Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autor jest matematykiem, wykładowcą Collegium Civitas, członkiem zarządu Unii Europejskich Demokratów

Modne bzdury

Kiedy czytam o liberalnych i wolnorynkowych receptach ekonomicznych, w których pobrzmiewa uproszczone i pozbawione matematycznej kultury myślenie o gospodarce, przychodzą mi na myśl uparte próby obliczenia pola koła raz za pomocą opisanego na nim wielokąta, raz za pomocą wielokąta w koło takie wpisanego, oraz „zdroworozsądkowe” przekonania, że przecież musi istnieć zbiór wszystkich zbiorów.

W 1996 roku w czasopiśmie naukowym „Social Text”, poświęconym studiom kulturowym, ukazał się artykuł Alana Sokala, profesora matematyki na University College London i fizyki na New York University, zatytułowany "Transgressing the Boundaries: Towards a Transformative Hermeneutics of Quantum Gravity" ("Transgresja granic: ku transformatywnej hermeneutyce grawitacji kwantowej"). Autor zainspirowany książką Grossa i Levitta, używając języka zaawansowanej matematyki i fizyki, zaprezentował jako intelektualną prowokację oryginalną teorię istnienia związków pomiędzy różnymi elementami rozwoju społecznego, ilustrując to rzekomym podobieństwem pomiędzy dekonstruktywizmem a grawitacją kwantową.

Artykuł odniósł w świecie naukowym ogromny sukces, zaś po ujawnieniu, że był to żart i prowokacja, naczelny redaktor „Social Text” stracił pracę, a Sokal został wpisany przez redakcję na listę autorów, których prace nie będą odtąd publikowane. W 1997 roku jako rozwinięcie tego zagadnienia ukazała się we Francji książka Sokala i fizyka Jeana Bricmonta „Modne bzdury”, która poruszała temat nacechowanego ignorancją nadużywania przez filozofów i humanistów sformułowań języka matematyki i fizyki.

Od paru lat dostrzegam identyczną tendencję u wielu współczesnych, rodzimych, wolnorynkowych oraz liberalnych ekonomistów, publicystów i dziennikarzy, tych zwłaszcza, którzy są zachwyceni pozorną matematyczną ścisłością reguł gospodarczego liberalizmu i rzekomą precyzją liberalnych instrumentów, które opisują to, co nazywają wolnym rynkiem. Dostrzegam ją u tych, którzy z banalnych i miejscami infantylnych prac de Tocqueville’a, von Hayeka, von Misesa czy Marshalla, a także z wielu współczesnych, pełnych schematyzmu i szkolnej matematyki podręczników ekonomii z uporem budują gospodarczą religię.

Szukają liberałowie poważnej matematyki tam, gdzie w istocie jest ona rachityczna, szczątkowa, po prostu elementarna. Ewidentne intelektualne braki i wewnętrzne sprzeczności liberalnego modelu próbują „uszlachetniać” przypadkowymi, acz elementarnymi terminami matematycznymi, których gatunkowy ciężar jest równy temu, co stanowi program matematyki zwykłego liceum.

Nie zmienia to jednak w żadnym razie całkowicie odmiennej, naturalnej i słusznej tendencji, iż Nagrody Nobla z ekonomii coraz częściej przyznawane są matematykom o zainteresowaniach ekonomicznych i ekonomistom o głębokiej matematycznej kulturze. Jest to jednak matematyka o kilka wielkości „mądrzejsza” niż próby lansowania ułomnych liberalnych opowieści, których naukowym uwiarygodnieniem czyni się szkolną matematykę.

Shapley, Roth, Sims, Myerson, Maskin, Aumann, Granger, Engle, Heckman, Scholes, Merton, Nash Junior, Selton, Harsanyi - ich dokonania obejmują szerokie spektrum: od zaawansowanych matematycznie modeli wyceny instrumentów pochodnych na rynkach kapitałowych czy teorii gier po modele matematyczne nauk społecznych.

Teoria prawdopodobieństwa, statystyka matematyczna, procesy stochastyczne, teoria ergodyczna, analiza, rachunek wariacyjny, teoria chaosu, Thoma teoria katastrof - to tylko kilka obszarów matematyki, które kształtują styl uprawiania współczesnej ekonomii.

Interesujących i dojrzałych instrumentów dostarcza ekonofizyka. Korzysta z matematycznych metod fizyki statystycznej, Thoma teorii katastrof, teorii chaosu Lorenza, w tym chaosu deterministycznego, fraktali i multifraktali Mandelbrota, słynnej z kosmologii teorii strun itp. Dlatego jakiekolwiek zestawienie fizyki ekonomicznej z zapyziałym i chropawym aparatem gospodarczego liberalizmu budzi zażenowanie.

