Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Poznałam ich, kiedy byli w 3 klasie podstawówki. Klasa integracyjna. Formalnie cztery orzeczenia, a tak naprawdę co najmniej pięć, tylko rodzice z różnych względów nie chcieli swoich dzieci diagnozować lub ujawniać diagnoz w szkole. Do kompletu pięć opinii z poradni psychologiczno-pedagogicznej. Kilkoro uczniów z autyzmem, niepełnosprawnością intelektualną tudzież autyzmem połączonym z niepełnosprawnością intelektualną, nadpobudliwością psychoruchową.

Dalszy obraz składu: dzieci z rodzin niewydolnych wychowawczo, z rodzin alkoholików. W sumie kilkanaścioro dzieci.

To nie jest nic złego, ponieważ to nie ich wina. To wina dyrekcji, która pozwoliła na utrzymanie takiej klasy. Jako jedna z nielicznych rozumiałam te dzieciaki, bardzo się lubiliśmy, jednak zdawałam sobie sprawę, że dla swojego rozwoju i dobrostanu psychicznego nie powinni być wszyscy razem. Co zgłaszałam dyrekcji.

Dopóki jako nauczyciel współorganizujący kształcenie nie wprowadziłam pewnych metod i zasad, bójki i kłótnie na przerwach zdarzały się co kilka minut. Nie można było się odwrócić do nich plecami, ponieważ w każdej chwili mogła się wydarzyć tragedia. Każda lekcja była zdezorganizowana. Rozmowy na cały głos, obrażanie się, odczuwanie krzywdy i niesprawiedliwości, wychodzenie z klasy w trakcie lekcji, wywracanie ławek, uciekanie poza budynek szkoły, skarżenie, donosicielstwo, kłamstwa... codzienność. Konflikty i płacze. Ta klasa to jak jeden organizm. Kiedy jedna komórka – uczeń - zaczyna drgać, zaraz drga następna i następna, aż w końcu drgają wszyscy razem i każdy z osobna. Ogromny chaos. Nie przechwalam się, dzięki studiom i licznym szkoleniom umiałam sobie z nimi poradzić, umożliwić pracę na lekcji nauczycielom, w miarę okiełznać na przerwach.

Właśnie, przerwy. Nie miałam ich wcale, nie jadłam, piłam na lekcji, kiedy nie patrzyli. Do toalety wychodziłam w trakcie lekcji dzięki uprzejmości niektórych nauczycieli przedmiotu.

Cały dzień w pracy byłam na najwyższych obrotach i w pełnym skupieniu. Do domu wracałam wykończona, choć usatysfakcjonowana. Dumna z dzieciaków i z siebie.

Na przerwach bywało, że odrabialiśmy zadania, bo ktoś o nich zapomniał, robiliśmy powtórki przed sprawdzianem. W domu przygotowywałam materiały, pomoce, programy z zakresu terapii behawioralnej, pomagałam w dostosowaniu materiałów i sprawdzianów. Na bieżąco byłam w kontakcie z rodzicami dzieci z orzeczeniami, z opiniami i tych w normie również, kiedy trzeba było.

Jednak to wszystko odbywało się zbyt dużym kosztem. Przychodziłam do domu coraz bardziej wykończona, a w domu czekały na mnie własne dzieci, w tym jedno z zaburzeniem. Nie miałam dla nich siły i czasu. Żeby nie wypaść z obiegu i łask, robiłam kolejne studia podyplomowe i szkolenia. Co jakiś czas rozmawiałam z dyrekcją o tym, że ta klasa nie może funkcjonować w takim składzie.

