Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autorka jest adwokatką, karnistką

Trwające od 22 października 2020 r. protesty społeczne nie ustają. Mimo pandemii i niesprzyjających warunków atmosferycznych nadal setki, tysiące ludzi w całej Polsce regularnie wychodzi na ulice publicznie zamanifestować swój sprzeciw. Pokojowe protesty, w związku z którymi policja masowo legitymuje obywateli i wszczyna liczne postępowania mandatowe, nie rozpoczęły się jednak wraz z wydaniem decyzji z 22 października 2020 r. przez Trybunał Konstytucyjny. Takie działania policja podejmowała już wielokrotnie wcześniej, choćby wobec aktywistów środowiskowych czy protestujących w obronie sądownictwa powszechnego i Sądu Najwyższego. Jednak to dopiero skala obecnych protestów wzbudziła potrzebę społecznej dyskusji na temat praw i obowiązków osób protestujących w kontakcie z policją. Po prawie każdej demonstracji policja publikuje kolejne statystyki: liczby zgromadzeń w skali całego kraju, osób wylegitymowanych, zatrzymanych, „popełnionych wykroczeń” i wystawionych w związku z tym mandatów. Te liczby za każdym razem idą w setki. Nagłaśniane i szeroko omawiane w mediach zarzuty przekraczania przez policję uprawnień wobec demonstrujących zmuszają do refleksji nad tym, czy aby na pewno przysługujące obywatelom prawo do pokojowego protestu interpretowane jest przez organy ścigania właściwie. Testem zaś prawidłowości tej oceny jest to, w jaki sposób sądy zapatrują się na formułowane przez policję wnioski o ukaranie za wykroczenia, popełnione zdaniem policji w związku z udziałem w demonstracjach.

Czy są jakieś statystyki pokazujące, jak ten sądowy test wypada?

Jeśli policja dysponuje jakimiś statystykami w kwestii tego, w jakim stopniu sądy powszechne podzielają ocenę dokonywaną przez funkcjonariuszy wobec demonstrujących, to publicznie ich nie ujawnia. Sprawy związane z obecnie trwającymi protestami nie trafiły jeszcze na wokandy w celu ich merytorycznego rozpoznania. Można jednak czynić pewne prognozy prawdopodobnych rozstrzygnięć, odwołując się do dotychczasowej linii orzeczniczej sądów powszechnych w kontekście poprzednich protestów społecznych. W przeważającej większości spraw z lat 2017-20, kwalifikowanych przez policję jako wykroczenia popełnione przez protestujących, sądy nie podzielają optyki oskarżycieli.

Z opublikowanego niedawno raportu Obywateli RP wynika, że w wyżej wskazanym okresie w prawie 800 sprawach osób korzystających ze wsparcia prawnego oferowanego przez Fundację Wolni Obywatele RP wyroki uznające winę za popełnione przez protestujących wykroczenia zapadły w niewiele ponad 4 proc. spraw skierowanych przez policję z wnioskiem o ukaranie do sądów.

Pozostaje to zgodne również z moim doświadczeniem zawodowym. W zależności od etapu, na jakim sądy podejmują decyzję o zakończeniu postępowania, wszystkie prowadzone przeze mnie sprawy zakończyły się albo umorzeniem postępowania, albo uniewinnieniem obwinionych. Zaznaczmy, że koszty wszystkich spraw, w których zapadły orzeczenia uniewinniające czy umarzające postępowanie, ponosi w całości skarb państwa.

Skąd zatem taka rozbieżność w ocenie zachowania protestujących?

