Kanada nigdy nie musiała stawiać czoła wyzwaniom, które w Ameryce napędzały wielkie protesty. Większość akceptuje w pełni politykę imigracyjną. Ludzie są tu tolerancyjni, więc Kanada uważana jest na świecie za kraj przyjazny.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W cytowanej przez wpływowy dziennik "Globe and Mail", wydanej jeszcze w 2017 roku książce „Czy mogłoby się to wydarzyć tutaj – Kanada w wieku Trumpa i Brexitu” jej autor Michael Adams konkluduje, że jednak nie. Jako argument przywołuje historię kompromisów, tolerancji i ugodowości społeczeństwa w tym kraju. Tolerancja sprawiła, że już w pierwszej połowie XIX stulecia czarni niewolnicy uciekali do Kanady, by tam cieszyć się wolnością. Kanada ma swoje dawne grzechy wobec Indian, ale dziś kolejne rządy czynią starania, by ludzie ci czuli się w pełni obywatelami, z szeregiem przywilejów i autonomią. Nazywani są też z pełnym szacunkiem First Nations (pierwsze narody).

W dzisiejszej Kanadzie mieszane pary na ulicy nie są wytykane palcami. Mój własny wnuczek w przedszkolu ma czarnoskórą wychowawczynię, miss Angel, którą uwielbia. Co bynajmniej nie znaczy, że rasizm jest tu całkowicie pokonany. Jeśli jest, to podskórny, raczej skrywany, czasem jednak pokazuje swoje niechlubne oblicze. Obecny rząd kanadyjski akcentuje swoją politykę pełnej integracji i tolerancji rasowej. Wielokulturowość, czyli „multi-kulti”, obiekt nienawiści lub drwin ośrodków ultraprawicowych, jest niemal sztandarowym hasłem i dumą Kanady.

Po śmierci George’a Floyda w Ameryce, premier Justin Trudeau stwierdził, że w Kanadzie też nadal istnieje systemowy rasizm, który trzeba zlikwidować i wymienił w tym kontekście RCMP – Królewską Konną Policję, a sam ukląkł wraz z tłumem tutejszych aktywistów Black Lives Matter w antyrasistowskim proteście przed gmachem parlamentu w Ottawie.

Oczywiście, rasizm bynajmniej nie jest jednoznaczny z trumpizmem, choć zawsze kojarzony jest z pozbawioną empatii skrajną prawicą, jaką otaczał się Donald Trump.

Ze znajomymi rzadko rozmawia się o polityce 

Już w sierpniu 2020 Peter Donolo, niegdyś dyrektor ds. komunikacji w rządzie premiera Jeana Chrétiena, powiedział: „Przez ostatnie cztery lata koszmarem nocnym przyprawiającym o gorączkę kanadyjskich działaczy postępowych było to, że każdego dnia patogeny trumpizmu z całą ich nienawiścią i szałem mogą przeskoczyć przez granicę i zainfekować politykę kanadyjską. W tym czasie jeszcze nikt nie mógł przewidzieć wyniku listopadowych wyborów ani odmowy zaakceptowania ich wyniku przez Trumpa, tym bardziej szturmu radykalnej hordy na Kapitol 6 stycznia br. Ale bliskość geograficzna sprawia, że Kanada, jak żadne inne państwo, narażona jest na wpływy zza południowej granicy.

Mieszkając w spokojnej dzielnicy miasta Burlington w prowincji Ontario, gdzie obcy ludzie na spacerze mają zwyczaj się pozdrawiać, nie słyszy się o ekscesach żadnych radykalnych grup. Oczywiście, trafiają się ludzie, sami dalecy od jakichkolwiek radykalnych czynów, którzy w spokojnej konwersacji okazują się być apologetami Trumpa. Z mojego osobistego doświadczenia zetknąłem się z takimi wśród tutejszej Polonii, która w większości popiera w Polsce PiS. Z Kanadyjczykami w ogóle rzadko w rozmowie porusza się tematy polityczne, ale w kilku przypadkach zamieniłem z sąsiadami kilka zdań na temat ostatnich wydarzeń w Stanach Zjednoczonych i ci emfatycznie wyrażali się o Trumpie w samych negatywach. Kanada jest wielka i z perspektywy cichego osiedla domków trumpizm wydaje się bardzo daleki. Dlatego moje informacje o trumpizmie w Kanadzie pochodzą nie tyle z osobistych obserwacji, ile z tutejszych mediów oraz z rozmów z różnymi znajomymi.

