Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Obawiam się, że listów podobnych do tego, który właśnie piszę, otrzymujecie multum, ale nie mogę się powstrzymać i muszę dać upust emocjom, jakie się we mnie gotują. Niestety są to emocje negatywne. A dotyczą tak zwanych godzin dla seniorów.

I tego, który wpadł na ten "genialny" pomysł, nazwałabym dosadnie, ale nie wypada w tym miejscu. Podzielę się więc spostrzeżeniami z Krakowa, a są one następujące.

Sytuacja pierwsza: przychodzę do sklepu po godzinach seniora i co zastaję? Tłum osób, który jak ja potrzebują zrobić zakupy, a nie mogły wcześniej, oraz liczni seniorzy, którzy jakby na złość durnym przepisom postanowili pokazać, że sami zdecydują, kiedy pójdą na zakupy.

Sytuacja druga: wracam z porannych zajęć i potrzebuję zrobić zakupy - nie mogę, gdyż właśnie zaczęły się godziny przeznaczone rzekomo dla seniorów. Wracam więc do domu, a za godzinę lub dwie muszę znowu ruszać samochód i jechać do sklepu, obok którego już przejeżdżałam. Strata czasu i benzyny, zanieczyszczenie środowiska itp.!

Czy gdzieś na świecie ktoś wymyślił podobną bzdurę, czy i w tej kwestii przodujemy w głupocie?!!

Czytelniczka z Krakowa

Święta coraz bliżej, więc problemów może być coraz więcej, piszcie:listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.