Wchodzimy w siódmy rok konfliktu militarnego w Ukrainie. - Ludzie szmuglują żywność, mięso, ale też np. rajstopy z części kontrolowanej przez rząd w Kijowie. Cała "granica" jest zaminowana. Ignorują ryzyko, bo wydaje im się, że znają teren i są w stanie ominąć zagrożenia - mówi Anna Duda, kierowniczka misji PAH w Ukrainie
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wesprzyj tych, którzy ucierpieli w wyniku kryzysów humanitarnych w Ukrainie, Sudanie Południowym, Somalii czy Jemenie. Więcej informacji o kampanii na stronie pah.org.pl/razem

Żaneta Gotowalska: Cicho zrobiło się o Ukrainie w ostatnim czasie, choć u naszego wschodniego sąsiada konflikt wciąż trwa.

Anna Duda, kierowniczka misji PAH w Ukrainie: Przez chwilę COVID-19 przywrócił zainteresowanie mediów, tymczasem to jest otwarty konflikt militarny. Pomimo zawieszenia broni dziennie notuje się od kilku do kilkunastu incydentów np. ostrzeliwania cywilnej infrastruktury; tylko w październiku było 367 takich incydentów. Ponad 5,2 miliona ludzi żyje w strefie konfliktu, a 3,5 miliona potrzebuje pilnej pomocy humanitarnej.

Mieszkający w Polsce Ukraińcy, z którymi rozmawiałam, czują żal, że Polacy o nich zapomnieli.

- To zaskakujące, że dla Polaków temat przestał istnieć. Ale Polska Akcja Humanitarna współpracuje z polskim MSZ i naszą ambasadą w Ukrainie. Otrzymujemy wsparcie finansowe na realizację projektów.

Donbas jest jednym z najbardziej zaminowanych terenów na świecie.

- To jakieś 16 tys. km kwadr. wokół tzw. linii rozgraniczenia – dzielącej tereny kontrolowane przez rząd ukraiński i zbuntowane tereny. Bardzo wiele osób żyje w strefie od 0 do 5 km wokół linii kontaktu, nieformalnej granicy, gdzie zaminowanie jest szczególnie gęste. Miny znajdują się też m.in. wokół Kramatorska, Słowiańska, Konstantynówki i miasteczek oddalonych grubo powyżej 20 km od linii rozgraniczenia.

Armia nie zawsze dokumentowała położenie min. Każde roztopy wpływają na ich przemieszczenie. Wszystkie organizacje, które usuwają miny, mają poważne problemy z identyfikacją zaminowanych miejsc.

Trudno żyć w ciągłym strachu. Co z mieszkańcami tych okolic?

- Ludzie żyjący w ciągłym napięciu w którymś momencie tracą czujność. Nie mogą się ciągle bać, więc zaczynają akceptować sytuację. Mówią, że skoro nie zabito ich w trakcie największych walk w 2014 czy 2015 roku, to żadna mina im niestraszna. Wydaje im się, że znają teren, więc poruszają się swobodnie, co prowadzi do tragedii. 

Wchodzimy w siódmy rok konfliktu w Ukrainie. Ci, którzy mogli wyjechać, zrobili to.

Kto został?

- W większości osoby starsze, które nie są gotowe do zmiany życia. Ale jest też wiele rodzin z dziećmi.

Dlaczego nie uciekli?

- Najczęściej z powodów ekonomicznych, strachu przed zmianą, są też przywiązani do ziemi, którą odziedziczyli po rodzicach czy dziadkach. Czasem słyszę, że nie chcą zostawiać dorobku pokoleń. Są osoby, które nie chcą zostawić bliskich w podeszłym wieku.

Ukraińcy potrzebują pomocy
Ukraińcy potrzebują pomocy  Karol Grygoruk / RATS / PAH

Jak wygląda wasza pomoc psychologiczna dla tych osób?

- Pracujemy z dziećmi, młodzieżą, ich rodzicami i opiekunami, nauczycielami. Realizujemy w tym zakresie projekt z UNICEF. Ale największa nasza interwencja skupiona jest na dobrostanie psychicznym osób starszych. Finansuje to donator amerykański.

Jakie są potrzeby?

- Przez lata byli poddani stresowi z powodu działań militarnych i tego, że kolejne zawieszenia broni nie działają. Ludzie są narażeni na ostrzał, miny, ale i na gorszy dostęp do różnych dóbr, usług medycznych, socjalnych, nie działa transport. Ten region jest bardzo zaniedbany, a konflikt tylko pogłębił problemy. Do tego dochodzi samotność. Mnóstwo starszych osób zostało osieroconych przez rodzinę. Samotność i strach prowadzą do depresji, objawów stresu pourazowego. Osoby starsze mierzą się z chorobami charakterystycznymi dla ich podeszłego wieku. Dlatego oprócz dostarczania żywności czy pomocy medycznej istotna jest pomoc psychologiczna.

