Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Świat na oddziale intensywnej terapii dzieli się na pół.

Wystarczy spojrzeć na ekran z zainstalowanych na salach kamer po tej drugiej stronie, by zobaczyć, co wirus COVID-19 potrafi zrobić z człowieka. Chorzy zaintubowani, w pieluchach, podłączeni do stałego wlewu leków, z cewnikami przy łóżkach, w których gromadzi się mocz, oddychający wysokimi stężeniami tlenu z pomocą lub raczej - dzięki respiratorom. Raz na jakiś czas kilku z nich zostanie przewróconych na brzuch, aby poprawić jakość prowadzonej wentylacji. Codzienne próbki krwi, analizy, jedzenie wlewane do sondy, insulina wlewana do żył. Brak konkretnej terapii. Brak nadziei.

Witaminy, presory, sedacja, analgezja, leki moczopędne, sterydy, antybiotyki.

Zgon.

Może inaczej?

Przede wszystkim bezpieczeństwo

Gdy o tym myślisz, kiedy naprawdę widzisz w miejscu chorego kogoś ze swojej rodziny, tym skrupulatniej zakładasz na siebie tak zwane środki ochrony osobistej. W tym miejscu wypada przekazać kilka wskazówek praktycznych. Zakładając kombinezon czy maski twarzowe, pamiętaj o swoim komforcie. Każdy ciasno przylegający troczek, gumka, czy zbyt małe rękawiczki, będące od momentu wejścia do strefy brudnej twoją sztuczną skórą, zaczną przeszkadzać. Szerokie poły kombinezonu oblepią ci ręce i nogi, przyłbica przyprawi o ból skroni, a gumki maski wrzynać się będą w skórę jak żyłka. Przebranie kontroluj w lusterku, śpiesz się powoli, zapnij suwak po szyję i nie ufaj naklejkom – przestaną przylegać po drugiej godzinie pracy. Sprawdź, czy wziąłeś ze sobą wszystko, co potrzebne. Sprawdź kolegę i koleżankę z zespołu. Wasze bezpieczeństwo to suma uwagi każdego z was.

Nie pamiętam już, jak wielu z nas wygląda bez maski. Widać tylko oczy

Wszyscy będziemy potrzebować psychoterapii

Oddziały OIT o profilu covidowym są często adaptowane. Dlatego ich funkcjonalność, z punktu widzenia praktyka, pozostawia wiele do życzenia. Problemem może być brak przestrzeni, brak blatu roboczego do przygotowywania leków, niewystarczająca powierzchnia magazynowa czy ograniczona przepustowość śluzy. Personel obsługujący nadprogramowe łóżka na oddziale intensywnej terapii bywa patchworkowy. Do pomocy w opiece nad chorymi ściąga się posiłki z oddziałów, gdzie pacjent nieprzytomny, zaintubowany czy zakażony bywa zupełnie nowym doświadczeniem.

Sytuacje wywołujące frustrację, niewygodę czy zagrożenie narażają nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Moja pierwsza myśl po opuszczeniu oddziału po dyżurze  – po tym, co spotkało nas w czasie COVID-19, wszyscy będziemy potrzebować psychoterapii. Wsparcia.

To miękki zespół stresu pourazowego. Poczucie niemocy. Ryzyko. Nadgodziny. Przepracowanie. Kolejny zgon. Kolejne przyjęcie. Przeklęta niesprawiedliwość. Niestety - także pieniądze. Cykl bez widocznego końca.

Miną miesiące, nim chory znów będzie samodzielny

Gdy wszedłem na „brudny” OIT po raz pierwszy, od razu wziąłem udział w tzw. pronowaniu pacjenta, a więc obróceniu go z pozycji na plecach na brzuch. „Prone position”, o której mowa, poprawia rekrutację pęcherzyków płucnych, a więc zwiększa powierzchnię czynną płuc. To zabieg ratunkowy i ryzykowny. Wymaga zdrowego rozsądku i współpracy przynajmniej czterech doświadczonych osób. Chorego odpina się od aparatury, wymienia rurkę intubacyjną na kolejną, powleczoną metalowym drucikiem („zbrojoną”), po czym ściąga na sam brzeg łóżka, zaopatrując materac w niezbędne podpórki, wałki i specjalną, dziurawą poduszkę. Potem ciało opada miękko na brzuch.

Przyklejone w lustrzanym odbiciu elektrody EKG pokazują aktywność elektryczną serca. Pulsoksymetr rysuje już falę tętna, ciśnienie mierzone bezpośrednio w tętnicy spada, wzrasta lub pozostaje bez zmian. Nigdy nic nie wiadomo. Teraz kontrola – rurka intubacyjna, klatka piersiowa, cewniki, ręce pozorujące pływanie kraulem, zamrożone w czasie, gałki oczne czy usta. Każdy detal może być ważny. Gdy ciało, nagie i zwiotczone, leży przed tobą, masz dziwne wrażenie końca. Tak przecież na dłuższą metę nie da się żyć. Ile razy ciało opadnie miękko na brzuch, nim całkiem da za wygraną? Terapia nie sprawia wrażenia finezyjnej i nowoczesnej. Ale to jedna z ostatnich desek ratunku.