Wnioski o ukaranie zarzucają protestującym naruszenie konkretnych zakazów czy nakazów ustawowych. Najogólniej rzecz ujmując, sąd w toku postępowania w sprawie o wykroczenie bada, czy zarzucany czyn zawiera wszystkie przewidziane przez ustawodawcę znamiona zarzuconego czynu. Moglibyśmy powiedzieć – sąd weryfikuje elementy składowe takiego wykroczenia, rozumiane jako czynności sprawcze opisane przez ustawodawcę (np. kto gromadzi się, kto zaśmieca, kto blokuje). Ale nawet stwierdzenie, że ktoś formalnie zachował się tak, jak ustawodawca tego zakazał, np. siedział lub chodził po jezdni, gromadził się z innymi osobami w tym samym miejscu, nie przesądza o tym, czy taka osoba popełniła zarzucane jej wykroczenie. W ramach dokonywanej oceny prawnej sąd bada bowiem również to, czy czyn jest społecznie szkodliwy, a zatem, czy zawiera taką treść, która w społecznym odczuciu oceniana byłaby jednoznacznie negatywnie. Praktyka pokazuje, że odmienna sądowa ocena co najmniej jednego z tych elementów staje się przyczyną uwolnienia protestujących od odpowiedzialności za wykroczenie.

Czy często zdarza się, że sąd odwołuje się do kryterium społecznej szkodliwości w sprawach osób protestujących?

Często. Kryterium społecznej szkodliwości czynu pozwala sądom na porównanie wartości, jakie ścierają się ze sobą w danej sprawie, i de facto rozstrzygnięcie, która z tych wartości zasługuje na szerszą ochronę prawną w demokratycznym państwie. Na przykład w sprawach dotyczących blokowania przez manifestujących ulicy formalnie dochodzi do naruszenia przepisów porządkowych o bezpieczeństwie w komunikacji. Jednak w znanych mi sprawach sądy uznają, że konstytucyjne prawo do zgromadzeń, swobody wypowiedzi, krytyki i sprzeciwu w kwestiach o doniosłym znaczeniu dla ustroju państwa i jego funkcjonowania są wartością o większej doniosłości niż dobro, którego naruszenie zostało zarzucone (porządek w komunikacji). Powyższe potwierdzają liczne uzasadnienia orzeczeń sądów powszechnych, które zapadły na przestrzeni ostatnich 3 lat w sprawach manifestujących obywateli. W jednym z nich sąd wprost stwierdził, że „manifestacja nieodłącznie wiązać się może z zachowaniami, które na co dzień mogą stanowić naruszenie porządku publicznego (chodzenie po jezdni, wznoszenie okrzyków, korzystanie z urządzeń nagłaśniających), ale umieszczone w pewnym kontekście stanowią realizację jednego z podstawowych praw człowieka”. W innym z kolei orzeczeniu sąd stwierdził, że „wolność wyrażania opinii i poglądów może się realizować przez takie zachowania, które gdyby oceniać je bez kontekstu sytuacyjnego i motywacji, byłyby postrzegane jako naruszenie porządku prawnego”.

W jeszcze innym wyroku, wydanym na tle art. 52 § 1 pkt 1 kodeksu wykroczeń (przeszkadzanie w przebiegu niezakazanego zgromadzenia poprzez blokowanie trasy jego przemarszu), sąd wskazał, że zachowanie obwinionego, protestującego przeciwko ideologii towarzyszącej zarejestrowanemu marszowi było wyrazem konstytucyjnie zagwarantowanej wolności pokojowego wyrażania poglądów. Był to de facto udział w debacie publicznej, w której obwiniony nie zamierzał i nie był w stanie uniemożliwić przemarszu.

Sąd uznał, że obwiniony chciał przede wszystkim swoim zachowaniem zamanifestować swój sprzeciw i w tej formie wziąć udział w dyskursie publicznym na tematy społecznie istotne. Sąd podkreślił, że „pod pojęciem 'przeszkadzania' nie można rozumieć każdej aktywności, która realnie oddziałuje na uczestników zgromadzenia, bowiem w takim przypadku za przeszkadzanie należałoby uznać wszelkie przypadki korzystania z wolności wypowiedzi, obejmującej prawo do wyrażania krytyki i sprzeciwu, dokonującej się przy okazji zgromadzenia, które wywołuje takie krytyczne opinie”. Sądy często także wskazują w swoich orzeczeniach, że oceniają jako wręcz pożądane, by obywatele aktywnie uczestniczyli w dyskursie publicznym i w ramach pokojowych manifestacji wyrażali w ten sposób swoje opinie i poglądy, nawet wtedy, gdy wiąże się to z publicznym artykułowaniem sprzeciwu i krytyki.

