Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- Obecnie nie ma gorszego miejsca pracy od szpitalnego oddziału ratunkowego polskiego szpitala powiatowego - uważa Bartosz Fiałek, lekarz z Płońska, który poza pracą jako reumatolog co pewien czas pełni dyżury na takim oddziale.

Właśnie wrócił do pracy po zakażeniu koronawirusem. Lekarz swoje doświadczenia opisuje w mediach społecznościowych. Jego wpisy śledzi kilkadziesiąt tysięcy czytelników. Po ostatnim dyżurze zacytował dialog, który odbył z lekarzami tego samego szpitala:

"- Interna zamknięta jeszcze tydzień, kardiologia założona pod korek, chirurgia zamknięta.

- To jak mamy, kur.., pracować, skoro nigdzie nie ma miejsc?

- Teraz się w SOR nie da pracować.

- Czyli SOR-u nie zamykamy, bo nie możemy, ale jak trafią do nas pacjenci, którzy wymagają hospitalizacji, to i tak nie będziemy mieli gdzie ich położyć. Przecież to jakiś skrajny absurd jest. Do domu ich wziąć? Jedno wolne łóżko mam, ale nie mam tlenu w ścianie i pomp do podawania leków w ciągłym wlewie dożylnym".

Co drugi lekarz na kwarantannie

– Jesteśmy zdziesiątkowani zakażeniami i kwarantannami, ale to, że system ochrony zdrowia w ogóle jeszcze działa, to wyłącznie zasługa personelu medycznego - mówi Magdalena Wiśniewska, prezes Okręgowej Izby Lekarskiej w Szczecinie.

W Polsce pracuje 140 tys. lekarzy i niespełna 38 tys. dentystów.

Jak podaje Ministerstwo Zdrowia, do połowy listopada zakażenie przeszło 14 123 lekarzy i dentystów, 41 z nich zmarło. Prawie 70 tys. lekarzy i 6 tys. dentystów musiało przejść kwarantannę. To znaczy, że wyłączona z pracy w czasie, gdy są potrzebni bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, była już niemal połowa medyków.

ZOBACZ "CZARNA KSIĘGA. PANDEMIA" W WERSJI PDF

A tych, w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców, jest w Polsce najmniej w całej Unii Europejskiej. Średnia dla Wspólnoty to 3,6 lekarza na tysiąc pacjentów, u nas - 2,4. Już przed pandemią lekarze pracowali na kilku etatach, dziś praca po 300 godzin w miesiącu to norma.

PiS znów uderza w lekarzy

W połowie października dr Magdalena Wiśniewska publicznie postawiła się wicepremierowi Jackowi Sasinowi, który stwierdził, że problemy w walce z pandemią to wina części lekarzy, którzy nie są odpowiednio zaangażowani w swoją pracę. "Potrzebujemy wsparcia, a nie codziennych nieprawdziwych i obraźliwych informacji na nasz temat" - napisała w oświadczeniu popartym przez samorząd lekarski, kiedy obóz władzy ręka w rękę z prorządowymi mediami rozkręcał nagonkę na lekarzy.

Szef Naczelnej Rady Lekarskiej prof. Andrzej Matyja zażądał od Sasina przeprosin. Stwierdził, że pandemia obnażyła wszystkie słabości systemu opieki zdrowotnej w Polsce, za co winę władza niesłusznie zrzuca na lekarzy.

"Braki kadrowe, zła organizacja i nieefektywność, zbyt niskie finansowanie. W czasie pandemii lekarze stanęli w obliczu np. braku środków ochrony osobistej, testów, odpowiedniego sprzętu, chaosu decyzyjnego i organizacyjnego, a mimo to robili i robią wszystko, by walczyć o zdrowie i życie pacjentów" – wyliczył.

Wypowiedź Sasina był kolejną już odsłoną ataku PiS na środowisko lekarskie. Kiedy w 2017 r. protest głodowy podjęli lekarze rezydenci, głównym celem rządowej propagandy było wtedy wykazanie, że akcja młodych medyków jest polityczna, a oni sami pazerni.

Zignorowane ostrzeżenia

Po ośmiu miesiącach pandemii lekarze są przemęczeni i sfrustrowani, bo poza odpieraniem zarzutów ze strony władz, że mogliby więcej i chętniej, muszą walczyć o każde rozwiązanie, które ułatwiłoby im pracę i poprawiło ich bezpieczeństwo.

- Tak wycieńczająca praca jest w głównej mierze spowodowana nieudolnością urzędników państwowych, którzy na czas nie posłuchali środowiska medycznego i nie poprawili warunków pracy oraz wynagrodzeń, aby zwiększyć zasoby kadrowe – uważa Fiałek.

Tak jest od początku pandemii.