W XXI wieku korzystanie z instrumentów i pojęć gospodarczego liberalizmu oraz modeli wolnego rynku można porównać do tłumaczenia kwantowej i relatywistycznej fizyki za pomocą mechaniki newtonowskiej i transformacji Galileusza, nie wspominając ani słowem o transformacji Fiztgeralda-Lorentza, geometrii Łobaczewskiego, czasoprzestrzeni Minkowskiego, szczególnej i ogólnej teorii względności Einsteina oraz korpuskularno-falowym dualizmie.

Każdy, kto ma choćby elementarne pojęcie o analizie zespolonej, teorii pola, układach dynamicznych, fizyce matematycznej czy kosmologii, doskonale wie, czym jest osobliwość.

Uprawiany z taką lubością i pozorami prawdziwej nauki historyczny liberalizm gospodarczy pełen jest właśnie podręcznikowych antynomii i klasycznych osobliwości.

Najprostsze przykłady? Jeżeli firma zaczyna dominować na rynku, państwo stosuje przepisy antymonopolowe. Zewnętrzna ingerencja państwa przeczy jednak najgłębszej istocie liberalizmu. Tymczasem bez takiego działania będzie miał miejsce proces podobny do tworzenia się kosmologicznej czarnej dziury - osobliwości, co zarówno w fizyce, jak też w ekonomii ma swoje oczywiste matematyczne uzasadnienie. Po pewnym czasie monopol uniemożliwi jakąkolwiek konkurencję, która jest przecież w liberalnej gospodarce fundamentem wolnego rynku.

Jeżeli w warunkach doskonałej gospodarki wolnorynkowej nasza firma na początku posiada 50 proc. rynku i systematycznie w każdym kolejnym roku powiększa swój stan posiadania o kolejne 10 proc. poprzedniego stanu, to bez antyliberalnej ingerencji państwa wystarczy raptem siedem lat, aby stała się absolutnym monopolistą.

Dzisiaj dochody najbogatszych rosną sto kilkadziesiąt razy szybciej niż najbiedniejszych.

Według najnowszego raportu Oxfam International w 2017 roku ośmiu najbogatszych ludzi na Ziemi posiadało majątek równy temu, jaki miała połowa najbiedniejszych jej mieszkańców. Rok wcześniej były to 62 osoby.

10 proc. ludzi na Ziemi musi żyć za mniej niż 2 dol. dziennie. Pomijając aspekt etyczny, gdzie mamy tutaj do czynienia z jakąkolwiek efektywnością gospodarczą, która przecież w ocenie liberałów w gospodarce liberalnej jest podobno wyższa niż w każdym innym systemie?

Ile tracimy matematycznie z bogactwa i ile z efektywności, ilu Einsteinów i ilu Mozartów, ile pomysłów, odkryć, wynalazków ?

Wielu liberałów powołuje się na regułę, że wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiej osoby. Tak mówi Alexis de Tocqueville, klasyk liberalizmu. Ale to sprzeczna i mglista reguła.

Marks powiada, że byt kształtuje świadomość. Rozejrzyjmy się wokół. Czy jest to nieprawda ?

Czy świadomość pojęcia wolności, na którą wskazuje de Tocqueville, każdego z tych ludzi, którzy muszą przeżyć za 2 dol. dziennie, może być porównywalna w jakikolwiek sposób ze świadomością pojęcia wolności ośmiu albo 62 najbogatszych mieszkańców naszego globu?

Model Markowitza

Jak doskonale wiemy, ujmując rzecz matematycznie, zupełnie banalnym przykładem modelowania efektywności gospodarczej jest klasyczna teoria portfela inwestycyjnego Harry Markowitza i jej uproszczony model jednowskaźnikowy Williama Sharpe’a. Istotnie Markowitz jest reprezentantem monetaryzmu i szkoły chicagowskiej, jednak teoria, którą stworzył z Mertonem Millerem i Williamem Scharpem, nie jest ideologicznym fundamentem gospodarczego liberalizmu w ujęciu klasycznym i historycznym, lecz umiejscowiona jest ponad takimi podziałami, zaś wypływające z niej wnioski przemawiają za szerszym udziałem państwa w procesie inwestowania.

Dla większości instrumentów inwestycyjnych zmiany stóp zysku zależą od koniunktury gospodarczej: krajowej i globalnej. Ilustracją może być rynek akcji, których zmiana cen wiąże się ze zmianą głównego indeksu giełdy. Mówi o tym równanie regresji lub linii charakterystycznej instrumentu inwestycyjnego. Podobna zależność łączy zachowanie danego instrumentu ze stanem globalnej lub krajowej koniunktury.