34 proc. Kanadyjczyków ma poglądy populistyczne

A media przypominają o istnieniu i działalności zwolenników idei i sposobu działań Trumpa. Do wczesnych oznak, że jednak ideologia trumpizmu przenika do Kanady należały ulotki ultraprawicowej grupy krążące po Toronto już w 2016 r. ze znamiennym pytaniem: „Hej, biały człowieku, czy jesteś zmęczony poprawnością polityczną?” W czerwcu 2020 r. gazety doniosły o sondażach wskazujących spadek zaufania do prasy i dziennikarzy, co bardzo przypomina efekt populizmu Trumpa, tak często powołującego się na wszechobecne fake news.

Media też doniosły o alarmującej statystyce wskazującej, że aż 34 proc. Kanadyjczyków ma poglądy populistyczne, przy czym zdecydowana większość tej grupy pochodzi z zachodnich prowincji Alberta i Saskatchewan i są to na ogół ludzie starsi i słabiej wykształceni.

Rozwijając temat, media określiły tych ludzi jako bliskich idei populizmu obejmującego takie pojęcia, jak prawicowy autorytaryzm, wrogość wobec obcych i odebranie rządów od skorumpowanych elit, ażeby powrócić do „prawa i porządku”. Według badacza populizmu Franka Graves’a, grupy takie są na ogół ksenofobiczne, nie mają zaufania do nauki, nie są zainteresowane równością dotyczącą obcych etnicznie ani praw kobiet. Pismo "Macleans" upatruje ten trend w haśle wyborczym „True Blue” (Wierni niebiescy) walczącego o stanowisko nowego lidera Partii Konserwatywnej Kanady Erina O’Toole. Według tego samego źródła populizm osiągnął w Kanadzie wymiar krytyczny i musi być wzięty pod uwagę.

Co w grze o stołki bardziej się opłaca?

Ten sam Erin O’Toole opublikował w ramach swojej kampanii wideo z hasłem „Take back Canada” (Odbierzmy z powrotem Kanadę), co mocno przypomina hasła Trumpa. Zapytany przez telewizję CBC, czy jego polityka „Canada First” różni się czymkolwiek od Trumpa „America First”, O’Toole odparł, że nie. Ale retoryka trumpistowska wydaje się też zależeć do pewnego stopnia od koniunktury politycznej i chłodnej kalkulacji tego, co bardziej się opłaca, gdy w grę wchodzi walka o stołek. Według „Globe and Mail” z 3 lutego br., jednak w ostatnich tygodniach wspomniany już Erin O’Toole zwrócił uwagę obserwatorów swoimi wysiłkami, by pokonać populistyczne odruchy wewnątrz swojego obozu zamiast się im przypodobać. Wydaje się, że zrozumiał, iż zwycięstwa w wyborach wewnątrzpartyjnych nie osiągnie się poprzez większe upodobnienie się do Trumpa, tylko przekonując do siebie rozczarowanych wyborców centrowych. I wygrał, co wskazuje na to, że większość kanadyjskich wyborców z prawej strony mapy politycznej jednak nie jest gotowa na rewolucję populistyczną.

Natomiast jego poprzednik jako lider Konserwatystów, pokonany Andrew Scheer namawiał Kanadyjczyków, by nie wierzyli temu, co podaje telewizja, bądź internet, ale sprawdzali kilka razy każdą podaną wiadomość. Taka retoryka wpisuje się wyraźnie w znaną obsesję Trumpa, gdy podczas swojej kadencji niemal codziennie tweetował lub wygłaszał swoje ataki na media, odrzucając wszelkie niewygodne dla siebie wiadomości, jako fake news.

Niektórzy komentatorzy kanadyjscy upatrywali elementów trumpizmu u premiera prowincji Québec, François Legaulta, z uwagi na jego dość wyraźnie artykułowaną ksenofobiczną retorykę, jednak na tym kończy się jego podobieństwo do Donalda Trumpa.

Ilu zwolenników QAnon żyje w Kanadzie?