Dochodzi do samobójstw?

- Jest ich coraz więcej.

Szczegółowe dane są trudno dostępne ze względu na niedokładny sposób kodowania przyczyn śmierci przez instytucje medyczne. Statystyki wskazują na ponad 6,5 tysiąca samobójstw rocznie, w tym ok. 100 przypadków wśród młodzieży. Im wyższy wiek, tym więcej samobójstw.

Rośnie liczba samobójstw wśród mężczyzn. Ich rola jest postrzegana bardzo tradycyjnie, że muszą zabezpieczyć byt rodzinie. Gdy nie są w stanie temu sprostać, czasem targają się na swoje życie.

UNICEF alarmuje, że pojawiają się też samobójstwa wśród dzieci.

Dzieci?

W pobliżu linii kontaktu dzieci najczęściej żyją w odosobnionych wsiach. Mają ograniczony dostęp do świetlic, domów kultury, które wspierałyby rozwój ich zainteresowań, organizowałyby zajęcia w czasie wolnym.

Ofiarami konfliktu są osoby znane dzieciom. W rejonie brakuje dostępu do usług psychologicznych czy socjalnych, więc nie zawsze pomoc przychodzi w porę.

Jako organizacje humanitarne w pewnym sensie wypełniamy obowiązki rządu.

Jaką rolę odgrywają szkoły?

- W Donbasie i przy linii kontaktu szkoły oprócz typowej funkcji edukacyjnej zapewniają opiekę psychologiczną. Są liczne projekty, które są ukierunkowane na pomoc dzieciom, np. jak unikać min i niewybuchów. W szkołach rozdawane są też posiłki.

 

Co w pandemii zdaje się być utrudnione.

- Przez koronawirusa to wszystko zostało zaburzone. Organizacje szukają innych rozwiązań, by docierać do dzieci. Do tego rośnie skala przemocy domowej, szczególnie wobec kobiet i dzieci. Brak pracy, perspektyw – sprawia, że narastają nierozwiązane dotychczas konflikty domowe.

Czyli dokładnie tak jak m.in. w Polsce, gdzie rośnie odsetek osób, które dotyka przemoc w czasie pandemii. Tyle tylko, że w Ukrainie wszystko toczy się w sytuacji wojennej.

- Bywa, że w nocy był ostrzał, więc nikt nie spał, bo chowano się, by znaleźć schronienie. Dzieci idą na drugi dzień do szkoły i odsypiają na ławkach, z boku na krzesłach.

Regularne lekcje uzupełniane są przygotowywaniem dzieci do życia w strefie wojny. Odbywają się też sesje socjalno-psychologicznego wsparcia. Nauczyciele i pedagodzy też są obciążeni stresem, czują się odpowiedzialni za dzieci. Oni też potrzebują pomocy, by właściwie zajmować się dziećmi.

Organizujecie warsztaty z pozytywnego rodzicielstwa. Jak one wyglądają?

- Projekt jest skupiony na dobrostanie dzieci, ale musimy współpracować z całym otoczeniem dziecka, więc i z rodzicami. Od dawna pracujemy z rodzicami w tandemie: psycholog i pracownik socjalny. Prowadzimy sesje. W sumie to jest około 9 godzin sesji dla rodziców, rozmawiamy o wszystkich wyzwaniach, z którymi muszą się mierzyć. Mówimy też o nadmiernej dyspozycji na stres, że czasami reagują nieadekwatnie do sytuacji.

Rodzice bardzo cenią te zajęcia. W przypadku niemożności bezpośredniego spotkania staramy się docierać z naszymi informacjami innymi kanałami.

W jaki sposób?

- Zmniejszyliśmy grupy osób, z którymi się spotykamy, maksymalnie pięcioosobowe. Więcej jest materiałów pisanych.

Problem jest z internetem. 60 proc. dzieci nie jest w stanie korzystać z internetu w domu. Ale niektórzy mogą co jakiś czas odbierać wiadomości, w których umieszczamy wideoprezentacje.

Pomoc dla rodzin poszkodowanych w wyniku wybuchu min
Pomoc dla rodzin poszkodowanych w wyniku wybuchu min  PAH

Jak po latach od rozpoczęcia konfliktu w Ukrainie wygląda pomoc osobom z niepełnosprawnościami?

- To ludzie szczególnie wrażliwi, z ogromnymi problemami ze względu na trudny dostęp do usług medycznych, transportu. Część z nich nie może wyjść z domu. Przede wszystkim dostarczamy im sprzęt rehabilitacyjny oraz urządzenia, dzięki którym są w stanie się poruszać. Pomagamy im przerobić mieszkania, dostarczamy środki higieniczne. W Ukrainie takie materiały są trudno dostępne, a jeśli już są, to bardzo drogie.