Obecny w równaniu współczynnik beta pokazuje, o ile procent wzrośnie stopa zysku instrumentu inwestycyjnego, gdy stopa zysku obrazująca koniunkturę gospodarczą wzrośnie o 1 proc. Mówi więc o tym, jak stopa zysku danego instrumentu reaguje na zmiany zachodzące w gospodarce krajowej i światowej i jest miarą ryzyka tego instrumentu.

Badania naukowe, szkolnictwo wyższe, oświata i edukacja jako inwestycje należą do grupy o najniższym współczynniku beta. Dlatego z punktu widzenia matematyki inwestycyjnej są dla państwa najkorzystniejszą i najbardziej efektywną inwestycją długofalową. Mają wysoką, a czasem bardzo wysoką stopę zysku i praktycznie zerowe ryzyko.

Plan Bidena

Kiedy prześledzimy dokładnie nominacje nowego amerykańskiego prezydenta, okaże się, że otacza się on ludźmi zaawansowanej nauki, nowoczesnej wiedzy i postępu i że sztywna doktryna ekonomicznego liberalizmu traktowana jest w nowej administracji amerykańskiej jako zamierzchły rozdział historii gospodarczej.

Biden mianował matematyka i genetyka profesora Erica Landera swoim naukowym doradcą. Będzie on też dyrektorem Biura Polityki Nauki i Technologii (OSTP). Prof. Eric Lander był kluczową postacią w słynnym projekcie odczytania ludzkiego genomu (Human Genome Project), który zakończył się w 2003 roku. Wykładał też z powodzeniem ekonomię w Harvard Bussines School, zaś matematyczny background genetyki molekularnej i zaawansowanej ekonomii bardzo mocno zbliża się do siebie w wielu obszarach.

Sekretarzem skarbu została Janet Yellen, której widzenie ekonomicznej efektywności współistnieje z matematycznym rozumieniem konieczności dalekiej od schematycznego liberalizmu luźniejszej polityki pieniężnej tam, gdzie może grozić państwu gospodarczy i społeczny kryzys.

Myślę też, że fakt, iż to właśnie socjalista Bernie Sanders został przewodniczącym senackiej komisji budżetowej, jest znakiem nadchodzących czasów i potwierdzeniem, że współczesne problemy ekonomiczne zarówno w skali ogólnoświatowej, jak i pojedynczych państw wymagają zaawansowanej intelektualnie interdyscyplinarnej analizy oraz że przede wszystkim liczy się wyrażona poprzez zaawansowany aparat matematyki efektywność gospodarcza i społeczna, a nie infantylne, pozbawione wewnętrznej spójności wolnorynkowe stereotypy.

Charakter oraz filozofia planu Bidena powinny być wzorem dla rodzimej opozycji po objęciu przez nią władzy.

W programie Bidena na pierwszym miejscu znajdują się ogromne inwestycje w najnowocześniejsze gałęzie nauki oraz w to, co jest we współczesnej gospodarce zdecydowanie najważniejsze, mianowicie w ludzi. Dla gospodarczych liberałów i wyznawców schematycznego wolnego rynku musi to stanowić prawdziwą herezję.

Projektowi temu sekunduje z ogromnym entuzjazmem była szefowa amerykańskiego banku centralnego Janet Yellen, która objęła stanowisko sekretarza skarbu w nowej administracji i która wezwała do działań „na wielką skalę”, a którą w przeciwieństwie do jej adwersarzy trudno posądzić o brak matematycznej kultury.

Zgrozę wśród wolnorynkowych liberalnych ideologów budzi niewątpliwie ta część planu Bidena, która polega na podjęciu odgórnej decyzji o zainwestowaniu 700 mld dol. w amerykańskie produkty i badania. W ramach planu "Build Back Better" ("Odbudowujmy lepiej") przewiduje się zainwestowanie 400 mld dol. na federalne zakupy amerykańskich produktów takich jak beton, stal czy cement i przeznaczenie ich na rozwój infrastruktury. Kolejne 300 mld dol. ma być zainwestowane w badania i rozwój w obszarach sztucznej inteligencji, sieci 5G oraz samochodów elektrycznych.

Rzecz nie do pojęcia dla wyznawców teorii, że wolny rynek powinien regulować się sam.