Zrzutka na maseczki i kombinezony

W marcu szpitale nie miały środków dezynfekujących, masek, rękawiczek i kombinezonów ochronnych dla personelu. Dyrektorzy lecznic publikowali dramatyczne apele do lokalnych społeczności o wpłaty, które pozwolą im kupić cokolwiek dla swoich ludzi. Zrzutki robili w sieci pacjenci, sprzęt ochronny kupowały na gwałt fundacje, lekarze przerabiali chałupnicznym sposobem maski do nurkowania, które zastępowały im przyłbice, gogle i maseczki.

"W sytuacji braku odpowiedniego i potrzebnego wyposażenia, żaden polski lekarz nie będzie w stanie w pełni wykorzystać swojej wiedzy i umiejętności walcząc o zdrowie pacjentów, nie narażając jednocześnie siebie oraz innych" - alarmowała w pierwszych tygodniach pandemii Naczelna Rada Lekarska, naciskając na rząd, by wyposażył personel medyczny w sprzęt ochronny.

Blokada dostępu do testów

Równolegle lekarze zabiegali o dostęp do testów na koronawirusa, bo nie było podstawy prawnej do kierowania personelu medycznego na testy. Lekarz, który miał uzasadnione podejrzenie, że mógł zostać zakażony koronawirusem, ale przechodził to bezobjawowo, miał problemy z przetestowaniem się.

Kiedy w kwietniu Senat zaproponował powszechne testy dla personelu medycznego raz w tygodniu, Sejm odrzucił ten pomysł, m.in. głosem ówczesnego ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego. - Boimy się na podstawie doświadczeń z przeszłości, że np. za pięć lat, kiedy będziemy umieli zapobiegać i leczyć koronawirusa, NFZ zleci kontrolę dotyczącą wykonywania testów w pierwszym półroczu 2020 r. i zażąda zwrotu tych kosztów. Trudno pracować w takich warunkach - mówił nam prof. Matyja.

Bez ochrony, na celowniku

Lekarze obawiali się, że w razie zapaści systemu to oni będą pociągani do odpowiedzialności. Zabiegali więc, by rząd zgodził się na przepisy, które chroniłyby lekarzy w czasie pandemii.

W maju samorząd lekarski zaproponował klauzulę dobrego samarytanina. Polega na tym, że osoby pracujące z zakażonymi COVID-19 zwolnione są od odpowiedzialności cywilnej w przypadku pogorszenia stanu zdrowia pacjenta lub jego śmierci, jeśli nie nastąpiło rażące zaniedbanie. Klauzulę wpisano dopiero do ustawy antycovidowej uchwalonej pod koniec października, jednak ograniczono ją jedynie do odpowiedzialności karnej osób nią objętych, co lekarze krytykują. A rozwiązanie do dziś nie weszło w życie, ponieważ ustawa nie została opublikowana w Dzienniku Ustaw.

Pielęgniarki grożą strajkiem

Ta zawieszona ustawa może się stać przyczyną jeszcze większego kryzysu w służbie zdrowia. Do strajku przymierza się właśnie Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych. Domaga się, by państwo zapewniło wszystkim walczącym z COVID-19 medykom tzw. dodatek covidowy - wypłacany co miesiąc, w wysokości 100 proc. miesięcznego wynagrodzenia. Taki zapis jest w niepublikowanej ustawie. PiS tłumaczy, że przyjął go przez pomyłkę, bo podwójnie płacić chce tylko personelowi wysyłanemu do walki z koronawirusem przez wojewodów. I dlatego, bezprawnie, nie drukuje ustawy.

Na ok. 230 tys. aktywnych zawodowo pielęgniarek do połowy listopada zakażenie wykryto u prawie 33 tys. z nich, ponad 14 tys. było na kwarantannie, 25 zmarło.

- Rozumiemy, że działamy w stanie epidemii, ale przecież od lat alarmowałyśmy, że jest nas za mało. Jesteśmy wyczerpane psychicznie i fizycznie, pracujemy w okrojonych składach, bo część z nas jest przenoszona do szpitali covidowych - mówiła w "Wyborczej" mówi Krystyna Ptok, szefowa Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych (OZZPiP).

Karetki z pacjentami, których nikt nie chce

Dołączenia do protestu nie wykluczają również ratownicy medyczni. W ankiecie przeprowadzonej przez Ogólnopolski Związek Zawodowy Ratowników Medycznych ponad 90 proc. badanych opowiedziało się właśnie za tym, by podjąć działania strajkowe.