W Ontario powstała radykalnie prawicowa organizacja „Ontario Proud”, a w różnych prowincjach działają oddziały amerykańskiej organizacji „Proud Boys”, której członkowie brali udział w napadzie na Kapitol. W dzień po szczęśliwym zaprzysiężeniu Joego Bidena na prezydenta Stanów Zjednoczonych telewizja CTV w programie z Montrealu opowiedziała o obecności w Kanadzie tajnej organizacji wywrotowej QAnon, która także uczestniczyła w wypadkach z 6 stycznia br. W przytoczonych rozmowach z ludźmi o dziwnych zachowaniach niektórych członków ich rodzin, znalazły się m.in. takie opowiadania: „Ojciec Mike’a zawsze miał ciągoty bardziej konserwatywne, ale także coś z zachowań konspiracyjnych. On uwierzył w teorię spiskową, że np. wiadomość o strzelaninie w szkole Sandy Hook w stanie Connecticut, w której zginęło 26 osób, w większości dzieci, została zmyślona jako pretekst, żeby rząd amerykański zabrał Amerykanom ich broń”. Jest to tylko jeden z przykładów mentalności zwolenników QAnon. Z tego, co o nich wiadomo, wierzą w całkowicie skorumpowane systemy władzy na świecie, natomiast nie wierzą w wiadomości podawane przez media głównego nurtu ani w ostrzeżenia naukowców. Ilu zwolenników QAnon żyje w Kanadzie – nie wiadomo. Na szczęście, w Kanadzie broń palna nie jest tak powszechnie dostępna, jak za południową granicą i aby ją mieć, musi się uzyskać pozwolenie.

Telewizyjny przyczółek populizmu nie spodobał się

W minionych miesiącach do kwestii obecności i prognozy rozwoju trumpizmu w Kanadzie doszedł nowy czynnik, który wydaje się działać jak katalizator, ale ze znamienną dychotomią. Popycha polityków w jedną stronę, natomiast tzw. szarego człowieka w przeciwną. Premier Ontario Doug Ford popierał Donalda Trumpa przez całą jego kadencję, a jego retoryka i lokalne decyzje przypominały sposób rządzenia byłego amerykańskiego prezydenta. Jednak ostatnio niektóre media wspominały, że Ford stał się, pod wpływem wymogów pandemii, nieco bardziej pragmatyczny, zdając sobie sprawę z odpowiedzialności i z tego, że jednak jego losy zależą od wyborców. Natomiast w czerwcu 2020 r. szary obywatel, niejaki Corey Hurren, zwolennik teorii spiskowych, łącznie z tą, że koronawirusa wypuściły w świat celowo „globalne elity”, staranował bramę rezydencji Justina Trudeau w Ottawie. Jak podała policja, miał ze sobą kilka sztuk broni palnej.

Z rozmów ze znajomymi dowiedziałem się, że co najmniej kilka razy zetknęli się z czyimś utyskiwaniem na rząd, który w dobie pandemii wpuszcza imigrantów, i to nie białych, i w ogóle, że polityka wobec muzułmanów i innych obcych kulturowo zagraża białym Kanadyjczykom. Ale sądzę, że tego typu narzekania zdarzają się w każdym kraju i nie można ich uważać za trend narodowy.

Wśród czynników przemawiających za uspokojeniem obaw, że trumpizm realnie zagraża Kanadzie można wymienić fakt, że w tym kraju nie ma żadnego odpowiednika Fox News, starającego się kreować alternatywną rzeczywistość. Znacznie łagodniejsza wersja Fox News powstała w Kanadzie pod nazwą Sun TV i próbowała ustanowić przyczółek populizmu na terenie tego kraju, ale w krótkim czasie zbankrutowała, ponieważ Kanadyjczycy nie byli skłonni do popierania idei rewolucyjnych i po prostu nie oglądali jej programów.

Kanadzie trumpizm nie zagraża

Trzeba wreszcie przypatrzeć się Kanadyjczykom i ich sposobowi myślenia. Aczkolwiek istnieją w tym kraju, jak wszędzie, indywidualne osoby i nawet grupy o mentalności trumpistowskiej, zdecydowana większość mieszkańców wyraża specyficzną dumę narodową, którą można streścić słowami: „my nie jesteśmy Amerykanami” (choć często pakuje się ich do wspólnego worka). Przyjaźń z Ameryką jak najbardziej, ale my jesteśmy Kanadyjczykami, mamy swój odrębny kraj, swoją historię i swoje tradycje. Mamy też inny system rządów. W Stanach jest system dwupartyjny, u nas wielopartyjny, co daje znacznie szersze spektrum postaw i poglądów. W Kanadzie opieka zdrowotna (na wysokim poziomie i skuteczna, czego osobiście doświadczyłem) jest, w odróżnieniu od Ameryki, bezpłatna i jest jednym z powodów do dumy mieszkańców tego kraju. Zdają sobie sprawę z tego, że rządy populistyczne prawdopodobnie to by ukróciły, bo pamiętają, jak Trump walczył z Obamacare.

