Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Szanowny Panie Premierze,

Od początku pandemii COVID-19 ja i moja rodzina izolujemy się zgodnie z zaleceniami pana rządu z wiosny 2020 r. Robimy to, aby ograniczyć ryzyko zachorowania na COVID-19, a także przez szacunek dla innych, aby i ich chronić przed zakażeniem. Byliśmy wdzięczni za wprowadzenie lekcji zdalnych dla dzieci, gdyż zdajemy sobie sprawę, że przebywanie w szkole, w której jednocześnie odbywa lekcje wiele dzieci, obarczone jest wysokim ryzykiem przenoszenia się choroby.

Izolowaliśmy się również podczas wakacji, choć pana cieszył fakt, że Polacy coraz mniej obawiają się wirusa i pandemii. To, że słusznie zachowaliśmy się przezornie, pokazały późniejsze statystyki umieralności.

Dlatego zszokowała nas decyzja z 11 stycznia 2021 r. o wznowieniu zajęć w szkołach od połowy stycznia. Myśleliśmy, że po doświadczeniach z jesieni, kiedy to liczba chorych i ofiar śmiertelnych wzrosła zdecydowanie w sposób skorelowany czasowo z przywróceniem zajęć szkolnych, taka decyzja nie zostanie  podjęta.

Sytuacja jest przecież nadal tragiczna – codziennie z powodu pandemii umiera w Polsce kilkaset osób. Wciąż nie ma realnego zabezpieczenia w postaci ogólnodostępnych szczepień. Są jedynie słowa o planach "dalekosiężnych". Aktualnie będą szczepione jedynie niewielkie ustalone grupy. Tak naprawdę nie wiadomo, kiedy będą one dostępne dla reszty. Ale z tego, co widać, to raczej nieprędko. Obowiązkowe wysyłanie w aktualnej sytuacji epidemicznej dzieci do szkół może być jednoznaczne ze skazaniem wielu członków ich rodzin na śmierć.

Jednym z kontrargumentów, który można usłyszeć, jest to, że dzieci powinny się rozwijać w środowisku szkolnym. Można jednak tę kwestię postawić inaczej – czy dzieci będą się normalnie rozwijać jako sieroty lub po śmierci ich babć i dziadków?

Eksperci wskazują, że to decyzja przedwczesna.

Badanie nauczycieli na obecność COVID jest działaniem raczej pozornym, bo chorobę przenosić mogą same dzieci z zakażonych rodzin, a bliskie kontakty pomiędzy dziećmi – zwłaszcza w tym wieku – są dużo bardziej prawdopodobne niż bliskie kontakty pomiędzy nauczycielem a uczniami. Trudno zresztą o pełne zachowanie samodyscypliny sanitarnej wśród dzieci. Dlatego badanie nauczycieli może dawać korzyści raczej teoretyczne i propagandowe. Do tego krótkotrwałe, skoro kolejnego dnia po badaniu nauczyciel może być już zakażony.

Proszę zauważyć różnicę pomiędzy obostrzeniami w gospodarce, gastronomii, turystyce itp. a wysłaniem dzieci do szkół podczas pandemii. Niestosowanie się do tych przepisów jest świadomym (chociaż raczej błędnym) wyborem dorosłych osób. Obowiązek szkolny sprawia, że nie ma żadnego wyboru.

Okazuje się, że wszystkie nasze wielomiesięczne próby zmniejszenia ryzyka zakażenia, wyrzeczenia podczas wakacji, samoizolacja - by w zdrowiu doczekać szczepionki - teraz, po decyzji pana rządu o powrocie dzieci do szkół, można uznać za niepotrzebne.

Nie oczekujemy odpowiedzi, ale działań ograniczających ryzyko zakażenia. Dlatego nasze dane nie są w tym momencie istotne. Ważne, aby tę informację pan otrzymał.

Pozdrawiamy uprzejmie

Czekamy na Wasze listy, komentarze, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.