Czy zatem kwestia uwzględnienia kontekstu może być przyczyną różnic w ocenach prawnych zachowań osób protestujących?

Moim zdaniem w znacznej części tak. Brak uwzględniania w ocenie zachowania protestujących owego kontekstu i skupianie się wyłącznie na aspekcie formalnego zachowania określonej treści staje się przyczyną bezzasadnie wszczynanych postępowań. W jednej z ostatnio prowadzonych przeze mnie spraw wyższy rangą funkcjonariusz policji  przyznał wprost na sali sądowej, że z jego punktu widzenia nie ma znaczenia, z jakiego powodu ludzie się gromadzą czy przeciwko czemu protestują. Kluczowe znaczenie ma bowiem fakt zablokowania ulicy, motywy zaś tego działania pozostają irrelewantne. Oczywiście, że policjanci działają na podstawie rozkazu i nie sposób wymagać od nich, by dokonywali indywidualnych ocen, sprowadzających się dodatkowo do ważenia dóbr pozostających ze sobą w kolizji (np. ww. zakłócenia porządku publicznego i prawa do udziału w pokojowym zgromadzeniu). Należałoby jednak wymagać systemowej zmiany spojrzenia na obywatelskie prawo do pokojowego protestu, bo nie może być tak – patrząc z perspektywy efektu – że później sąd ocenia, że zaledwie niewielka część mandatów była zasadna. To bardzo niepokojące, że sądowa weryfikacja decyzji podejmowanych przez funkcjonariuszy wskazuje na wysoce błędną ocenę sytuacji z ich strony.

A jak prawo patrzy na kwestię uczestnictwa w pokojowym proteście?

Zarówno stanowisko sądów powszechnych, jak i przedstawicieli doktryny prawa karnego (tak polskiego, jak i międzynarodowego) jest jasne – dopóki protest jest pokojowy, to jest on legalny. Sądy potwierdzają w swoich orzeczeniach, że „wykluczone powinno być stosowanie sankcji wobec osób zachowujących się pokojowo, uczestnicy zgromadzenia mogą ponosić odpowiedzialność jedynie, jeżeli podejmują się aktów przemocy lub agresji”, zaś „policja nie może ingerować w przebieg niezakazanego zgromadzenia i zmuszać jego uczestników do zaniechania uczestnictwa w nierozwiązanym zgromadzeniu, bowiem stanowiłoby to naruszenie gwarantowanego konstytucyjnie prawa do zgromadzeń”. Sądy odwołują się w tym zakresie przede wszystkim do art. 54 i art. 57 konstytucji, a także aktów prawnych rangi międzynarodowej, w tym do art. 10 i art. 11 konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, art. 21 międzynarodowego paktu praw obywatelskich i politycznych, czy art. 12 karty praw podstawowych. Pomocne w tej kwestii jest także orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który w jednym z rozstrzygnięć podkreślił, że „władze publiczne powinny w każdych okolicznościach wykazywać odpowiedni poziom tolerancji dla pokojowych zgromadzeń, niezależnie do tego, że ich odbywanie wiązać się może z pewnymi zaburzeniami porządku publicznego”. W innym z orzeczeń Trybunał z kolei stwierdził, że „Wykluczone winno być stosowanie sankcji wobec osób zachowujących się pokojowo, niepodejmujących się aktów agresji lub przemocy”. Warto również dodać, że jak wynika z licznych orzeczeń sądów, niekwestionowane jest także prawo obywateli do udziału w kontrdemonstracji, w której z założenia uczestnicy polemizują z poglądami swoich oponentów.

W kontekście prawa obywateli do uczestnictwa w pokojowych zgromadzeniach warte jest również podkreślenia to, że w jednym z wyroków sąd stwierdził nawet, że „jedynie w systemie niedemokratycznym określone podmioty mogą liczyć z założenia na całkowicie niezakłócony przebieg organizowanych przez nich wydarzeń, bowiem to władza organizuje tam przestrzeń publiczną wolną od sporów i konfliktów, a nie społeczeństwo”.

Czy powyższe uwagi odnoszą się tylko do zgromadzeń zarejestrowanych, zgodnie z właściwymi przepisami?