Kanada nigdy nie musiała stawiać czoła wyzwaniom, które w Ameryce napędzały wielkie protesty. Z wyjątkiem pewnego procenta niezadowolonych, większość akceptuje w pełni politykę imigracyjną. Studenci i czasowi pracownicy są dokładnie sprawdzani przez długie procedury selekcyjne zanim otrzymają zezwolenie na wjazd do Kanady. Te procedury mają na celu najlepsze wykorzystanie imigrantów, których kwota jest ustalona na 300 tys. rocznie, do potrzeb ekonomicznych kraju. Ogólnie biorąc, ludzie tu są bardziej tolerancyjni i Kanada uważana jest na świecie za kraj przyjazny, z nikim nie skonfliktowany. Nawet w prowincjach takich jak Sasketchawan czy Alberta, uznawanych za bardziej konserwatywne, ten konserwatyzm w większości ogranicza się do kwestii gospodarczych.

Jeśli w Kanadzie kiedykolwiek powstawały ostre dyskusje polityczne i odmienne cele, dotyczyły one zawsze konkretnych rozwiązań, nigdy spraw fundamentalnych.

Kanadyjczycy wyjeżdżający za granicę często traktowani są przez służby graniczne innych państw wyraźnie sympatyczniej niż Amerykanie i tego też nie chcieliby stracić, co mogłoby się stać, gdyby tu nastały rządy populistyczne w rodzaju tych, jakie były za południową granicą przez ostatnie cztery lata. Ponieważ nie ma tu żadnej dominującej religii i panuje rzeczywisty rozdział państwa od wszelkich kościołów, meczetów, synagog, czy innych miejsc kultu, Kanadyjczycy nie interesują się, czy ich sąsiedzi chodzą do kościoła i do jakiego. Jeszcze jeden przykład tego, co w niektórych innych krajach może być zarzewiem konfliktów, ale nie tutaj.

Tak więc, wiele przesłanek wskazuje na to, że pomimo działania tu różnych anarchistycznych i populistycznych grup, Kanadzie trumpizm nie zagraża. Fala populizmu nawiedza ostatnio wiele krajów na tym globie, co niektórzy nazywają „wirusem wariactwa”, ale bliskość geograficzna Stanów nakazuje stałą czujność i reagowanie na jakiekolwiek drastyczne działania. Na razie możemy się cieszyć, że w sąsiednim kraju, gdzie sama demokracja była poważnie zagrożona, jednak wygrał Joe Biden. Kanadyjczycy odetchnęli i wiążą z nim duże nadzieje na spokój. Polacy też.

Witold Liliental

Działacz polonijny. Urodził się w Warszawie kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej w rodzinie spolszczonej o korzeniach żydowskich. Ojciec, oficer rezerwy, został zamordowany w Katyniu. Matka przez czas okupacji, wyposażona w tzw. lewe papiery, działała w tajnym nauczaniu. Za całokształt działalności społecznej odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej (2000), medalem „Pro Memoria” (2007), Odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej” (2012) oraz Medalem Honorowym im. T. Sendzimira za osiągnięcia zawodowe (2015). Autor książki: „Polska jest dla wszystkich, dla mnie też”, wyd. „Austeria", Kraków, 2013 r.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Mieszkalem w tym pieknym kraju 36 lat. Wszystko to prawda
    już oceniałe(a)ś
    11
    1
    Mieszkam w Kanadzie od 20 lat i jest to moim zdaniem najlepszy kraj na świecie. Perfekt? Absolutnie nie ale zdecydowanie najbliższy ideałowi. Zwłaszcza dla imigranta takiego jak ja
    już oceniałe(a)ś
    12
    2
    Znam kilka osób, które wyemigrowały z Polski do Kanady w latach 80-tych. Dziś reprezentują prawdziwy katolicki beton, nietolerancję i nacjonalizm. Na takich też głosują.
    już oceniałe(a)ś
    4
    0
    Jeszcze przyjdzie czas i na Kanadę :)
    już oceniałe(a)ś
    1
    3
    Czytałam o rasistowskich ekscesach w Quebecu (np dwie pielęgniarki odmówiły przyjęciaciężko chorych Indianek), za co odpowiadały przed sądem. W okolicach Tawas City jadący ciężarowką biali Kanadyjczycy mijając pieszą Indiankę wystawili pręt czy belkę, żeby ją zmasakrować.
    @manka
    Gdzie to przeczytalas,mozna wiedziec?
    Bo np.Tawas City to USA.
    już oceniałe(a)ś
    7
    2
    @manka
    Zdarzaja sie jednostkowe incydenty, ktore sa od razu identyfiowane i wladze reaguja w konkretny sposob.
    Nie ma raju na ziemi nigdzie, ale to prawda, ze kanadyjczycy sa zasadniczo otwarci i przyjazni, a przynajmniej nie wrodzy.
    Pokaz mi lepszy kraj pod tym wzgledem.
    już oceniałe(a)ś
    12
    2