżeli i oni to zrobią, to w tym samym czasie do tego samego zdarzenia bez potrzeby wyruszy niepotrzebnie armia ludzi, którzy byliby potrzebni gdzie indziej.

Następne zagrożenie to blokada systemu. Jeżeli w wypadku masowym, np. wypadku autokaru z 50 pasażerami, połowa osób wykręci 999 lub 112 i do tego kilku, kilkunastu świadków zdarzenia jednocześnie będzie chciało zgłosić katastrofę, zablokuje się system ratownictwa medycznego w całej Polsce.

System działania Państwowego Ratownictwa Medycznego został stworzony na potrzeby zwykłego pacjenta i powinien być doskonalony, by zapewnić większą dostępność. To, co w tej chwili obserwujemy, to sytuacja niczym z minionej epoki. Jak w starym dowcipie stoimy na krawędzi przepaści i musimy wszystkimi siłami powstrzymać kolejny krok w przód.

Jeśli system się zawali, trudno będzie go odbudować. A że się wali, to już widzimy, oglądając codziennie kolejki ambulansów pod szpitalami. Nie ma co zrzucać wszystkiego na koronawirusa – to niestety wadliwie działający system.

Ratownik medyczny

Listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.