Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Cieszę się, że w "Wyborczej", której wiernym czytelnikiem jestem od początku (1989, od pewnego czasu w wydaniu cyfrowym), jest coraz więcej takich trzeźwych ocen, jak ta wyrażona w artykule pana red. Michała Olszewskiego "W marzeniach o porewolucyjnej Polsce...".

W odróżnieniu od tego byłem bardzo rozczarowany artykułem pana red. Wojciecha Czuchnowskiego (którego bardzo szanuję i cenię za odwagę i bezkompromisowość w walce o prawa człowieka i demaskowanie niegodziwości władzy) "Zanim potępimy Jana Pawła II".

Redaktor  Czuchnowski doszukuje się źródła postawy Jana Pawła II wobec doniesień o hierarchach pedofilach w jego doświadczeniach z komunistycznej Polski, w tym z procesu sądowego ważnych duchownych z początku lat 50.

Przecież kardynał McCarrick nie żył w komunizmie, tylko w kolebce nowoczesnej demokracji i to nie w czasach McCarthy'ego.

Jan Paweł II nie był świadomy, a może nie chciał być

Przecież papież Polak był ponoć wybitnym erudytą (profesorem dr. hab., autorem dramatów, filozofem), oczytanym, świadomym złożoności świata.

Był głową Państwa Watykańskiego, rezydującym od 1978 r. w Watykanie (Rzymie), odbywającym liczne podróże po świecie, mającym dostęp do informacji, do których dostępu nie miał zwykły obywatel, dysponującym odrębną służbą dyplomatyczną i wystarczającymi zasobami, organizacyjnymi, finansowymi, politycznymi oraz intelektualnymi (iluż to profesorów filozofii i innych nauk wśród kardynałów i biskupów!), żeby nie być skazanym na jednostronne donosy wrogów Kościoła.

Dlaczego nie zrobił nic, żeby z tych możliwości i zasobów racjonalnie skorzystać?

Można tę listę wydłużyć, ale czy już tylko te okoliczności nie wskazują (w mojej ocenie jednoznacznie), że teza, iż na takie postrzeganie świata przez Jana Pawła II, tzn. nieufność wobec oskarżeń hierarchów katolickich jako motywowanych przyczynami politycznymi, jest skrajnie naiwna.

To samo dotyczy zresztą jego postawy wobec tzw. teologii wyzwolenia. Papież bezkompromisowo potępiał, a nawet zwalczał (de facto) ten nurt w Kościele latynoamerykańskim, widząc w nim niebezpieczną analogię do ruchów lewackich, komunistycznych, czyli - w stereotypowym postrzeganiu przez pryzmat ówczesnej dwubiegunowości świata - antykościelnych i antykatolickich.

Tu też nie potrafił odróżnić prawdy i dobra (dążenia do poprawy losu najbiedniejszych, w tym rdzennych mieszkańców) od fałszu i zła (dążenia hierarchów do utrzymania władzy, statusu materialnego i wpływów przez sojusz tronu i ołtarza).

Nie był świadomy? Nie chciał być świadomy? A może był, tylko taką prowadził politykę, w imię nadrzędnego celu (tego - w pewnym uproszczeniu - o którym wyżej, w poprzednim nawiasie).

Kiedy Karol Wojtyła został papieżem, byłem na pierwszym roku studiów, pamiętam tamten - uzasadniony - entuzjazm.

Pamiętam jego pielgrzymki do Polski, w tym tę pierwszą z czerwca 1979 r. (byłem w odległości kilku metrów od niego, kiedy stojąc w odsłoniętym i wolno poruszającym się pojeździe, pozdrawiał wiwatujące tłumy; wtedy nie było tych później wprowadzonych środków bezpieczeństwa).

Pamiętam też rok 2005; po śmierci papieża byłem w Wadowicach, żal i smutek oraz poczucie pewnego opuszczenia po jego śmierci były powszechne, autentyczne i dojmujące.

Jako młody człowiek chodziłem co niedzielę do kościoła, byłem wzorowym (no, może - prawie) katolikiem. Wtedy nie miałem wątpliwości, po prostu wierzyłem i praktykowałem, nie zastanawiając się nad tym. Siła przyzwyczajenia, rytuału i tradycji kulturowej była przygniatająca, nie pozostawiała żadnego pola na refleksję.