W programie tym znajdują się też liczne przedsięwzięcia zeroemisyjne, które tworząc nowe miejsca pracy, stanowią doskonałą inwestycję w zdrowie i komfort życia amerykańskich obywateli. Ich koszt to kilkaset miliardów dolarów.

Kolejnym elementem są działania, które zmierzają do ograniczenia nadużywania silnej pozycji przez największe firmy: Google, Facebook czy Amazon. Chodzi też o przyjęcie wspólnych standardów ochrony danych i wykorzystywania sztucznej inteligencji. A zatem zewnętrzna regulacja.

Już w tym roku Biden chce doprowadzić do uchwalenia pakietu ustaw dotyczących czystej energii. W ciągu czterech lat przeznaczone na to będą 2 bln dol. i ma to spowodować uzyskanie przez USA w 2035 roku zerowej emisji netto. Jest to równoznaczne z ogromnymi inwestycjami w energię słoneczną i wiatrową, z zainstalowaniem do 2030 roku pół miliona punktów ładowania samochodów elektrycznych oraz zerową emisją netto branży rolniczej.

Do tego dochodzą również potężne inwestycje w infrastrukturę, aby uodpornić budynki, system dostawy wody, transport i infrastrukturę energetyczną na wypadek katastrof pogodowych.

Dzięki przedsięwzięciom na poziomie państwa powstać ma milion nowych miejsc pracy w przemyśle samochodowym i miliony przy budowie dróg, mostów, wodociągów i sieci elektroenergetycznych oraz terenów zielonych.

Równocześnie będą likwidowane kopalnie oraz bloki węglowe, zaś w tym samym czasie powstaną nowe miejsca pracy w regionach górniczych i realizowany będzie pakiet zabezpieczeń socjalnych dla górników i ich rodzin.

Jak widać, w nowej administracji amerykańskiej nikt nie myśli o sztywnym purystycznym i historycznym liberalizmie i o tradycyjnych wolnorynkowych instrumentach jako jakiejkolwiek poważnej alternatywie dla zaplanowanych działań naprawczych, których zadaniem jest wyprowadzenie amerykańskiej gospodarki i społeczeństwa na prostą. Większość też nie nazywa tego zestawu działań rozdawnictwem, jak to prawdopodobnie miałoby miejsce wśród naszych rodzimych ekonomistów, polityków i dziennikarzy, którzy zapatrzeni są w pozornie ścisły i precyzyjny ponoć gospodarczy liberalizm. Wspomniana większość postrzega tego rodzaju działania jako szeroką, długofalową, wysoce zyskowną inwestycję o co najmniej umiarkowanym, aby nie powiedzieć: minimalnym, ryzyku - współczynniku beta.

Zresztą jakiekolwiek próby pozostawienia obecnej sytuacji wyłącznie w gestii wolnorynkowych mechanizmów w rozumieniu anachronicznej liberalnej ideologii doprowadziłoby do gospodarczej i cywilizacyjnej zapaści, drastycznego powiększenia nierówności społecznych, potężnego i długotrwałego, a może i stałego marnotrawienia potencjału ludzkiego, a w rezultacie strategicznego osłabienia państwa, w tym możliwości konkurowania na międzynarodowych rynkach.

Pakiet pomocowy Bidena, który opiewa na 1,9 bln dol., charakteryzuje się zdecydowanie prospołeczną strukturą. Ponad połowę stanowi bezpośrednia pomoc dla gospodarstw domowych, w tym jednorazowe zasiłki w wysokości 1,4 tys. dol. Kongres uchwalił też dodatkowe wypłaty w wysokości 600 dol., zatem wyniesie ona 2 tys. dol.

Wsparcie dla osób bezrobotnych z powodu pandemii wzrośnie z 300 do 400 dol. miesięcznie i przedłużone jest do września. Zwiększone będą także ulgi podatkowe na dzieci.

Kolejne ponad 400 mld dol. przeznaczone będzie na pomoc dla samorządów i małych przedsiębiorstw, które najbardziej ucierpiały w wyniku pandemii. Następne ponad 400 mld dol. będzie związane z poprawą systemu przeprowadzania testów oraz na tworzenie ogólnokrajowego systemu dystrybucji szczepionek. 170 mld dol. mają otrzymać szkoły na inwestycje konieczne po to, ażeby mogły szybciej i bezpieczniej powrócić do procesu edukacji, aby można było za te pieniądze zatrudnić większą liczbę nauczycieli i podzielić uczniów na więcej mniej licznych klas, a także dostosować do tego celu zmiany architektoniczne w szkolnych pomieszczeniach.

