Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od pierwszego listopada 2020 roku dodatkowe wynagrodzenie w związku ze zwalczaniem epidemii COVID-19 przysługuje personelowi SOR-ów, izb przyjęć, zespołów ratownictwa medycznego, czy diagnostom laboratoryjnym.

Dodatek otrzymać mają także osoby zatrudnione w szpitalach poziomu II i III zabezpieczenia covidowego, które wykonują zawód medyczny, uczestniczą w udzielaniu świadczeń zdrowotnych lub mają bezpośredni kontakt z pacjentami z podejrzeniem i z zakażeniem wirusem SARS-COVID-19. Warunkiem przyznania dodatku jest udzielanie świadczeń w sposób nieincydentalny. Narodowy Fundusz Zdrowia podpowiada, że sporadyczne wejście do strefy brudnej nie jest podstawą do otrzymania dodatkowego wynagrodzenia. Ostateczna ocena zasadności wypłaty należeć będzie do dyrektora placówki – zadecyduje o przyznaniu dodatku, bądź odrzuceniu wniosku o jego przyznanie.

Z jednej więc strony mamy tu polecenie ministra zdrowia, a nie ustawę, a z drugiej – kwestię subiektywnej oceny, czy dany pracownik spełnił niejednoznaczne kryteria wypłaty dodatku. Na dobrą sprawę nie bardzo wiadomo nawet, do kogo mieć pretensje po odrzuceniu wniosku.

W ministerialnym poleceniu na szczególną uwagę zasługuje termin incydentu, oraz pacjenta podejrzanego. Zdefiniowanie obu zaważyć może na wypłacie lub odrzuceniu wniosku z przyczyn formalnych.

Kto jest pacjentem podejrzanym

Zastanówmy się nad kryterium podejrzenia, które na pierwszy rzut oka nie powinno sprawiać problemów. Załóżmy, że chory podejrzany to pacjent z objawami sugerującymi zakażenie, bez wyniku szybkiego testu ilościowego na przeciwciała, bądź na obecność samego wirusa w próbce z wymazu. Z praktycznego punktu widzenia byłaby to definicja najwygodniejsza, wskazująca, kto jest kim i w jaki sposób należy się z nim obchodzić. Pojawiają się jednak spore wątpliwości w przypadku pacjentów ujemnych, bezobjawowych, których hospitalizacja trwa dłużej niż zakładano.

Wyobraźmy sobie chorego, który zgłasza się do szpitala na zabieg operacyjny. Przeprowadzone testy wykluczają aktywne zakażenie lub stan po przechorowaniu koronawirusa. Zabieg zostaje przeprowadzony w czasie dwóch dni od przyjęcia, okres zdrowienia nie przebiega jednak najlepiej i po kilku dniach konieczne okazuje się przeprowadzenie kolejnej interwencji chirurgicznej, która wiąże chorego z placówką na kolejne kilkanaście lub nawet i kilkadziesiąt dni.

Ów hipotetyczny chory traktowany jest podczas całego pobytu w szpitalu jako osoba ujemna, niezakaźna, a więc technicznie i epidemiologicznie zdrowa. Gdy jednak dochodzi do wypisu lub przeniesienia pacjenta na inny oddział, jest on testowany ponownie – tym jednak razem jego wyniki są zgoła odmienne. Chory jest od tego momentu dodatni, stwierdzamy u niego zakażenie COVID-19, stosujemy procedury prewencyjne. Pytanie, czy dwa, trzy dni temu był on chorym zdrowym, czy jedynie – pechowo – nie zdiagnozowanym? Czy fakt jednorazowych badań u chorych hospitalizowanych przez dłuższy czas nie jest okolicznością sprzyjającą zakażeniu, które może i miewa przecież miejsce na terenie szpitala?

Spójrzmy prawdzie w oczy – ogniska zakażeń wybuchają punktowo na różnych oddziałach, a ich źródłem mogą być równie dobrze pacjenci, jak pracownicy. Wyjęcie medyków spod obowiązku kwarantanny bez nakazu cyklicznych badań skutkować może przenoszeniem choroby. 

Pacjent na SOR może być także chorym zakażonym na kilka dni przed przyjęciem, co umyka znów testom wykonywanym, że tak się wyrażę, w drzwiach szpitalnego oddziału ratunkowego. Co więcej, za bezpieczeństwo pacjenta odpowiada personel, który nie zawsze zachowa się adekwatnie w zagrażającej mu sytuacji.

Chciałbym tu zwrócić uwagę na ekipy sprzątające, wyrugowane niegdyś z państwowych etatów, przejęte przez firmy pozbawione nie tylko i wyobraźni, ale i moralności. Brak przeszkolenia w obsłudze pomieszczeń potencjalnie skażonych wirusem skutkuje "bylejakością" wykonywania zadań oraz niepotrzebnym narażaniem siebie i innych. Owa pani z mopem, która wpada na salę wypełnioną do niedawna ludźmi w środkach ochrony osobistej, bez bodaj fartucha z fizeliny, czy maski z filtrem, doprowadza błyskawicznie pomieszczenie do stanu używalności, pędząc za chwilę do kolejnej, naglącej roboty, która sama się przecież nie zrobi.