Dziś, ale już od wielu lat, nie zostało z tego nic.

Wiem o Kościele, jako instytucji, tyle (a każdego dnia dochodzą nowe kompromitujące go informacje), że pozostawanie w nim byłoby dla mnie zaprzeczeniem wiary w człowieka, w dobro, w sprawiedliwość, uczciwość, w humanizm, więc we wszystkie te wartości, które Kościół - rzekomo - ucieleśnia i reprezentuje.

Dziękuję redaktorom za praktykowanie prawdy

Piszę do gazety drugi raz w życiu, po 44 latach przerwy (no, wtedy do innej). Piszę, gdyż dla mnie to problem egzystencjalny, dotykający sensu istnienia, najbardziej intymnej sfery życia.

Chciałbym żyć w świecie (i w kraju!), w którym ludzie szanują się niezależnie od swojego wyznania bądź braku wiary, koloru skóry, płci, wieku, miejsca urodzenia i zamieszkania, pochodzenia, wykształcenia, stanu materialnego, poglądów politycznych oraz wszystkich innych atrybutów człowieka.

Chciałbym, żeby ludzie nie krzywdzili innych ludzi, żeby nimi nie pogardzali, żeby mówili prawdę, żeby prawo i sprawiedliwość znaczyło to, co w odczuciu przyzwoitego człowieka znaczyć powinny.

Niestety, Kościół (polski na pewno) nie sprzyja takiemu życiu, ten wymarzony - czyż nie jest to odwieczne dążenie ludzkości?! - dobrostan jako cel swojej "posługi" duchowni jedynie deklarują (nie dotyczy to oczywiście prawdziwych duchownych, takich jak np. ksiądz Adam Boniecki, no, ale wiemy, co z nimi robi Kościół, to jeszcze jeden przyczynek do takiej jego oceny jako siedliska zła i zakłamania).

Papież (inni duchowni) przypominał, że należy dawać świadectwo prawdzie. Gdyby za tą teorią poszły też czyny, sytuacja byłaby inna.

Niestety, Kościół i wychowanie katolickie w Polsce moralnie zbankrutowały.

Może dlatego minister Przemysław Czarnek chce wzmożenia i forsowania zmian w podstawie programowej nauczania historii (i innych przedmiotów, w tym wprowadzenia dzieł Jana Pawła II jako szkolnych lektur obowiązkowych) w kierunku umocnienia wychowawczych treści "patriotycznych i katolickich".

To wszystko woła - sorry - o pomstę do nieba.

O postawie opozycji parlamentarnej w tej sprawie nie chcę nawet wspominać, ale jest z tym jak z księdzem Adamem Bonieckim. On i kilku innych są całkowicie osamotnieni wśród duchowieństwa. Tak samo wśród opozycji, kilkoro posłanek i posłów jest tam osamotnionych wśród dziesiątek innych, którzy albo są konserwatywni, albo boją się własnego cienia. Myślę, że im historia też powie to - kultowe teraz - słowo na "w". No, ale posłowie są emanacją społeczeństwa. Tyle że nasze społeczeństwo też się zmienia, nawet w perspektywie kilku lat, a opozycja jeszcze tego nie zauważyła (tej ich ciągłej nowomowy nie da się już słuchać, a uporczywe kunktatorstwo jest nie do zniesienia).

Dlatego też dziękuję panu Michałowi Olszewskiemu i innym redaktorom "Wyborczej" za praktykowanie prawdy.

Na takie świadectwa, wskazujące na to, że dostrzegacie i rozumiecie, iż to nie tylko młode kobiety wyrażają swój bunt wobec opresji Kościoła, ale że ta instytucja straciła już moralny tytuł do bycia duchowym przewodnikiem narodu, gdyż budzi sprzeciw w szerokich kręgach społeczeństwa, niezależnie od wieku, płci i wyznania, na pewno czeka wielu Waszych czytelników.

Bardzo proszę - dawajcie dalej świadectwo prawdzie, tacy ludzie jak ja codziennie na to czekają i czerpią siłę z Waszego wsparcia. Jestem przekonany, że takich ludzi jak ja są miliony, nawet jeśli nie wszyscy Was czytają, a piszą do Was raz na kilkadziesiąt lat albo nawet nigdy.

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.