Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Z uwagą przeczytałem artykuł Igora Rakowskiego-Kłosa. Obudził wspomnienia.

Pamiętam dzień 8 marca 1968 roku. Mieliśmy odbyć zajęcia z chemii na Uniwersytecie Warszawskim. Termin zajęć zaplanowano na godzinę przed wiecem na Uniwersytecie.

W chwili, gdy wraz z koleżankami i kolegami z grupy studentów medycyny zbliżam się do bram Uniwersytetu, pojawia się grupa ZOMO, formuje szyk i naciera na znajdującą się przed bramą grupę osób, bijąc pałkami każdego, kto nie potrafił uciec. Jedna z koleżanek ze strachu rusza w amoku w kierunku szarżującego ZOMO. Doganiam ją (zatrzymałem dziewczynę chwytając za długie włosy!). Potem biegniemy razem w odwrotnym kierunku. Ale koleżanka nie może szybko biec, ZOMO-wcy są blisko za nami. Na szczęście otwarte są drzwi do kościoła Sióstr Wizytek, wbiegamy i ksiądz zamyka wrota do kościoła. Tuż przed nosem ZOMO! Wychodzimy z drugiej strony kościoła.

Następnego dnia idziemy z kolegą roku zaprotestować pod Uniwersytet. Milicja otacza nas ze wszystkich stron, zabierając wielu do suk. Przed nami na szczęście stało dwóch niskich, o wątłej budowie, milicjantów. Ruszyliśmy biegiem i z krzykiem w ich kierunku, rozstąpili się, uciekliśmy!

Myślę, że o Marcu '68 roku nie wszystko napisano i zbyt mała jest wiedza o tamtych czasach wśród młodych ludzi.

Janusz Krzymień

Czekamy na Wasze listy, wspomnienia:listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.