A co z osobami, których niepełnosprawność dotknęła w wyniku działań wojennych?

- To osoby, które np. dostały się bezpośrednio pod ostrzał czy nadepnęły na minę. Zwykle pracujemy z każdą rodziną indywidualnie, czasem jest to kilka osób. W zależności od potrzeb kupujemy sprzęt rehabilitacyjny, ubrania na zimę czy zapewniamy pomoc medyczną.

Często pomagamy prawnie, wiele osób nie potrafi przejść biurokratycznej procedury, aby uzyskać państwową pomoc.

Przytoczy pani jakiś przykład pomocy pozaprawnej?

- Jedna osoba w wyniku ostrzału miała bardzo uszkodzoną szczękę – 16 złamań. Przez kilka lat od tego wypadku borykała się z ogromnymi problemami z zębami, nie mogła normalnie jeść. Dzięki tej pomocy mogliśmy przeprowadzić kilka zabiegów, które znacznie poprawiły jej los.

Albo kobieta, której mina urwała nogę. Była krawcową, a po wypadku nie mogła pracować, bo większość maszyn do szycia ma nożny napęd. Znaleźliśmy maszynę obsługiwaną ręcznie.

Jak radzą sobie ludzie, którzy nie mają pieniędzy?

- Niektórzy zbierają niewybuchy, aby oddać je na złom. Często wtedy dochodzi do wypadków. Inni chodzą do lasu zbierać grzyby, jagody, drewno na opał i znów narażają się na wejście na minę. Ludzie szmuglują żywność, mięso, ale też np. rajstopy z części kontrolowanej przez rząd w Kijowie. A przecież cała „granica” jest zaminowana. Ignorują ryzyko, bo wydaje im się, że znają teren i są w stanie ominąć zagrożenia.

Przed pandemią każdego miesiąca około 1,2 mln osób przekraczało linię kontaktu. Ok. 360 tys. osób to były osoby starsze, które przechodziły do terenów kontrolowanych przez rząd w Kijowie, by wypłacić swoje emerytury. Od marca nie mogą tego robić, bo wszystkie przejścia są zamknięte, niezbędna jest też 14-dniowa kwarantanna. Na 450 km jest jedynie pięć „przejść granicznych”. Staramy się dostarczać żywność, bo są już osoby zagrożone głodem. Ale one w miarę upływu miesięcy szukają rozwiązań, by jakoś się przedostać. Przekraczają więc linię kontaktu nielegalnie. To prowadzi do tragedii.

A jak funkcjonuje służba zdrowia?

- Już na początku pandemii było wiadomo, że wyposażenie szpitali jest niedostateczne. Na szczęście rząd i organizacje humanitarne wykorzystały wiosnę, by uzupełnić zaplecze sprzętowe. Jednak cały czas brakuje sprzętu, nie wykonuje się wystarczającej liczby testów. Wielu lekarzy wyjechało za lepszym życiem. Średnia wieku lekarzy to ponad 60 lat.

Jakich funduszy potrzebuje region?

OCHA (Biuro Narodów Zjednoczonych ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej) jako koordynator pomocy humanitarnej we współpracy ze wszystkimi organizacjami pomocowymi obecnymi w Ukrainie chce zebrać około 205 mln dolarów na pomoc dla Ukrainy. Finansowanie jest poniżej połowy.

Rodzinom, w których są ofiary min, zapewniamy jednorazowy grant w wysokości ok. 500 dolarów na pokrycie najważniejszych potrzeb. Akcja trwa do połowy stycznia. Intensywnie próbujemy pozyskać fundusze wspólnie z UNICEF. Ten projekt był współfinansowany przez wpłaty osób prywatnych z Polski.

Mając ograniczony budżet, wybieraliśmy, kto tej pomocy potrzebuje najbardziej. Ale prawda jest taka, że wszystkie te osoby potrzebują wsparcia.

