Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autorzy są doktorami habilitowanymi, profesorami Uniwersytetu Łódzkiego i adwokatami

Polskiej praktyce prawniczej nie są obce procesy typu SLAPP (strategic lawsuit against public participation) oznaczające strategiczny pozew przeciwko uczestnikom debaty publicznej. Doświadczali jej np. dziennikarze interesujący się sprawami SKOK-ów lub podejmujący inne niewygodne – dla możnych i wpływowych osób – tematy. Zapowiedź ze strony PKN Orlen, koncernu paliwowego, pozwania prof. Michała Romanowskiego za pogląd prawny wyrażony w artykule publicystycznym stanowi jednak istotne novum i przenosi dyskusję między rządzonymi a rządzącymi na zupełnie nowy poziom.

Próba wywołania efektu mrożącego

Wytaczając pozew typu SLAPP, powód doskonale zdaje sobie sprawę, że jego roszczenie nie ma oparcia w faktach lub w przepisach prawa (a często ani w jednym, ani w drugim). Nie dba także o koszty przegranego procesu – jego zasoby finansowe są na tyle duże, że nie odczuje przegranej, nawet jeżeli sąd zasądzi na rzecz przeciwnika sześciokrotność stawki minimalnej określonej w przepisach. Przeciwnik z kolei musi angażować swój czas oraz opłacić koszty reprezentacji prawnej (aczkolwiek w takich sytuacjach często znajduje się prawnik gotowy poprowadzić sprawę pro bono). Konsekwencją, a raczej celem pozwu typu SLAPP jest natomiast wywołanie tzw. efektu mrożącego – chodzi o zniechęcenie nie tylko pozwanego, ale także innych osób (np. dziennikarzy) potencjalnie zainteresowanych podjęciem tematu niewygodnego dla bogatej spółki lub wpływowej osoby, najczęściej przez wywołanie obawy zasądzenia wysokiego odszkodowania.

W opublikowanym w "Rzeczpospolitej" artykule (pt. "Nabycie Polska Press przez Orlen nieważne z mocy prawa") prof. Michał Romanowski, posługując się formułą felietonu, skrytykował nabycie przez PKN Orlen spółki Polska Press, wydawcy lokalnych gazet, argumentując m.in., że decyzja koncernu jest działaniem sprzecznym z prawem i interesem spółki, a skala nieprawidłowości jest taka, że uzasadnia postawienie zarzutu sprzeniewierzenia pieniędzy akcjonariuszy (działania na szkodę spółki), wreszcie, że sama transakcja jest nieważna z mocy prawa (art. 58 kc) i każdy akcjonariusz PKN Orlen ma interes prawny, a co za tym idzie - możliwość, aby wystąpić z powództwem o uznanie zakupu Polska Press za czynność prawną nieważną z uwagi na sprzeczność z prawem i zasadami współżycia społecznego. Dotarcie do treści artykułu zostało zresztą utrudnione, gdyż redakcja "Rzeczpospolitej", w której publikacja została zamieszczona, usunęła ją ze stron internetowych z powodów, których możemy się domyślać. Artykuł jednak powtórnie opublikowała "Gazeta Wyborcza", umożliwiając tym samym zapoznanie się z jego nieprzystojną treścią większej liczbie czytelników.

Merytoryczne argumenty

Nie jest naszym zamiarem wspieranie lub negowanie argumentacji prawnej prof. Romanowskiego, wymagałoby to dość szczegółowej analizy prawnej. Należy rozważyć, czy „operacja Polska Press” spowodowała szkodę majątkową dla PKN Orlen (a także szkodę niemajątkową – wizerunkową), czy miała przynieść jakieś korzyści spółce, czy transakcja została odpowiednio przygotowana (ocena opłacalności, ocena ryzyk), czy decyzja o transakcji jest prawidłowa od strony wewnątrzkorporacyjnej, czy decyzja ta miała charakter samodzielny (jakkolwiek zarząd w spółce akcyjnej nie podlega poleceniom akcjonariuszy czy rady nadzorczej), czy naruszała bezwzględnie obowiązujące przepisy prawa. Należy też mieć na uwadze, co podniósł prof. Romanowski, że skarb państwa jest mniejszościowym akcjonariuszem PKN Orlen, a zdecydowaną większość akcjonariatu stanowią mniej czy bardziej drobni inwestorzy giełdowi. Możemy natomiast z całą pewnością stwierdzić, że ocena prawna dokonana przez autora publikacji obejmuje rzeczywiste problemy, jakie pojawiają się w związku z transakcją, a zaprezentowane poglądy są uzasadnione ważkimi argumentami. Z poglądami tymi można się zatem nie zgadzać, z pewnością nie są bezsporne, ale na pewno nie są one bezzasadne na gruncie nauki prawa cywilnego i handlowego. Należy jeszcze mocno podkreślić, że prof. Romanowski nie pisał o faktach, nie insynuował niczego, a jedynie dokonywał oceny prawnej okoliczności, które są w sprawie powszechnie znane. To, że kwestionował także biznesową zasadność transakcji Orlenu, również mieści się w granicach jego prawa podmiotowego – prawa do krytyki. Podobnie jak wątki satyryczne felietonu.