Na czym polega idea klasy integracyjnej? Między innymi na tym, że dzieci, które funkcjonują w sposób nieakceptowalny społecznie, modelują swoje zachowanie na podstawie zachowania dzieci zdrowych. Tutaj sprawa miała się zgoła odwrotnie. Dzieci zdrowe i ze zdrowych emocjonalnie rodzin dostosowywały się do reszty.
I to nie jest chwilowy problem czy też problem na parę lat szkoły. One wejdą tak ukształtowane w życie. Pokochałam te dzieci, zaakceptowałam, ale nigdy w życiu nie chciałabym, aby do tej klasy uczęszczało moje własne dziecko.

Jeden z dni był napięty od rana, dzieci między sobą na każdej przerwie rozmawiały z przejęciem o koronawirusie. Uspokajałam ich, że to nie pierwsza tego typu choroba i że prawdopodobnie do nas nie dotrze. Jak wiadomo, myliłam się. Przyszedł komunikat, że szkoły zostaną zamknięte.

Nie zasypiałam gruszek w popiele. Mimo że wiosną wszystko było nieuporządkowane i każdy uczył zdalnie "po swojemu", za pomocą różnych narzędzi, byłam na bieżąco. Uczyłam się wszystkiego, odrabiałam zadania, robiłam opracowania materiału dla potrzebujących. Każdego dnia opracowywałam materiały dla uczniów wykluczonych cyfrowo, jeździłam po domach, uczyłam, pomagałam w zadaniach domowych. Poszło mi mnóstwo papieru i tuszu w drukarce.

Od własnych dzieci opędzałam się niemal jak od natrętnych much, musiałam przecież wykonać pracę, za którą mi płacą. Nie mogłam pozwolić na to, aby żadne z „moich” klasowych dzieci zniknęło z systemu. To wszystko zabierało mi z pewnością co najmniej 40 godzin tygodniowo, jak nie więcej.

Ze wszystkiego byłam zobowiązana pisać sprawozdanie, aby udowodnić, że zasługuję na zapłatę za godziny ponadwymiarowe. Niestety, dyrekcja uznała, że np. nauczyciele wychowania fizycznego zasługują na 100 proc. wynagrodzenia, ale ja jako nauczyciel wspomagający już nie. Moje koleżanki po fachu miały zajęcia rewalidacyjne w ramach godzin ponadwymiarowych. Wysyłały więc materiały swoim podopiecznym, co stanowiło dowód, że pieniądze mogą dostać. Ja swoje godziny nadliczbowe realizowałam w godzinach lekcyjnych, w odrabianiu lekcji, w robieniu za drugiego wychowawcę, rozmowach z rodzicami nawet o 21 w piątek wieczorem, w jeżdżeniu do domów...

W nagrodę dostałam „600-”, ponieważ obcięto mi również dodatek motywacyjny. Wiecie, ile to jest dla nauczyciela 600 zł mniej miesięcznie? Ale mniejsza z pieniędzmi. To było dla mnie jak trzaśnięcie w pysk. Nie zrozumcie mnie źle. Nie chciałam fanfar i nagród. Oczekiwałam wyłącznie tego, że nic nie zostanie mi zabrane za pracę, którą wykonywałam sumiennie i dobrze.

Obecnie „siedzę” w domu i uczę się wyłącznie ze swoimi dziećmi. Razem z mężem planujemy założenie działalności. Nie mam ochoty wracać do oświaty.

Przed wojną pensja nauczyciela dorównywała wypłacie górnika. Obecnie zarabia on niejednokrotnie mniej niż kasjer czy konserwator w szkole.

Bardzo szanuję każdą pracę. Ale w takim razie po co komu pięcioletnie studia plus kilka podyplomówek i wiele szkoleń? Po to, by kształtować młodych ludzi, to bardzo odpowiedzialna praca. A że niektórzy nauczyciele dają ciała? Jaka płaca, taka praca. Nie samym powołaniem człowiek żyje.

Miałam możliwość odejść z zawodu, aby nie zrobić krzywdy dzieciom swoją frustracją, nie każdy jednak może sobie na to pozwolić.

Była nauczycielka

Czekamy na Wasze opinie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.