Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wielki szacunek dla pana Rafała Betlejewskiego, który w pojedynkę podjął symboliczną walkę w obronie prawdy o udziale Polaków w Zagładzie lub o ich obojętności wobec tragedii Żydów.

Kilkadziesiąt lat po wojnie ta okrutna prawda wciąż nie może się przebić do świadomości historycznej dużej części Polaków. Jako społeczeństwo już wielokrotnie dostaliśmy szansę zrewidowania swoich wyniesionych z domu lub szkoły przesądów i mitów o nieskazitelności i heroizmie Polaków, którzy rzekomo całymi rodzinami i wioskami ratowali Żydów.

Przecież opublikowano wiele książek, reportaży i osobistych relacji, stworzono wiele filmów, a projekty powstałe w Centrum Badań nad Zagładą Żydów są wyjątkowym dokonaniem wśród krajów naszego regionu dotkniętych skazą antysemityzmu i swoistym rozliczeniem z przeszłością. Jednak jeżeli ktoś sam nie sięgnął do tych źródeł, nie miał okazji do skonfrontowania swoich przekonań z bolesnymi faktami. Dotychczas żadne pokolenie powojenne nie wyniosło ze szkolnej edukacji wiedzy o udziale Polaków w Zagładzie. Nie dowiedzieliśmy się także tego od naszych rodziców i dziadków, chociaż wielu z nich było świadkami okrucieństwa lub obojętności wobec żydowskich sąsiadów.

Owszem, w spisie lektur szkolnych jest od lat problematyka Holocaustu (Borowski, Bartnikowski), ale temat udziału części Polaków w zbrodni Zagłady jest wstydliwie pomijany. Starzy milczą, młodym nie dano szansy się dowiedzieć. Wciąż do młodych ludzi dociera tylko opowieść o poświęceniu i bohaterstwie Polaków podsycana przez nacjonalistów i organizacje typu Reduta Dobrego Imienia finansowane przez obecne władze.

Może nadszedł czas, aby w niedalekiej przyszłości przy okazji podnoszenia ze zgliszcz polskiej edukacji wzbogacić listy obowiązkowych lektur w starszych klasach o fragmenty opracowań takich autorów jak B. Engelking, J. Grabowski czy J.T. Gross. Może takie książki jak „Wielki tydzień” J. Andrzejewskiego, „Płuczki” P.P. Reszki czy „Przez ruiny i zgliszcza” Mordechaja Canina w większym stopniu przyczynią się do rozwijania wrażliwości społecznej, krytycznego myślenia i szacunku do wiedzy niż ta nieszczęsna „Katarynka” i „Janko Muzykant”, które do dzisiaj figurują na liście lektur, skutecznie zniechęcając dzieci do czytania.

Ciemne karty polskiej historii są częścią naszego losu i tylko z prawdziwej historii można się czegoś nauczyć. Dajmy szansę na tę lekcję naszym dzieciom i wnukom.

Czytelniczka

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.