Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prof. dr hab. Ewa Łętowska - RPO I kadencji, profesor nauk prawnych, specjalistka w zakresie prawa cywilnego, członkini PAN i PAU, sędzia NSA i Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku.

Ustawodawstwo covidowe, obarczone grzechem pierworodnym u swej prawnej podstawy, idzie na skróty.

Za uchybienie reżimowi sanitarnemu, czyli obowiązkowi noszenia maseczek czy zachowania odpowiedniego odstępu, za dużo osób w jednym miejscu itd., grozi odpowiedzialność typu wykroczeniowego i jest karana mandatem (do 5 tys. zł). Można odmówić przyjęcia mandatu, wtedy sprawa idzie do sądu karnego, który bada istotę rzeczy i ocenia sytuację. Obywatel ma w miarę łatwą drogę do walki o swoje prawa.

W marcu 2020 r. wprowadzono niejako tryb równoległy, dając władzom, które stwierdzą naruszenie przepisów sanitarnych, możliwość złożenia wniosku do sanepidu. Sanepid wydaje decyzję administracyjną i nakłada karę. To są kary wysokie, od 5 do 30 tys. zł, od których można się odwołać do sądów administracyjnych.

Postępowanie sanepidowe dotychczas stosowano np. do zwalczania brudu w zakładach żywienia, piekarniach, rzeźniach itd. Dotyczyło przedsiębiorstw, stąd wysokość kar. Od marca to postępowanie rozciągnięto na uchybienia, których dopuściły się osoby fizyczne - a wiele z nich zabierało głos w debacie publicznej w formie właściwej dla społeczeństwa obywatelskiego, czyli demonstrując.

Zło w tym, że droga sanepidowa jest dla obywatela bardzo trudna. Decyzja z mocy prawa jest natychmiast wykonalna, pieniądze znikają z konta, zanim poszkodowany zdąży do sądu administracyjnego.

Mam wątpliwości, czy można konstytucyjnie uzasadnić rozciągnięcie postępowania sanepidowego na osoby fizyczne, zwłaszcza jeśli dzieje się to podczas fali niepokojów społecznych i spontanicznych demonstracji – zwłaszcza że nikt nie ogłosił żadnego stanu nadzwyczajnego.

To od policji zależy, czy skieruje sprawę na ścieżkę wykroczeniową, sanepidową czy nawet na obie. Pytanie, czy policja korzysta z dotkliwszego dla obywatela trybu, aby kogoś uciszyć i dać upust swej niechęci wobec konkretnej osoby. To byłby eksces, ale nie można tego wykluczać.

Sanepid jest przyzwyczajony do tego, że kiedy otrzymuje protokół kontroli sanitarnej i jest w nim stwierdzona nieprawidłowość - to nakłada karę.

Ale tu nie ma kontroli sanitarnej, przychodzi tylko zawiadomienie policjanta, i to ogólnikowe. Jeśli na podstawie takiego zawiadomienia zostanie wydana decyzja administracyjna, to jest błąd. Kodeks postępowania administracyjnego wymaga ustalenia stanu faktycznego, np. czy czytające konstytucję panie demonstrantki siedziały 1,5 metra czy 1 metr od siebie? Policjant przecież nie chodził z miarką, obawiam się też, że nie wspomniał o tym w swojej notatce, a sanepid tego nie sprawdza.

I teraz sprawa idzie do sądu administracyjnego, który do tej pory miewał do czynienia z normalnymi postępowaniami sanepidowymi, gdzie jest protokół inspekcji sanitarnej, a stroną jest przedsiębiorstwo. Teraz sąd ma osoby demonstrujące spontanicznie i wniosek z policji.

Czy sądy administracyjne się zorientują, że mają do czynienia z wątpliwym konstytucyjnie rozciągnięciem postępowania sanepidowego i niewłaściwym standardem postępowania w sprawie o naruszenie przepisów sanitarnych?

Wyrażam głęboką nadzieję, że tak, i natychmiast, a limine, odrzucą wydane decyzje jako naruszające elementarne zasady procedury z kpa.

Ale jest jeszcze jeden szkopuł. W przypadku decyzji, w których to organ administracyjny nadaje jej rygor natychmiastowej wykonalności, osoba poszkodowana mogłaby prosić o zdjęcie tego rygoru ze względu na wątpliwości konstytucyjne, niesprawdzenie stanu faktycznego czy inne wątpliwości.

Jednak w przypadku postępowania sanepidowego ów rygor jest nałożony ex lege, działa automatycznie.

Czy mimo wszystko można próbować przekonać sąd administracyjny, aby zdjął z decyzji taki rygor? To jest bardzo śmiała wykładnia, ale nie wykluczam takiej możliwości. Wymagałaby jednak dużej inwencji interpretacyjnej adwokatów demonstrujących osób.

W normalnych czasach można byłoby się zapytać o to Trybunału Konstytucyjnego, ale dziś kogo prosić o taką pomoc? Sędzia administracyjny nie ma gdzie sprawdzić, czy nie posuwa się za daleko w swojej interpretacji prawa.

Być może sprawę powinien ocenić Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Aby to się wydarzyło, adwokaci muszą dopomóc szczęściu i odpowiednio szeroko i mądrze przygotować pisma procesowe, aby ułatwić życie sądowi i podsunąć mu różne punkty zaczepienia. Bo wtedy, nawet jeśli sąd nie przychyli się do tej interpretacji, to otwarta będzie droga do Strasburga. Jeśli tego nie spróbują, to na pewno się im to nie uda.

To kolejny smutny przykład na to, jakiej prawnej ekwilibrystyki trzeba dokonywać, gdy bezpiecznik w postaci niezależnego Trybunału Konstytucyjnego został wyłączony.

Piszcie, komentujcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.