Po dłuższym leżeniu na brzuchu chory wygląda jak ofiara pobicia. Ma strupy na czole i policzkach, zdarte wargi, uraz na brodzie, czy kolanach. A przy tym ozdrowieniec nie ma sił i energii. Tygodnie respiratoterapii i respiratozależności nie są obojętne dla ciała i ducha. Miną miesiące, nim chory wróci do samodzielności. Ale żyje!

Przeszedł gehennę, być może miał dużo szczęścia. Musi teraz poświęcić czas sobie. Uniknąć zapalenia płuc. Uniknąć choroby zakrzepowej. Przygotowywać się do życia w domu, tak jak zdrowy człowiek trenuje przed maratonem. Ciało wymaga czasu, aby otrząsnąć się z tego wirusowego wstrząsu. Powrót do normalności to zwykle odległa przyszłość.

Praca na OIT covidowym to istna żonglerka. Niedobór personelu, skąpe teamy, dokumentacja, zlecenia, wieczny niedobór i duże zużycie leków. Każdy z pacjentów podlega sedacji, a więc działaniu środków nasennych. Nie ma mowy o przerwie. Ciągła wymiana starych strzykawek na nowe, wypełnione niezbędnym lekiem, odbywa się nieprzerwanie tak w dzień, jak w nocy. Nawet kilkuminutowa przerwa w podawaniu leków naczynioaktywnych skutkować może zagrożeniem życia lub zdrowia. Baterie strzykawek przygotowywane są na bieżąco, ich czas wymiany – synchronizowany, wejście na salę to możliwie dużo czynności naraz. Bezproduktywna obecność na sali jest błędem. Optymalizacja pracy to credo intensywnej terapii. Ciągła kalibracja. Ciągłe zmiany, aby – paradoksalnie – zachować trwałość. Leczenie ma charakter zachowawczy.

Byle niczego nie popsuć. Byle utrzymać chorego w stanie równowagi.

Co się liczy

Dobrobytem człowieka na intensywnej terapii nie są pieniądze, status społeczny, czy młodość. Jego pomyślność wyraża ciśnienie krwi, tętno czy ilość oddawanego moczu. To zupełnie inny świat – jak powtórne narodziny człowieka. Chorego uczy się  na nowo oddychać, spać bez pomocy leków, siedzieć, chodzić, korzystać z łazienki. Intensywna terapia daje nie tyle drugą szansę, co drugie życie. W kontekście pandemii – pozwala sięgnąć ręką do worka z losami. Większość chorych sztucznie wentylowanych umrze. Ale część z nich, której w udziale przypadł zwycięski kupon, poradzi sobie z chorobą. Nauczy się w końcu oddychać, najpierw za sprawą wysokich przepływów czy maski twarzowej, a z czasem - wąsów tlenowych. Przekroczenie granicy obu stref to jak powrót na rodzimą planetę. Nim chory nacieszy płuca świeżym powietrzem, czeka go wolny proces adaptacji do ziemskich warunków.

Tego nie da się zapomnieć

Oddział OIT COVID odciśnie mi się w pamięci na lata. Tego jednego jestem pewien.

Gdy opuściłem strefę brudną, zdejmując z siebie kolejne skażone części środków ochrony osobistej i przeszedłem do części czystej, szum wiszącej u szczytu aparatury wypełnił pokój. Jakieś złącza, wtyki, przejściówki, migające diody, huczący prąd zaopatrujący cały ten kram w dane i zasilanie. Tłocznia energii. Pustka. Ale w tej pustce słychać też głosy. Owe szczególne oddziały intensywnej terapii wyposażone są w mikrofony, zbierające dźwięk i ułatwiające komunikację. Będąc za drzwiami, wciąż słyszysz głosy, trzask narzędzi, pstryki i kroki, jak gdyby dobiegały one z wnętrza twojej głowy. Wrażenie pobytu w strefie brudnej trwa nadal. Potem prysznic. Zimna woda nawet po trzech minutach. Znów głosy. Musisz się spieszyć, bo w kolejce są inni. Zakładasz czyste ubranie. Dwie maski. Buty. Ciągła dezynfekcja.

Za kilka godzin proces się powtarza.

Jak w zapętlonym programie.

Sebastian Kuklo

pielęgniarz lic. , specjalista anestezjologii i intensywnej terapii

mgr oligofrenopedagogiki

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.