Biden apeluje też do Kongresu o uchwalenie federalnej płacy minimalnej na poziomie 15 dol. za godzinę oraz chce zaoferować lepsze możliwości ekonomiczne na rozpoczęcie działalności gospodarczej dla Afroamerykanów.

Pakiet projektów Bidena wychodzi od państwa. Strategiczne cele nie są oddane w ręce samoregulującego się - w rozumieniu gospodarczego liberalizmu - wolnego rynku, bowiem taki rynek nie będzie w żadnym razie samoistnie zmierzał do realizacji takich zadań.

Można więc powiedzieć, że są to instrumenty i mechanizmy, które czerpią z elementów charakterystycznych dla nowoczesnej gospodarki o cechach naukowej, zmatematyzowanej i roztropnej ekonomii – jak powiedzieliby niektórzy – o zabarwieniu socjalistycznym, i nie mają nic wspólnego z klasycznym liberalizmem, którego realizacja w takiej sytuacji, co można wykazać ściśle matematycznie, doprowadziłaby do społecznej i gospodarczej stagnacji, a może i do potężnej katastrofy.

Anachroniczna krytyka programu Bidena

Niemniej jednak prof. Larry Summers, były sekretarz skarbu w administracji Billa Clintona, zarazem były rektor Uniwersytetu Harvarda i były główny ekonomista Banku Światowego, w artykule opublikowanym w „Washington Post” przestrzega, iż pakiet stymulacyjny zaproponowany przez administrację prezydenta Bidena wysokości 1,9 bln dol. grozi wybuchem niespotykanej od wielu lat inflacji.

Wskazuje, że jest on znacznie większy, niż wynosi luka produkcyjna, czyli różnica pomiędzy produkcją potencjalną a rzeczywistą. W okresie cyklu koniunkturalnego potencjał produkcyjny czasami nie jest w pełni wykorzystywany i wówczas dodatkowy popyt stwarzany przez wydatki państwa zwiększa produkcję, nie powodując inflacji. Gdy jednak produkcja przekracza potencjał, dalsze zwiększanie popytu przez wydatki państwa stwarza ryzyko wystąpienia inflacji.

Summers argumentuje, że lepiej byłoby zmniejszyć rozmiary pakietu, umożliwiając w ten sposób w przyszłości inwestycje publiczne. Przestrzega, że jeśli propozycja programu stymulacyjnego zostanie uchwalona, Kongres przeznaczy na pobudzenie gospodarki znaczny procent PKB bez zasadniczego wzrostu inwestycji i po wygaśnięciu epidemii nie będzie już przestrzeni na wydatki inwestycyjne, które powinny być priorytetem.

Niestety, Summers traktuje jednak pojęcie inwestycji w sposób tradycyjny i pomija oczywisty fakt, że wydatki, których wielkość tak mocno krytykuje, są bezsprzecznie znakomitą i typową inwestycją o dodatniej stopie zwrotu i blisko zerowym ryzyku - współczynniku beta.

Otóż mechanizm poluzowania polityki pieniężnej, quantitative easing, QE, czyli zwiększenie podąży pieniądza w obiegu, nie jest niczym nowym. Tego typu proces realizuje się przeważenie za pomocą polityki stóp procentowych banku centralnego. Jeżeli stopy procentowe zbiegają od góry do zera, bank centralny może też zwiększyć podaż pieniądza, stosując inne metody. Dzieje się tak między innymi wtedy, kiedy mamy do czynienia z recesją gospodarczą lub tak zwaną pułapką płynności.

Bank centralny może zwiększyć również podaż pieniądza poprzez zakupy różnego rodzaju obligacji skarbowych. Wówczas zakup instrumentów dłużnych sprawia, że prywatne podmioty, które utraciły doraźną płynność gotówkową, mogą przetrwać recesję. Uzyskane rozluźnienie rozprzestrzenia się w obrębie całej gospodarki, w swoim założeniu prowadzi do dalszego obniżenia rynkowych stóp procentowych, przełamania recesji i spłacenia zakupionych obligacji. Poluzowanie ilościowe nie zwiększa majątku banków komercyjnych, a jedynie zmienia w nim udział aktywów płynnych.

Jeszcze innym rozwiązaniem może być właśnie polityka polegająca na arbitralnym zwiększeniu emisji pieniądza, tak jak to ma miejsce od momentu wybuchu kryzysu finansowego w 2007 roku.

