Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Z bezgranicznym oburzeniem przeczytałem kilka dni temu o decyzji IPN-u odmawiającej Mirosławowi Chojeckiemu statusu opozycjonisty. Ze wszystkich niecnych czynów popełnionych przez PiS i jego przybudówki – a za taki trzeba niestety uznać IPN, kierowany przez człowieka bez dorobku naukowego i niestety pozbawionego minimalnego choćby poczucia honoru – ten jest bez wątpienia jednym z najparszywszych.

Plując w twarz Chojeckiemu dr Jarosław Szarek i jego ludzie opluwają też pośrednio świadków Jego wspanialej działalności, to jest ludzi, dla których lata 1977-1981 owiane są legendą młodości.

Patrząc na to z oddalenia historycznego, w tych to latach zasługi Chojeckiego, który samotrzeć stworzył model drugiego obiegu i – co bodaj równie ważne – współtworzył jego bazę poligraficzną, nie miały sobie równych, przez te kilka lat Chojecki był postacią na miarę Kuronia i Michnika. Trzeba powiedzieć też wyraźnie, iż decyzja IPN-u jest niewątpliwie decyzją samego Kaczyńskiego, który pomny ówczesnej swej postawy w iście późnostalinowskim zacietrzewieniu chce uświnić wszystko i wszystkich, by nie było innych Bogów poza nim i jego – skądinąd zdecydowanie przyzwoitszym – bratem.

Jeśli osobnik w rodzaju „ambasadora“ Przyłębskiego (TW Wolfgang) decyzją IPN-u uwolniony został od stygmatu współpracy z SB, zaś Chojecki decyzją IPN-u przesunięty został w bezpośrednie sąsiedztwo kategorii TW – taka jest bowiem implikacja tej decyzji – to wszystko jest możliwe, zaś czarne staje się białym.

Drobniutki incydent z „kontrwywiadowczym zabezpieczeniem“ Chojeckiego jako pracownika Instytutu Badań Jądrowych należy do ciągu permanentnych prób SB i innych agend kontroli, by wszelkie kontakty z Zachodem naznaczyć – całkowicie zresztą fikcyjną – klauzulą kontroli i „ochrony“ przed niecnymi knowaniami obcych wywiadów. Stad każdy wyjazd pracownika uniwersytetu czy instytutu naukowego w rodzaju IBJ czy nawet Instytutu Badań Literackich skutkował wymogiem odpowiedzi – przy zdawaniu paszportu – na standardowe pytanie o ewentualne prowokacje ze strony wrażych sił Zachodu. Choć wątpię, by dokonania IBJ-u naprawdę interesowały ośrodki zachodnie, Chojecki był tu obiektywnie w niedobrej sytuacji, gdyż w teorii mogła tu rzeczywiście istnieć jakaś „tajemnica państwowa“. Tę dźwigienkę SB więc uruchomiło, ale Chojecki wybrnął z tego z honorem i dokumenty SB są w tej mierze całkowicie jednoznaczne i świadczą na jego korzyść.

Kto twierdzi inaczej, jest kłamcą i obrzydliwcem najgorszego sortu.

Prof. dr Sergiusz Michalski, członek PAU

Uniwersytet w Tybindze

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.