Praktyka ozonowania czy zamgławiania przestrzeni przed faktycznym jej oczyszczeniem bywa zaniedbywana, co skutkuje z kolei niepotrzebnym ryzykiem, związanym z jej wykorzystywaniem dla kolejnych użytkowników sali.

Im bardziej skomplikowany czy długi proces leczenia chorego, tym większe zagrożenie dla niego, jak i dla personelu. A skoro już o nim mowa – nagminne wydaje się wciąż podważanie zagrożenia związanego z pandemią przez pielęgniarki, lekceważenie ryzyka poprzez zachowania nonszalanckie i – poza szpitalem – nadmiernie swobodne. Na szczególną krytykę zasługuje zachowanie kolegów i koleżanek, którzy publikują w mediach społecznościowych opinie podważające rolę prewencji czy szczepień, chwalące najbardziej nawet pozbawione logiki teorie spiskowe. 

O wszystkim zdecyduje dyrektor

W moim odczuciu największą wadą polecenia ministra jest oderwanie treści dokumentu od rzeczywistości i zdanie się na opinie dyrektorów, którzy to, jak wiadomo, z hojności raczej nie słyną.

Czym jest wspomniany incydent? Kiedy praca z chorym podejrzanym lub zakażonym, ma znamiona powtarzalności czy cykliczności, warunkującej wypłatę dodatku? Dla jednych będzie to doba. Dla innych dwie. Kolejny dyrektor zdefiniuje ten termin na tydzień pracy, inny wykluczy z dodatku sytuacje opieki nad chorym, który dopiero po dwóch dniach od kontaktu miał stwierdzone aktywne zakażenie COVID-19. Z jednej strony, otrzymanie dodatku będzie oczywistością dla tych, którzy pracują na oddziałach dedykowanych chorym ze stwierdzoną obecnością wirusa. Z drugiej – polecenie zobowiązuje także inne szpitale do sporządzenia wykazu pracowników spełniających ministerialne kryteria kontaktu.

Otrzymanie dodatku może zacząć przypominać grę w totolotka czy w zdrapki, gdzie kontakt z chorym będzie poszukiwany, bądź sfingowany, jako źródło bonusowego uposażenia. Wszak druga wypłata jest w środowisku medycznym czymś, o czym do tej pory słyszano jedynie w kontekście innych grup zawodowych.

Z drugiej znów strony – fakt powszechności kontaktu z chorymi zakażonymi poza szpitalami mianowanymi jest niezaprzeczalny. Uważam nawet, że w szpitalach niecovidowych ryzyko bywa większe, głównie z braku konieczności traktowania ich wszystkich jako sensu stricte pacjentów dodatnich. To, czy chory będzie mieć wykonany kolejny test, jest dziełem nie tyle celowanego poszukiwania, co zwykłego przypadku.

Wynik dodatni bywa tym samym niemałą niespodzianką nie tylko dla innych, przebywających z chorym pacjentów, ale i personelu, który przez cały okres sprawowania opieki traktował zakażonego jako formalnie zdrowego. Abstrahuję już od zasłaniania przez chorych jedynie ust. Na prośbę o nasunięcie maski wyżej, na nos, nieraz już zdążyłem usłyszeć – nie, bo ciężko mi wtedy oddychać. Cóż, mi także jest ciężko. Co nie zmienia faktu, że musi pan, pani, dostosować się wreszcie do panujących od niemal już roku reguł i nałożyć choć raz w życiu maskę tak, jak należy. Tak w trosce o siebie, jak i o innych. Z empatią, niestety, bywa w życiu przeróżnie.

Pandemia to ciężki okres dla wszystkich. Ogólnoświatowe badania już dziś diagnozują zwiększony odsetek wypalenia zawodowego, a nawet depresji u pielęgniarek i pielęgniarzy pracujących w czasie pandemii.

Polecenie ministra zdrowia dotyka wielu emocji, od strachu, po brak uznania, od poczucia niesprawiedliwości, po wzajemną zawiść i zazdrość o przyznane, bądź nie pieniądze.

Testowana tak solidarność zawodowa jeszcze mocniej ucierpi na rosnącym poczuciu krzywdy i abnegacji, bo skoro inni mają, to ja już więcej nie muszę. Rosnące poczucie niezadowolenia znajdzie na koniec wyraz w dobrze nam znanej frustracji i proteście. 

Tylko że mamy pandemię. Czas szczególny. Nie tylko dla nas. Czas upadku wielu firm, bogacenia się wielu bogatych i ubożenia biednych. Koniec końców znów chodzi o pieniądze, po które nie tylko my będziemy wyciągać ręce. Na domiar złego wydaje mi się po raz kolejny, że za sznurki pociąga w tym całym teatrze ktoś, kto nie do końca rozumie specyfikę teatru i sam, jak piroman, roznieca ogień, który parzyć będzie już wszystkich. W podobnych sytuacjach przyjęło się mówić, że jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to muszą to być pieniądze. Parafrazując to powiedzenie, jeśli dziś nie wiadomo, o co chodzi, to świadczy to jedynie o tym, że ktoś nie wykonał swojej pracy w odpowiedni i kompetentny sposób.

Sebastian Kuklo

plg. specj. anestezjologii i intensywnej terapii, mgr oligofrenopedagogiki

Piszcie:listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.