Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Siedzę z 12-latkiem nad podręcznikiem do historii. Mnie ogarnia pusty śmiech, jemu bliżej do płaczu. Jutro test online.

Nasze zmagania poprzedził krótki dialog:

„Synu, jakie będą tematy na klasówce z historii?

No, nie pamiętam.

Ale przypomnij sobie, proszę.

Kryzys w Europie chyba w XVII wieku”.

Zaświtało mi w głowie, czy przeciętny 12-letni Szwed, Ukrainiec lub Rosjanin miałby coś do powiedzenia na temat kryzysu w siedemnastowiecznej Europie, czy wiedziałby, co to była Wielka Smuta lub ugoda w Perejasławiu.

Wydawało się, że znajdziemy sposób, nie takie rzeczy człowiek przyswajał w szkole.

Może by tak mapki mentalne, czyli graficzne skróty, które przecież zapadają w pamięć. Polegliśmy na mapkach dość szybko – już na początku XVII wieku przy pierwszej wojnie szwedzkiej, bo zaroiło się od faktów i mapka zrobiła się gęsta jak poduszeczka najeżona szpilkami.

No to może tylko najważniejsze daty, ale było ich ok. 59. Lista nie miała końca. Kiedy doszliśmy do ostatniej, żadne nie pamiętało pierwszej.

Nie jestem nauczycielem, ale jako rodzic obdarzony względną empatią szczerze współczuję każdej ze stron – nauczycielom i uczniom. Pierwsi jakoś muszą ogarnąć resztki koncentracji młodych i jednak coś przekazać, drudzy uporać się z wyzwaniem dorastania i codziennie wysłuchać bitów informacji podczas transmisji online, a potem zaliczyć, zaliczyć, zaliczyć.

Nic się nie zmieniło, choć minęło jakieś 40 lat od mojej edukacji. Szkoła trzyma się twardo starych, XIX-wiecznych zasad, co teraz w wersji online wydaje się ponad siły wszystkich.

Krótki przegląd kolejnych ministrów, bohaterów znakomitych i jakże trafnych memów, hierarchiczność struktur szkolnej władzy, gdzie nauczyciel i uczeń to ostatnie, a nie pierwsze ogniwo, obezwładnia.

A może by tak ten XVII wiek ująć z lotu ptaka. Z grubsza naszkicować główne wątki, powiedzieć o trzech kluczowych wydarzeniach – zachęcić do dyskusji. Zostawić 59 dat, kolejne bitwy, wojny i rozejmy, które za chwile i tak wyparują z młodej głowy.

Zrezygnować na ten dziwny czas z ocen i wytłumaczyć rodzicom, którzy – jak wynika z badań socjologicznych – w większości pragną stopni, że to nie jest najlepsza droga.

Może by tak minister Czarnek wydobył z siebie inicjatywę wychodzącą poza abstrakcyjne pomysły punktowania jedynie słusznych naukowych tytułów. Chociaż lepiej nie budzić smoka, w tym wydaniu mógłby ziać ogniem i zniszczeniem. A po takim „zarządzaniu” zostałby tylko kurz i dym oraz marna cenzurka. A także pusty śmiech.

Joanna Krawczyk

Czekamy na Wasze opinie, komentarze, podobne lub zupełnie inne doświadczenia. Piszcie:

listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.