Mają dosyć warunków pracy. Tylko ok. połowa ma etaty, reszta pracuje na kontraktach i śmieciówkach, więc kiedy chorują albo są na kwarantannie, nie mają środków do życia. Są przeciążeni dyżurami, w karetkach spędzają po 300 i więcej godzin w miesiącu. Ale czarę goryczy przelał chaos, jaki zapanował w służbie zdrowia w pandemii. Jego skalę uświadomiły wszystkim nagrania dramatycznych rozmów ratowników medycznych z dyspozytorami pogotowia i tych ze szpitalami. Mają tak wielu pacjentów, że odmawiają przyjmowania kolejnych. Karetki godzinami krążą między lecznicami, zanim znajdzie się dla chorego wolne łóżko.

Ratownik medyczny z krakowskiego pogotowia tak to opisał "Wyborczej": - Przed covidem pędziliśmy przez miasto, pod szpitalem byli już ludzie, którzy przejmowali pacjenta, można było odetchnąć, pomyśleć, że zrobiło się wszystko dobrze i szybko, to najważniejsze. Covid zmienił reguły, w zasadzie to nie ma już żadnej. Przedtem jechało się z pacjentem do najbliższego SOR-u, teraz jak idiota krążysz po mieście.

W październiku na COVID zmarł kierowca pogotowia z Garwolina. Ratownicy szukali dla niego miejsca w kolejnych szpitalach, jednak zanim się to udało - zmarł w karetce.

Według resortu zdrowia zakażenia koronawirusem wykryto do połowy listopada u 2036 ratowników medycznych, prawie dziewięć tysięcy było na kwarantannie, dwóch chorych na COVID-19 zmarło.

Strategia rządu: macie się tym zająć

Przerzucanie odpowiedzialności za to, co nie działa dziś w służbie zdrowia, i oczekiwanie, że to właśnie lekarze, pielęgniarki i ratownicy medyczni te problemy rozwiążą, to codzienność tych osób.

Szefowa związku zawodowego pielęgniarek Krystyna Ptok podała taki przykład: dwie pielęgniarki na 80 pacjentów z demencją. Jak zorganizują opiekę? Ich sprawa.

Lekarz ze szpitalnego oddziału ratunkowego w Białymstoku i Ostrołęce: - Ostatnio wojewoda mazowiecki pan Konstanty Radziwiłł wysłał polecenie do dyrektora szpitala w Ostrołęce, że od poniedziałku szpital ma dysponować nie jak dotychczas 49, tylko 150 łóżkami covidowymi, a liczbę łóżek respiratorowych ma zwiększyć z dziewięciu do 20.

Nie mamy pojęcia jak. Nie mamy w Ostrołęce tylu respiratorów stacjonarnych ani tylu stanowisk tlenowych. Wojewoda przerzucił na dyrektora szpitala, ordynatorów i lekarzy odpowiedzialność: macie się tym zająć. W konsekwencji następuje taka sytuacja, że koordynator wojewódzki widzi w komputerze, że szpital w Ostrołęce ma od poniedziałku 100 wolnych łóżek, i wysyła karetkę. A my nie mamy tego pacjenta jak podłączyć pod tlen, jak mierzyć mu parametrów. Będą się działy ludzkie tragedie.

"Niech jadą". Taki jest plan

Pomoc polskiemu rządowi zaoferowali w październiku Niemcy, którzy gotowi są wspierać w walce z pandemią nie tylko nas, ale też inne państwa Unii Europejskiej.

Polskie władze uważają jednak, że poradzą sobie same. - Mamy wystarczającą liczbę łóżek i respiratorów, budujemy szpitale tymczasowe. W tej chwili jesteśmy samowystarczalni, takiej pomocy Polska nie potrzebuje - wytłumaczył mediom wiceminister zdrowia Waldemar Kraska, a posłanka PiS Joanna Lichocka odgryzła się, że jeśli Niemcy chcą pomóc, to niech puszczą na urlopy do kraju pracujących u nich polskich lekarzy.

Czytaj także: Kopa w d... dostaniecie, a nie podwyżki

Wtedy środowisko lekarskie przypomniało słynne: "Niech jadą!", słowa rzucone przez inną posłankę PiS Józefę Hryniewicz podczas sejmowej debaty o młodych lekarzach w 2017 r.

I jak wynika z raportu Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie o tym, jak pandemia wpłynęła na podejście do zawodu lekarzy i pielęgniarek, z rady posłanki gotowych są dziś skorzystać tysiące pracowników polskiej służby zdrowia.

Emigrację rozważa 9 proc. lekarzy, 6 proc. w ogóle chce odejść z zawodu. Podobne plany ma co dziesiąta pielęgniarka.

A to badanie prowadzone było latem, kiedy dzienna liczba zakażeń wynosiła kilkaset, kiedy nie padły jeszcze słowa o braku zaangażowania kadry medycznej i kiedy lekarze nie musieli wybierać, kogo do szpitala przyjąć i kogo podłączyć do respiratora.

Piszcie:listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.