Obywatelska swoboda wypowiedzi

Trudno z góry przewidywać wyrok, jaki zapadnie, gdy Orlen rzeczywiście zdecyduje się pozwać prof. Romanowskiego. Jednak w świetle naszej wiedzy zarówno co do teorii, jak i praktyki w zakresie ochrony dóbr osobistych pozwalamy sobie ocenić szanse na uwzględnienie ewentualnego powództwa jako, delikatnie to ujmując, umiarkowane. Zwłaszcza że wypowiedź dotyczyła nie faktów, ale ich oceny prawnej. Mieści się z pewnością nie tylko w zakresie obywatelskiej swobody wypowiedzi (wolności słowa w ogólności), ale też przede wszystkim w zakresie wolności nauki, gdyż inkryminowana wypowiedź mimo felietonowej formy zawiera treści pozwalające zakwalifikować ją jako wypowiedź nie tylko prawniczą, ale także naukową. Mamy więc do czynienia z działaniem w granicach prawa podmiotowego, co uchyla bezprawność rzekomego naruszenia dobra osobistego. Należy też wspomnieć, że prezes zarządu PKN Orlen, mimo że to prezes prywatnej korporacji, jest z pewnością znaną osobą publiczną, znacznie bardziej znaną i publiczną niż wówczas, gdy sprawował funkcję samorządową.

Należy również pamiętać, że orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka na gruncie europejskiej konwencji praw człowieka ujmuje swobodę wypowiedzi, a co za tym idzie - prawo do krytyki szeroko, zaś ochronę osób publicznych wąsko. Zakres wolności słowa jest jeszcze szerszy, jeżeli dotyczy swobód akademickich, czyli prawa do prowadzenia badań naukowych oraz rozpowszechniania informacji o ich wynikach. Z ochrony art. 10 europejskiej konwencji praw człowieka skorzystał nawet badacz zarzucający, że stosowanie kuchenek mikrofalowych może być szkodliwe dla zdrowia (Hertel v. Szwajcaria). W taki sam sposób swobodę wypowiedzi uczonych postrzega amerykański Sąd Najwyższy, który parasol pierwszej poprawki rozpostarł nad pracownikami uniwersytetu stanowego, którzy odmówili złożenia przysięgi, że nie są członkami partii komunistycznej (Keyishian v. Board of Regents)

Profesor Michał Romanowski z pewnością nie przestraszy się zapowiedzi procesu, a być może nawet, korzystając z konstytucyjnej wolności słowa, temat będzie kontynuował. Chcemy jednak zwrócić uwagę, że w szerszym kontekście sama groźba wytoczenia powództwa cywilnego za zaprezentowanie poglądu prawnego jest czymś skandalicznym i nie może być potraktowana inaczej niż próba stłamszenia debaty publicznej o przyciągającym uwagę opinii publicznej wydarzeniu, jakim było kupno Polska Press przez PKN Orlen. To nie są standardy demokratycznego państwa prawnego, lecz raczej działania nasuwające skojarzenia z Rosją Putina, Turcją Erdogana czy Węgrami Orbána.

Sędzia Sądu Najwyższego USA Felix Frankfurter napisał w uzasadnieniu wyroku w sprawie Sweezy v. New Hampshire, że w naukach społecznych (prawo, psychologia, socjologia, ekonomia) badania naukowe muszą być całkowicie wolne, a władzy nie wolno wkraczać w swobody uniwersyteckie. Praca naukowa tylko wtedy będzie owocna, gdy delikatna struktura tkanki życia akademickiego nie będzie narażona na ingerencję. Nie sądzimy, by na prezesie PKN Orlen takie stwierdzenia robiły jakiekolwiek wrażenie, ale sąd rozpoznający spór (jeżeli na groźbie złożenia pozwu się nie skończy) powinien wziąć je sobie głęboko do serca.

śródtytuły pochodzą od redakcji

Piszcie: listy@wyborcza.pl


 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.