Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autorka jest prawniczką fundacji Panoptykon

Czy polski rząd zbawi internet?

Ministerstwo Sprawiedliwości ogłosiło, że zamierza przedstawić projekt „ustawy o wolności słowa w internecie”, który m.in. ma wzmocnić przejrzystość podejmowanych przez platformy internetowe decyzji o usuwaniu treści oraz umożliwić użytkownikom skuteczne odwołanie się od nich. Temat na czasie, zwłaszcza że zbiegło się to z kontrowersyjną decyzją m.in. Facebooka i Twittera o zablokowaniu kont Donalda Trumpa. Czy faktycznie mamy problem z cenzurą ze strony internetowych gigantów? I czy uratować nas może już tylko minister Ziobro?

Kilka miesięcy temu czterech specjalnych sprawozdawców ds. wolności słowa głównych światowych organizacji praw człowieka uznało we wspólnej deklaracji arbitralną władzę platform internetowych nad obiegiem informacji w sieci za jedno z trzech największych wyzwań dla swobody wypowiedzi w następnej dekadzie. Platformy takie jak Facebook, YouTube czy Twitter rozrosły się na tyle, że w praktyce odgrywają rolę głównych kanałów komunikacji i w coraz większym stopniu kontrolują to, co możemy zobaczyć i powiedzieć w internecie. Przy czym w mediach społecznościowych nie tylko ukazują się zdjęcia z wakacji, ale też ważą się losy kampanii politycznych, rodzą teorie spiskowe, obywatele organizują protesty. Niestety, dziś kontrola platform nad tym wszystkim odbywa się na bardzo nieprzejrzystych zasadach, a użytkownik stoi na straconej pozycji. W efekcie obok niebezpiecznych i nielegalnych treści, które faktycznie powinny znikać z sieci, ofiarą „prywatnej cenzury” platform padają różne wartościowe materiały, takie jak np. fotografie historyczne, publikacje dokumentujące brutalność policji, sztuka czy satyra. Są też badania wskazujące na to, że takie blokady systemowo uderzają częściej np. w niektóre grupy rasowe. Jednak nawet jeśli usunięcie danej treści to oczywista pomyłka algorytmu albo moderatora, trzeba mieć szczęście, żeby taką decyzję odkręcić, a cała procedura przypomina „Proces” Kafki.    

Na ten problem od kilku lat zwracają uwagę liczne organizacje zajmujące się ochroną praw cyfrowych, w tym Panoptykon.

Jesteśmy m.in. zaangażowani w strategiczny proces sądowy przeciwko Facebookowi w związku z nagłym zablokowaniem konta innej organizacji pozarządowej – Społecznej Inicjatywy Narkopolityki. Walczymy w nim właśnie o wprowadzenie bardziej sprawiedliwych procedur moderacji i stworzenie zewnętrznego, niezależnego nadzoru nad decyzjami platform.

Unia chce zmienić zasady gry 

Problem prywatnej cenzury i rosnącej władzy platform dostrzegają nie tylko minister Ziobro, ale również Unia Europejska. Jeszcze w grudniu Komisja Europejska przedstawiła konkretne propozycje rozwiązań w ramach pakietu Digital Services Act i Digital Markets Act (DSA-DMA). Na pierwszy rzut oka przewiduje on podobne regulacje dotyczące zwiększenia kontroli nad moderacją treści na platformach internetowych, jakie zapowiada Ministerstwo Sprawiedliwości w swojej ustawie. Projekt Komisji nie ogranicza się jednak tylko do tej kwestii i odnosi się także do wielu innych problematycznych obszarów funkcjonowania platform, takich jak targetowanie reklam, wykorzystanie algorytmów do rekomendacji treści czy wprowadzenie warunków sprzyjających większej konkurencyjności na rynku usług cyfrowych. To bardzo ważne, bo realną zmianę zasad gry, która wzmocni pozycję użytkowników w sieci, może przynieść tylko tak kompleksowa regulacja.

Zagrożenia związane ze stosowaniem „prywatnej cenzury”, które słusznie zdiagnozowało ministerstwo, nie są więc wcale nowe i faktycznie wymagają interwencji regulacyjnej. Mimo to z zapowiadaną ustawą mam pewien problem. Po pierwsze, ministerstwo do dziś (20.01) nie ujawniło treści swojego projektu. Bez tego trudno rzetelnie ocenić przedstawione propozycje i na poważnie o nich debatować. O skomplikowanych i trudnych do regulacji zagadnieniach na razie możemy rozmawiać, mając co najwyżej za punkt odniesienia fragmentaryczne informacje z mediów i slajdy przedstawione na konferencji prasowej. Tymczasem przy próbach regulowania internetu diabeł zawsze tkwi w szczegółach. Już teraz zresztą, kiedy wczytujemy się dokładniej w doniesienia opisujące założenia projektu, zapalają się pewne czerwone lampki. Choćby w związku z planowanym wprowadzeniem zakazu usuwania przez platformy treści zgodnych z polskim prawem. Choć jestem daleka od przyznania cyfrowym gigantom całkowitej samowoli w dyktowaniu granic dyskursu publicznego, to jednak taki zakaz zmuszałby je do tolerowania np. tzw. patotreści (nie zawsze są one nielegalne) czy pornografii, czyli treści mieszczących się – jak się zdaje – w pewnym przynależnym platformom marginesie swobody decydowania o tym, czy chcą je dopuścić na swoich łamach.

Jednocześnie takie rozwiązanie roztaczałoby parasol ochronny np. nad mową nienawiści wobec mniejszości seksualnych, która wbrew standardom międzynarodowym, wciąż nie podlega w Polsce penalizacji. Proponowany zakaz mógłby zatem dotkliwie uderzyć w społeczność, która już teraz należy do najbardziej narażonych na ataki w sieci.

Nie mam zaufania do projektu resortu Ziobry

Po drugie, nie ma co ukrywać, że podchodzę do projektu ministerstwa z dużą ostrożnością z uwagi na dotychczasowe działania rządu w obszarze wolności słowa, które wpłynęły na obniżenie poziomu jej ochrony w Polsce w ostatnich latach. Wystarczy wspomnieć reformę mediów publicznych, która doprowadziła do ich upolitycznienia na nieznaną wcześniej skalę, nowelizację ustawy o IPN, ściganie aktywistek za tęczę czy przejęcie gazet regionalnych przez spółkę skarbu państwa. W świetle takiej „przeszłości”, pojawiają się uzasadnione wątpliwości co do rzeczywistych motywacji projektodawców.

Podsumowując, choć najwyższy czas na wprowadzenie zmian prawnych, które ograniczą zjawisko prywatnej cenzury w sieci, to jednak polska „ustawa o wolności słowa w internecie” niekoniecznie jest najlepszym rozwiązaniem dla tego problemu. Biorąc pod uwagę nie tylko przedstawione wyżej wątpliwości, ale także ponadnarodową specyfikę działalności globalnych platform internetowych oraz znacznie bardziej kompleksowy charakter projektu DSA-DMA, większy sens ma regulacja platform na poziomie UE.

Piszcie, komentujcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.