Po wybuchu tego kryzysu działania ekonomiczne rozciągnięte były w czasie. System Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych w marcu 2009 roku, już po obniżeniu stóp, wykupił przez okres jednego roku obligacje skarbu państwa oraz papiery wartościowe typu MBS – hipoteczne listy zastawne - o skumulowanej wartości blisko 1,25 bln dol. w programie, które media nazwały terminem QE1. Potem miały miejsce programy QE2 o wartości 1 bln dol. w czasie ośmiu miesięcy oraz QE3 bez granicy czasowej. Podobne programy realizowały równocześnie inne banki centralne, w tym Anglii i Japonii.

Interwencje monetarne i fiskalne takie jak QE i TARP, stosowane przez Fed i rząd USA w czasie kryzysu, dały w 2010 roku zysk ze stopą zwrotu ponad 8 proc., w opinii ekspertów pozytywnie wpłynęły na rynki finansowe oraz przyczyniły się do załagodzenia recesji. Ben Bernanke, były szef FED, stwierdził też w 2016 roku, że poluzowanie ilościowe może być uzasadnione ze względu na zagrożenie kryzysem oraz ograniczenia polityczne. Sformułował także tezę, że dzięki takim instrumentom udało się uniknąć spadku zatrudnienia w gospodarce amerykańskiej o blisko 2 mln miejsc pracy.

Na przestrzeni ostatnich 15 lat najwyższą stopę dyskontową FED odnotowano w roku 2007, a więc na początku kryzysu finansowego. Potem nigdy do dzisiaj nie osiągnęła ona tak wysokiego poziomu, a wręcz z niewielkimi wahaniami systematycznie malała z lokalnym maksimum równym 3 proc. w roku 2018, aby w rezultacie zejść do poziomu 0.25 proc. Również decyzją FED z 27 stycznia bieżącego roku, a zatem już po objęciu prezydentury przez Bidena, zachowano taki poziom.

Tymczasem od początku działań związanych z QE ma miejsce bardzo znaczny przyrost bazy monetarnej, która w latach 2007-13 powiększyła się z ponad 800 mld dol. do ponad 3 bln dol.

Wzrost podaży pieniądza w okresie od początku kryzysu finansowego nie doprowadził w obszarze inflacji do żadnej katastrofy. W okresie tym parametr ten nie przekroczył 4 proc. rocznie, a niemal przez cały czas był w stosunku do tego pułapu istotnie niższy. Jak widać, operacje poluzowania nie doprowadziły do jakichkolwiek dramatycznych wydarzeń w zakresie stabilności tempa wzrostu amerykańskiego PKB, nie wpłynęły też istotnie na poziom inflacji.

Plan Bidena to inwestycja państwa w obywateli. Matematycznie najbardziej optymalna ze wszystkich możliwych. Zgodna z precyzyjnym i ścisłym matematycznie modelem Markowitza i Sharpe’a, o którą to precyzję i ścisłość klasyczni liberałowie tak bardzo zabiegają. Jest to inwestycja długofalowa o bardzo wysokiej stopie zysku i bardzo niskim współczynniku beta. Jej zaniechanie to dobrowolne pozbycie się tego zysku.

Ewentualną inflację można zminimalizować, rozciągając plan Bidena w czasie. Produkcja potencjalna będzie wtedy rosła wraz z realizacją pakietu. A za nią luka produkcyjna przesuwać się będzie ku górze i będzie procentowo, a może także nominalnie, w takim samym czasie maleć.

Plan Bidena poparł noblista Paul Krugman, który mówi: „Wydajesz tyle, ile potrzebujesz, aby wygrać wojnę. Zwycięstwo w tym przypadku oznacza zapewnienie środków na ogromny program szczepień i bezpieczne ponowne otwieranie szkół przy jednoczesnym ograniczeniu nędzy ekonomicznej rodzin”.

Stosunki na rynku pracy

Dlatego przenosząc uwagę na rodzime gospodarcze rozważania, sporym zaskoczeniem był dla mnie materiał zamieszczony niedawno na Forum Obywatelskiego Rozwoju, w którym zaprezentowana została opinia Lithuanian Free Market Institute, iż liberalizacja rozwiązywania umów o pracę może przyspieszyć wychodzenie z pandemicznej recesji, dając firmom dodatkowe bodźce do tworzenia nowych miejsc pracy, oraz że w obliczu dużej niepewności co do administracyjnego zamykania całych branż gospodarki zmniejszenie restrykcyjności zwolnień ograniczyłoby ryzyko właścicieli przedsiębiorstw związane z zatrudnianiem nowych pracowników. 

W istocie rząd PiS na czas obowiązywania stanu epidemii ograniczył wynikającą z przepisów minimalną wysokość odpraw zwalnianych pracowników do dziesięciokrotności płacy minimalnej. Zdaniem autorów takie rozwiązanie powinno pozostać w Polsce na stałe i być połączone z kolejnymi tak zwanymi liberalizacyjnymi krokami, np. usunięciem obowiązku podawania powodu wypowiedzenia. 

