Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Marzy mi się kraj, w którym premier, śpiesząc się ze szczytu klimatycznego na konferencję w sprawie równych praw dla mniejszości seksualnych, nieumyślnie powoduje wypadek. Wysiada z limuzyny i pokonując opór profesjonalnej służby chroniącej go, podchodzi do samochodu, który uszkodziła jego limuzyna, sprawdza, czy nic się nie stało kierującej nim dziewczynie, po czym ją przeprasza i deklaruje pełne pokrycie szkód. Nazajutrz wyznacza swojego pełnomocnika w tej sprawie i zleca wysłanie kwiatów poszkodowanej. Ponieważ pełnomocnik jest sumienny i kompetentny, sprawa zostaje zamknięta po tygodniu.

Prokuratura, która z urzędu bada incydent, przepytuje ekipę premiera. Składa się ona z ludzi honorowych, prawdomównych i szanujących złożoną przez siebie przysięgę, którzy zgodnie z prawdą zeznają, że wina leży po stronie kolumny rządowej, bo poruszała się bez sygnałów dźwiękowych. Wersję tę potwierdzają pieczołowicie przechowywane nagrania miejskiego monitoringu i w końcu sam premier. Ponieważ prokuratura jest rzeczowa i sprawna, sprawa zostaje zamknięta po dwóch tygodniach.

W tym hipotetycznym kraju służby antynarkotykowe, dowiedziawszy się o tym niedorzecznym liście do redakcji, odwiedzają jego autora, żeby sprawdzić, czy mogą mu jakoś pomóc.

Krzysztof Konieczny

Listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.