Nie tylko. Prawo do pokojowego protestu dotyczy także tzw. zgromadzeń spontanicznych, które uregulowane zostały w art. 3 ust. 2 ustawy Prawo o zgromadzeniach. Sądy w swoich orzeczeniach wielokrotnie podkreślały, że zgromadzenia spontaniczne „korzystają z ochrony konstytucyjnej i nie są nielegalne”. „Władze powinny chronić i ułatwiać odbywanie spontanicznych zgromadzeń tak długo, jak mają one pokojowy charakter”, „nawet gdy demonstracja może drażnić i przeszkadzać innym”. Powinny być wręcz traktowane „jako spodziewana raczej niż wyjątkowa cecha zdrowej demokracji”. W kontekście zgromadzeń spontanicznych warto również dodać, że w innym orzeczeniu sąd stwierdził, że „wygłaszane przez funkcjonariuszy Policji komunikaty wzywające do opuszczenia miejsca zgromadzenia, co oczywiste, nie mogą zastępować wymaganej prawem decyzji o rozwiązaniu zgromadzenia”. Tymczasem z powszechnie dostępnych w mediach społecznościowych nagrań z demonstracji spontanicznych wynika, że policja ogranicza się wyłącznie do komunikatów o bezprawności działania protestujących i wzywa do opuszczenia miejsca zgromadzenia, często nie traktując zgromadzenia jako spontanicznego w rozumieniu wyżej wskazanych przepisów ustawy Prawo o zgromadzeniach.

Funkcjonujemy w warunkach pandemii. Policja uważa, że obecnie sam udział w zgromadzeniach nie jest legalny. Czy sądy wypowiedziały się już jakoś w tej kwestii?

Policja powołuje się w tym zakresie na obowiązujące rozporządzenia epidemiczne, zakazujące udziału w zgromadzeniach publicznych. Z tego tytułu rzeczywiście funkcjonariusze od kilku miesięcy wystawiają mandaty za nielegalne gromadzenie się. We wszystkich znanych mi sprawach sądy nie podzielają tej optyki, wskazując, że zgodnie z art. 31 ust. 3 konstytucji ograniczenie wolności i praw obywatelskich możliwe jest wyłącznie w drodze ustawy, a nie rozporządzenia jako aktu prawnego niższej rangi, aniżeli ustawa. W jednym z orzeczeń sąd na przykład wskazywał, że przepisy rozporządzenia nie zawierały znamienia „gromadzenie się”, ale organizowanie, co jest rodzajowo zupełnie odmiennym zachowaniem. W prawie karnym zaś funkcjonuje zakaz stosowania analogii i wykładni rozszerzającej na niekorzyść obwinionego i oskarżonego, co w konsekwencji przesądzało o braku prawnej możliwości przypisania sprawstwa zarzuconego wykroczenia. Niezależnie od powyższego sądy wskazywały także, że przepisy epidemiczne rangi rozporządzenia nie zawierały żadnej sankcji za ich naruszenie. Tymczasem zgodnie z kodeksem wykroczeń odpowiedzialności za wykroczenie podlega ten, kto popełnia czyn społecznie szkodliwy, zawiniony, zabroniony przez ustawę obowiązującą w czasie jego popełnienia pod groźbą kary aresztu, ograniczenia wolności, grzywny do 5 tys. złotych lub nagany. Sądy stwierdzały zatem, że zachowanie obwinionych nie wyczerpywało znamion wykroczenia, albowiem zachowanie to nie jest zabronione przez ustawę pod groźbą kary za wykroczenie. Zaakcentowania również wymaga, że w jednym z orzeczeń sąd stwierdził, że „zakazy wyrażone w treści rozporządzenia Rady Ministrów uznać należy za niekonstytucyjne, a co za tym idzie – za nielegalne”. W obrocie prawnym funkcjonują także orzeczenia, które uwalniały obywateli od odpowiedzialności za wykroczenie nie przez dostrzeżony brak ustawowych znamion zarzuconego wykroczenia, ale poprzez odwołanie się do wspomnianego powyżej braku społecznej szkodliwości tego czynu. W jednym z takich orzeczeń sąd wskazał, że z zabezpieczonej w sprawie dokumentacji fotograficznej wynika, że protestujący przestrzegali środków ostrożności (zachowywali dystans, mieli maseczki) i tym samym „nie było szkodliwości czynu, skoro obwinieni nie stwarzali zagrożenia i ich działania w tym konkretnym wypadku nie mogły skutkować rozpowszechnieniem się epidemii”. W konsekwencji ich działania nie kolidowały z celem wprowadzonego w rozporządzeniach epidemicznych zakazu.

