Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W noc wyborczą 2016 roku, gdy wiadomo było, że wygrał Trump, założyliśmy organizacje Indivisible (Niepodzielni). Jej kręgosłup stanowili młodzi ludzie z administracji Obamy. Pomysł na tę organizację i jej podstawy działania wzięliśmy od... naszych rodzimych faszystów z Tea Party, którzy rzucali kłody pod nogi prezydenturze Obamy. Tea Party nie była nigdy partią, a ruchem w obrębie Partii Republikańskiej. Nie mieli formalnych struktur ani przywódców. Sponsorowali ich bonzowie ropy naftowej z kręgu bajecznie bogatych braci Koch. Ruch opowiadał się głównie za zmniejszeniem rządu, deficytu budżetowego i obniżeniem podatków. Działalność ruchu polegała głównie na organizowaniu ulicznych protestów i pikiet. Lokalne komórki stały z transparentami pod biurami kongresmanów i senatorów, przychodziły na spotkania z nimi. Od czasu do czasu zjeżdżali się członkowie ruchu w Waszyngtonie DC i protestowali przeciw prezydentowi i jego polityce. Głównym celem ich protestów był plan Affordable Care Act zwany tez Obama Care. To największe osiągniecie prezydentury Obamy zaatakowali tak zaciekle, że nie zauważyli, iż sami stali się beneficjentami tego planu ubezpieczeń zdrowotnych. Ale to inna historia. Przed wyborami do kongresu Tea Party poparło tylko tych kandydatów na kongresmanów i senatorów, którzy podpisali zobowiązania do niepodwyższania podatków itp., czyli cyrografy z Tea Party.

Brak jakiekolwiek struktury, brak władz, brak jednolitego programu ruchu Tea Party okazał się jego siłą. W całych Stanach przez kilka lat trwały nieustanne protesty. Polska to 3 proc. powierzchni Stanów lub - mówiąc inaczej - Polska jest jak stan New Mexico. Wyobraźmy sobie obecne protesty w Polsce rozciągnięte na wszystkie 50 stanów i na 7 lat!

Ruch Indivisible zdecydował się nie wymyślać koła, lecz skopiować ten model działania. Pierwszy raz wyszliśmy na ulice jako Women’s March on Washington DC 21 stycznia 2017 roku, w dzień po inauguracji Trumpa. W samej stolicy pojawiło się ponad pół miliona ludzi. Maszerowaliśmy we wszystkich 50 stanach. W całych Stanach wyszło na ulice 3-4 mln ludzi, czyli ponad 1 proc populacji. Był to jeden z największych protestów w historii kraju. Solidaryzował się z naszym marszem cały świat. Wzięło w nim udział ponad 7 mln ludzi.

Kilka dni później protestowaliśmy na wszystkich lotniskach Stanów przeciw zakazowi, który Trump wprowadził dla muzułmanów. Staliśmy z transparentami „Witajcie” i krzyczeliśmy, że muzułmanie są miłe widziani. Organizacje prawnicze zaskarżyły dekrety Trumpa, a my robiliśmy hałas.

I tak przez cztery lata. Chodziliśmy pod biura kongresmenów i senatorów, przychodziliśmy z transparentami i pytaniami na spotkania z nimi, protestowaliśmy przeciw murowi na granicy z Meksykiem, tańczyliśmy z nauczycielami w stanie Kentucky, którzy ogłosili strajk generalny, pikietowaliśmy rurę z ropą, która biegła przez święte tereny Indian, szliśmy w marszu na siedzibę gubernatora Michigan, bo truł Afroamerykanów wodą z ołowiem. Pisaliśmy e-maile, SMS-y i wydzwanialiśmy do członków Kongresu w obronie braci i sióstr transgender, którym Trump zabronił służenia w armii. Protestowaliśmy przeciw wycofaniu Stanów z paryskiego porozumienia na rzecz klimatu. Robiliśmy to lokalnie, w każdej miejscowości, gdzie była grupka ludzi, którzy byli przeciw. Czasem była to rzeczywiście garstka ludzi z transparentami ustawiona wzdłuż ruchliwej ulicy w małym zapyziałym miasteczku Dzikiego Zachodu. Czasem szliśmy w potężnych marszach w każdym większym mieście, bo np. szaleńcy z karabinami zabijali nasze dzieci w szkołach. Właśnie dzieci z ogólniaka Stoneman Douglas na Florydzie zorganizowały Marsz o Nasze Życie w 2018 roku, po tym, jak świr z karabinem zabił 17 ich kolegów w szkole. W całych Stanach maszerowaliśmy wówczas w 880 miastach. Było nas ponad 2 mln. Nigdy nie zapomnę tego marszu, bo nigdy nie widziałam tylu ludzi, którzy by naraz płakali. Te marsze to był początek wielkiej fali różnorakich działań i aktywności na rzecz ograniczenia prawa do posiadania broni. Doprowadziło to do zmiany prawa w wielu stanach, m.in. na Florydzie.