Stwierdzono również, że restrykcyjność rozwiązywania umów o pracę utrzymuje się w Polsce powyżej średniej dla państw OECD organizacji, która grupuje głównie kraje bogatsze od Polski. A także, że od 2015 roku Polska spadła tu wśród 37 państw z 20. na 22. miejsce, jako że część innych krajów zliberalizowała wewnętrzne regulacje, podczas kiedy u nas pozostały one bez zmian.

W artykule podkreślono, że restrykcyjność prawna zwolnień może działać na niekorzyść pracowników, zniechęcając pracodawców do tworzenia nowych miejsc pracy, a zachęcając do nadużywania umów na czas określony, omijania prawa pracy poprzez umowy cywilnoprawne i samozatrudnienie, a nawet zwalniania w pierwszej kolejności pracowników o najkrótszym stażu pracy ze względu na wymagane krótsze okresy wypowiedzenia i odprawy. 

Stwierdzono, że sztywne regulacje prawne rzadko chronią tych, których powinny chronić, zaś nadmierna ochrona przed zwolnieniem ogranicza tworzenie nowych miejsc pracy i wzrost najbardziej innowacyjnych firm. 

Po takiej lekturze zastanawiam się, jak po wprowadzeniu w życie takich pomysłów ich autorzy wyobrażają sobie skuteczne i konkurencyjne funkcjonowanie polskich firm na światowych rynkach, zwłaszcza zaś w gospodarce opartej na wiedzy, jak wyobrażają sobie postęp: naukowy, technologiczny, kulturowy, cywilizacyjny.

Czy miarą postępu (a może śmieszności) jest państwo, w którym wysokiej klasy specjaliści: matematycy, fizycy, chemicy, informatycy, inżynierowie, biologowie molekularni itd., raz po raz urządzają wyścigi od firmy do firmy jedynie dlatego, że ich pracodawca ma średnio- albo krótkoterminowe problemy z płynnością?

Skoro zaś ma istnieć wypowiedzenie bez podania przyczyny, to, być może, również dlatego, że prawodawca nie zgadza się z poglądami albo orientacją seksualną swojego pracownika.

Jak autorzy tak oryginalnych rozwiązań widzą zbudowanie gospodarki ze skrajnie silnym obszarem nauki i badań i nowoczesnym sektorem technologicznym? Ludzie znakomicie wykształceni, o ogromnym doświadczeniu zawodowym, którzy w gospodarce opartej na wiedzy są czynnikiem najważniejszym, pozbawieni zostaną stabilności zatrudnienia, w najmniej oczekiwanych momentach odrywani od prac naukowych i koncepcyjnych – najczęściej wieloletnich programów i projektów – zaś taka koncepcja rodzi się tylko dlatego, że jej autorzy prawdopodobnie nie mają elementarnej wiedzy na temat tego, jak funkcjonują w istocie współczesne firmy wysokich technologii: informatyczne, biotechnologiczne, medyczne, farmaceutyczne, chemiczne czy nanotechnologiczne.

Prace nad komputerowym projektem, terapią, lekarstwem, technologią i ich wdrożenie trwają latami, przeważnie w tym samym zespole specjalistów, którzy z roku na rok podnoszą swoje kwalifikacje i swoją „rynkową” wartość.

Autorzy liberalnych recept gospodarczych prawdopodobnie nigdy nie oszacowali, ile w XXI wieku kosztuje nas wszystkich wykształcenie takich specjalistów i że wzrost procentowy ich liczby dowodzi prawdziwej siły współczesnej gospodarki.

Klasyczne i historyczne pojęcie wolnego rynku pasuje dzisiaj, być może, jeszcze do gospodarki opartej na prostych i drobnych przedsięwzięciach: straganach z żywnością, bazarach, zakładach usługowych, niewielkich firmach budowlanych i transportowych itp.

Jednak pogląd, że każda firma i każdy inwestycyjny instrument ma w możliwie krótkim czasie generować maksymalne zyski, gdzie liczy się jedynie bilans, cash flow oraz rachunek zysków i strat, przeczy współczesnej, zaawansowanej, inwestycyjnej matematyce. Można go zilustrować przykładem nieroztropnego intelektualisty, który gdy do jego drzwi zapukała bieda, postanowił sprzedać wszystkie swoje książki, a kiedy antykwariat odmówił zakupu, ochoczo oddał je na makulaturę, twierdząc, że zrobił życiowy interes.