Czy w związku z powyższym policja nie ma prawa legitymować protestujących obywateli z powodu uczestnictwa w zgromadzeniu w czasie pandemii i czy można odmówić legitymowania dokonywanego z tego powodu?

Rzeczywiście słyszymy w mediach, że funkcjonariusze przystępują do masowego legitymowania protestujących, wskazując jako przyczynę tej czynności właśnie udział w nielegalnym zgromadzeniu. Zaznaczenia wymaga, że policja ma prawo legitymować obywatela w sytuacji, kiedy istnieje ku temu przyczyna faktyczna, w tym przypadku podejrzenie, że osoba, która miałaby się wylegitymować, jest sprawcą wykroczenia. Skoro zatem udział w pokojowym zgromadzeniu zdaniem przeważającego stanowiska sądów powszechnych jest legalny, to należałoby uznać, że brak było podstaw do podejmowania wobec takiej osoby czynności legitymowania. Taką interpretację przyjęły sądy w znanych mi sprawach. W kilku orzeczeniach, wydanych na tle przepisów art. 65 § 2 kodeksu wykroczeń (penalizującego nieudzielenie informacji co do własnej tożsamości), sądy wskazują, że w przypadku, w którym funkcjonariusz żąda podania danych osobowych bez zaistnienia ku temu podstaw, obywatel może odmówić podania tych danych bez konsekwencji prawnych. Należy jednak mieć świadomość, że w praktyce odmowa wylegitymowania się może zakończyć się zatrzymaniem. Uprawnienie policji do zatrzymania osoby ujętej na gorącym uczynku popełnienia wykroczenia, jeśli nie można ustalić jej tożsamości, wynika wprost z art. 45 kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia. Skoro zatem policja twierdzi, że udział w zgromadzeniach publicznych w czasie pandemii jest wykroczeniem, to w praktyce będzie również twierdziła, że ma prawo do dokonywania czynności legitymowania. Natomiast wobec odmowy będzie twierdzić, że zaistniały podstawy do zastosowania zatrzymania. Obywatel oczywiście ma prawo złożyć zażalenie do sądu, jeśli czynność zatrzymania w jego ocenie była niezasadna i w przyszłości wykazywać, że brak było podstaw do podejmowania wobec niego zarówno czynności legitymowania, jak i wystawienia mandatu czy ewentualnego zatrzymania. Trzeba się jednak liczyć z tym, że z oczywistych względów ewentualne potwierdzenie swojego stanowiska uzyskane zostanie znacznie później, niż zrealizuje się ryzyko zastosowania zatrzymania. Należy zatem mieć powyższe na uwadze, jeśli decydujemy się na odmowę wylegitymowania się na żądanie funkcjonariusza.

Podsumowaniem omawianej problematyki niech będzie pogląd wskazany w jednym z orzeczeń, w którym sąd wyraził zaniepokojenie praktyką „polegającą na stawianiu uczestnikom pokojowych zgromadzeń zarzutów popełnienia wykroczeń, niezwiązanych nierozłącznie z przebiegiem tych zgromadzeń, ale które w konkretnych okolicznościach wydają się służyć nie ochronie dobra prawnego, lecz zniechęceniu do aktywności społecznej i korzystania z prawa do publicznego zamanifestowania poglądów”. Sąd dodał również, że takie działanie ze strony służb należy oceniać „jako niepożądane i mogące zostać zidentyfikowane jako działanie mieszczące się w zjawisku opisanym socjologicznie i znanym w anglosaskim prawoznawstwie jako „legal harasment” – „nękanie prawem”, „nękanie za pomocą prawa”.

Piszcie:listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.