***

Wsparcia można udzielić tutaj: pah.org.pl/razem
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Mikołaj Chrzan poleca

Przydatne linki

Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    W języku polskim przyjęło się mówić NA Ukrainie. Tak samo jak na Litwie czy na Węgrzech. Nie W Ukrainie - to jest błąd.
    Jeśli autorka chce w tem sposób dowartościować Ukraińców, to uzyskuje efekt wręcz odwrotny.
    @rattus-rattus
    Pełna zgoda. To historyczne i zgodne z polszczyzną okreslenia: na Litwie, na Białorusi, na Ukrainie, na Łotwie, na Słowacji, na Wegrzech. Nie łamcie zasad j. polskiego tylko p to, by sie przypdobać ukraińskim nacjonalistom. Efekt odwrotny do zamierzonego.
    Te kraje mały kiedyś silne i bogate relacje z Polakami - jesli to sie nie podoba niektorym Ukraincom, to nie musicie tego nam narzucać. Skąd to wywyzszanie "w" ponad "na"? Bo argument, że mówimy "w kraju" i stąd analogia, nie działa. Mówimy tez "w regionie", "w województwie", "w prowincji", ale od razu przez to nie powiemy "w Mazowszu" albo "w Kaszubach". Tak jak nie powiemy "na Małopolsce" czy "na Wielkopolsce" tylko dlategoo, że nie są osobnymi państwami.
    Rozumiem ze Ukraincy chca sie odróznic od Rosjan, którzy mówią "na Ukrainie", ale nie dawajcie sie w to wciagać.
    już oceniałe(a)ś
    3
    3
    Mając Rodzinę, tym bardziej male dzieci i będąc odpowiedzialnym Rodzicem, emigruje się ze strefy konfliktu. Bez względu na koszty materialne. Pomoc humanitarna na którą składają się środki wielu ludzi dobrej woli, powinna być kierowana do bezradnych ofiar klęsk , nie do ludzi pozostających z własnej woli w strefie wieloletniego konfliktu.
    Ale jak rozumiem, PAH będąc w pewien sposób agendą naszego wywiadu , musi szukać pretekstu do działania na konkretnym terytorium. I to uzasadniać.
    I tak lepiej, że działają teraz aktywniej na Ukrainie, w polskim interesie, niż np. "kopiąc studnie" w Sudanie, jako popychadła Amerykanów.
    Ale nie powinno się szukać ew. dodatkowego finansowania, grając na emocjach takimi artykułami. Więcej wyczucia w wydziale ... PR.
    Od finansowania takich operacji jest odpowiedni budżet. No chyba że wszystko poszło na "picet plus" i agenda musi szukać wsparcia. Wtedy można zrozumieć i wybaczyć takie wrzutki. I lepiej je lokować w mediach rządowych. Choć tam, z racji jakości wyborców, darczyńców z dobrej woli się nie znajdzie ;).
    już oceniałe(a)ś
    1
    1
    Nie rozumiem jednego - skoro tym ludziom podoba się bycie poddanymi prosowieckich terrorystów (bo głównie o mieszkańcach donbaskiego bantustanu jest ten tekst), to czemu ich losem nie przejmują się warlordowie z ich ?republik? albo putinorowaliżcy z Kacapii, tylko polskie organizacje i polskie społeczeństwo poprzez rząd przeznaczające podatki na wsparcie?

    To przykre, że ktoś wszedł na minę, ale może nie powinien dalej utrzymywać donbaskich bandytów?
    @sceptyczny.debunk
    a może jest tak, że mieszkańcom wschodniej Ukrainy oraz Krymu jest bliżej do Rosji, ponieważ mieszkający tam ludzie w większości mówią po rosyjsku, i bardziej identyfikują się z Rosją niż Ukraina co akurat można zrozumieć.
    dla przypomnienia: rejony wschodnie (gubernia doniecka) były częścią USRR od 22 października 1922 (USRR - Ukraińska Socjalistyczna Republika Radziecka) natomiast Krym, z dominującą ludnością rosyjską (58,5% to Rosjanie), został przyłączony do USRR w lutym 1954 r. decyzją N.Chruszczowa.
    w 1992 roku władze Krymu, na podstawie wyników referendum niepodległościowego, ogłosiły niezawisłość od Ukrainy, który jednak na skutek nacisków Kijowa nadal pozostał w granicach państwa ukraińskiego, uzyskując jednak autonomię (Autonomiczna Republika Krymu) na którą w 1992 rok zgodziły się władze ukraińskie,
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    @jozwabutrymbeznogi
    <<< rejony wschodnie (gubernia doniecka) były częścią USRR od 22 paźziernika 1922 (USRR - Ukraińska Socjalistyczna Republika Radziecka) >>>

    Zmiany terytorialne i wzajemne przekazywanie sobie ziem między "republikami" miały miejsce w 1919-1926 i finalnie wcale Ukraińska SRR szczególnie na nich nie zyskała.

    <<< Krym, z dominującą ludnością rosyjską (58,5% to Rosjanie), został przyłączony do USRR w lutym 1954 r. decyzją N.Chruszczowa. >>>

    To znaczy że wszystkie w ogóle zmiany granic w czasach ZSRR są nieważne, czy z jakiegoś powodu tylko akurat ta jedna?
    już oceniałe(a)ś
    0
    0