Za biblię naszego oporu przeciw Trumpowi służyła nam 23-stronicowa książeczka-instrukcja pt. "Indivisible: A Practical Guide for Resisting the Trump Agenda". Działaliśmy wspólnie z działaczami Partii Demokratycznej i wszystkich progresywnych organizacji oraz organizacji kobiecych. W sądach walczyli prawnicy z organizacji strzegących praw człowieka i praw mniejszości. Byliśmy razem jako geje, kobiety, Afroamerykanie, Latynosi, amerykańscy Indianie, Azjaci i wszyscy, którzy byli przeciwni temu, co robił Trump.

Przez cztery lata również rejestrowaliśmy nowych wyborców, bo w Stanach, by móc głosować, trzeba być zarejestrowanym. Chodziliśmy od drzwi do drzwi. Ustawialiśmy się na jarmarkach i protestach i „łowiliśmy” nowych wyborców. Budowaliśmy też bazę danych: telefony i e-maile nowych wyborców. Potem, przed wyborami, siadaliśmy do tzw. Phone banking, czyli jako wolontariusze przychodziliśmy dzwonić do ludzi, którzy deklarowali się jako demokraci. Dzwoniliśmy do nich i przypominaliśmy im, by poszli na wybory. Wolontariusze donosili ciasta, wodę, pizzę. Co dwa lata armia wolontariuszy siada i dzwoni: ludzie idźcie na wybory!

Pracowaliśmy też przy opracowywaniu danych z sondaży wyborczych. Budowaliśmy mapy wyborców. To pozwalało sztabom ustalać strategie wyborcze dla kandydatów.

Ostatnie cztery lata pracowaliśmy jako wolontariusze, poza innymi obowiązkami, jakby jutra miało nie być. Nigdy nie było nas tak wielu za czasów 8 lat Obamy. Wiedzieliśmy, że drugiej kadencji Trumpa amerykańska demokracja nie przetrzyma. Wpłacaliśmy pieniądze na kampanie demokratycznych kandydatów do limitu, roznosiliśmy ulotki, pukaliśmy do drzwi, pikietowaliśmy, maszerowaliśmy, pisaliśmy, dzwoniliśmy.

Gdybyśmy nie włożyli tyle serca, wysiłku i pieniędzy w te cztery lata, przegralibyśmy te wybory, bo na Trumpa poszło zagłosować kilka milionów więcej ludzi niż w 2016.

Nie spodziewaliśmy się tego. Myśleliśmy, że nikomu to, co on wyczyniał, nie może się podobać. A jednak. Gdy 150 mln ludzi dostało w pandemii czek pomocowy, na nim był Trumpa podpis. Oczywiście, że nie była to główna przyczyna, dlaczego ludzie głosowali na Trumpa, ale było to nasze 500+. Rasizm w znikającej populacji białej większości też trzyma się mocno, tak mocno, jak strach przed uchodźcami i nienawiść do nich w Polsce.

Są dwa powody, dla których to pisze:

Pierwszy - by uzmysławiać, że demokracja to stan nietrwały, ze wymaga zaangażowania literalnie każdego i na co dzień. Demokracja to ciągle wyrażanie opinii na temat tego, jak oceniamy rządzących. Nie robi się tego na Facebooku. Trzeba iść i coś robić. Demokracja to też uliczne protesty, ale ich celem nie jest zawsze obalenie rządu. Demokratycznie wybrany rząd ma prawo rządzić obojętnie, czy nam się to podoba, czy nie.

Drugi - by powiedzieć tym, którzy są zdegustowani brakiem „wyników” tych wszystkich protestów w Polsce. To jest OK. Tak ma być.

Oni rządzą, a my mamy im pokazywać, że jesteśmy z tych rządów niezadowoleni.

Nie można oczekiwać cudów i natychmiastowych rewolucyjnych zmian. Jeśli rząd upada w demokracjach parlamentarnych, to dlatego, że traci większość w parlamencie. I dla protestujących jest to bonus. Rządy, niestety, bardzo rzadko upadają od marszów na ulicach.

Ostatni sondaż opinii w Polsce pokazał, że na ugrupowanie, które opowiada się mocno za prawami kobiet i legalnością aborcji, chce głosować tylko 8 proc. ludzi. Na demokratyczne koalicje (poza PiS i faszystami), które nie chcą legalnej aborcji, chce głosować 39 proc. Polaków. Liczby nie kłamią. Istniejące partie trzeba opanować, społeczeństwo trzeba przekonać do postępu. To ciężka praca. Nam zajęło to cztery lata. W Polsce mamy trzy lata do wyborów. Bez wzmocnienia/opanowania/przejęcia tych ugrupowań, które bez żadnego krygowania się są za prawami kobiet i mniejszości, za postępem, za rozdziałem Kościoła od państwa - nic się w Polsce nie zmieni.

A jeśli ktoś wierzy, że się zmieni, to po prostu nie jest realistą, tylko leniwym marzycielem, który nic lub niewiele zrobił dla demokracji, a chciałby, by demokracja dla niego wszystko zrobiła.

Czekamy na Wasze listy:listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.