Pojęcie gospodarczego socjalizmu od 30 lat budzi w Polsce rytualne, bo ani intelektualne, ani rozumowe przerażenie.

Tymczasem dzisiaj zasadniczym celem jest gospodarcza efektywność, zaś droga do niej wiedzie tylko przez instrumenty zaawansowanej współczesnej matematyki, która na podziały liberalizm – socjalizm w ujęciu infantylnym, głęboko zideologizowanym i przenikniętym ignorancją jest w naturalny sposób odporna.

Dlatego waleczna postawa gospodarczych liberałów prezentowana w stosunku do fundamentalnych instrumentów gospodarczego socjalizmu budzi dziś zakłopotanie. XXI-wieczny nowoczesny i efektywny system ekonomiczny, który w pewnych obszarach w naturalny sposób czerpie z elementów gospodarczego socjalizmu, jest bardziej efektywny, bardziej matematyczny i mniej sprzeczny wewnętrznie niż historyczny i kostyczny system liberalny. Jednym z wyraźnych przykładów, który za tezą tą przemawia, jest charakter programu Bidena.

Ora et labora...

W Polsce przed 2015 rokiem zabrakło refleksji, że w wielu obszarach teorii i praktyki ten obszar poglądów i wiedzy, który nosi miano szkoły chicagowskiej, nie nadąża wystarczająco za cywilizacyjnymi zmianami. Prawdopodobnie też dlatego mamy dzisiaj w Polsce rządy PiS, które z gospodarczą efektownością absolutnie nic wspólnego nie mają, prowadzą zaś państwo do potwornego kryzysu cywilizacyjnego i ekonomicznego.

Wrogi stosunek do współczesnej nauki, nowoczesnych badań, kadry naukowej, oświaty, inteligencji, młodzieży oraz nauczycieli – oto rządów tych wyznacznik. Ich celem nie jest zdrowa gospodarka oraz nowoczesne społeczeństwo, ale utrzymanie się u władzy. Towarzyszy temu ideologiczne zaślepienie i prymat umacniania politycznej pozycji własnego ugrupowania kosztem ekonomicznego bezpieczeństwa obywateli.

Z powodu głębokiego niedostatku ekonomicznej wyobraźni i deficytu intelektualnych możliwości, a także elementarnej matematycznej kultury psują Polskę w niewyobrażalnym tempie. Sektor nauki oraz nowoczesnej edukacji nie jest im potrzebny.

Prawdziwy obraz naukowych elit aktualnej władzy możemy poznać, studiując publikacje w Google Scholar albo przywołując wskaźnik Hirscha.

Dzisiaj wielu wyznawców gospodarczego liberalizmu zaleca powrót do zasad ekonomii. OK, więc do których? Bo rozumiem, że od momentu wybuchu finansowego kryzysu aż do projektu Bidena amerykańskim administracjom nie przyświecały żadne zasady ekonomii. Ale skoro już mamy widzieć problem w kategoriach systemowych i matematycznych, to rodzi się poważne pytanie.

Czy zdaniem wspomnianych purystycznych liberałów ekonomia to teoria aksjomatyczno-dedukcyjna teoria, z niesprzecznym zbiorem aksjomatów i pojęć pierwotnych? A może formalna teoria? Czy mamy może badać jej logiczną zupełność, niesprzeczność oraz rozstrzygalność?

Nic z tych rzeczy. Dla autorów świat zatrzymał się na pracach von Misesa. Zaś matematyczny aparat go objaśniający nadal nie przekracza treści "L’Analyse des infiniment petits pour l’intelligence des lignes courbes Guillaume François Antoine" markiza de l’Hospital z 1696 roku. „Bogactwa nie buduje się strumieniem pieniędzy pompowanym do gospodarki przez banki centralne i wydatkami państwa, finansowanymi kredytem, ale pracą, innowacjami, przedsiębiorczością” - piszą dzisiaj gospodarczy publicyści. Zatem: „Ora et labora”.

I nie widzą tego, że współczesna gospodarka jest strukturą o wiele rzędów wielkości bardziej skomplikowaną niż struktura nawet największych i najbardziej skomplikowanych układanek puzzli.

Dlatego kiedy raz po raz słyszę te pozornie ścisłe i matematyczne liberalne i wolnorynkowe dywagacje, przychodzi mi na myśl bardzo prosty problem, który takie dywagacje dosyć dobrze ilustruje - jak możemy znaleźć promień koła, które będzie miało takie samo pole jak zadany wcześniej kwadrat gospodarczy liberalizm jako nowoczesna kwadratura koła.

Listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.