Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nie bardzo wiem, jak zacząć, może od początku.

Oboje z mężem urodziliśmy się w 1956 r., ślubowaliśmy w 1977 r., a w 1995 r. po różnych dziwnych diagnozach okazało się, że mąż ma zaawansowane stwardnienie rozsiane.

Wyrok! Tylko dziś zastanawiam się dla kogo: trzech synów w wieku 18, 14, 7 i ja, absolutnie zaskoczona. Było ciężko, chłopcy chodzili do szkoły, mąż jeszcze pracował przez dwa lata na pół etatu, a potem mógł się poruszać tylko na wózku inwalidzkim. Tak bardzo się tym przejął, że nie był i nie jest zdolny do samodzielnej egzystencji.

W 2000 r. skończyło się normalne życie, zaczęła się walka o egzystencję, do dziś mamy wzloty i upadki, radzę sobie, bo przecież muszę.

Chłopcy pożenili się, mam wnuki. W końcu minęło 25 lat, nie ma co narzekać, pomóc dzieciom też trzeba, dałam radę.

Zostaliśmy sami, jestem na emeryturze i teraz jest dopiero ciężko: mąż coraz bardziej się poddaje. Po raz pierwszy nie wiem, co robić, telefoniczne porady lekarskie nic nie dają, jest źle i boję się, że za chwilę nie będzie chciał wstać z łóżka, więc będzie jeszcze gorzej, a tak bardzo się starałam, żeby to nastąpiło jak najpóźniej.

Bardzo się boję... Po raz pierwszy bardzo się boję, że nie dam rady.

Halina

Wyborcza to Wy: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.