Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Służba zdrowia znajduje się w całkowitej zapaści. Pandemia tylko ukazała trwający od dziesięcioleci kryzys, brak logicznego systemu i logicznego finansowania. Nie mamy także nowoczesnego systemu kształcenia lekarzy i pielęgniarek. Mamy za to bardzo niską w porównaniu z innymi krajami europejskimi liczbę lekarzy w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców, mamy kryzys demograficzny w zawodach medycznych, średnia wieku czynnych chirurgów wynosi ponad 55 lat, a do egzaminu specjalizacyjnego z chirurgii przystępuje coraz mniej kandydatów. Coraz mniej absolwentów wydziałów lekarskich wybiera specjalizację chirurgiczną. Procedury medyczne są głęboko niedofinansowane, zaś brak realnego systemu w służbie zdrowia powoduje, że spory procent budżetu na nią przeznaczonego jest po prostu marnowany, kolejki są horrendalne, a dla tak zwanego pacjenta z ulicy spotkanie z polską służbą zdrowia można porównać do zderzenia się z betonową ścianą.

Podejście holistyczne? Nie ma na to czasu

Esencją wszystkiego są ludzie. Dlaczego więc młodych, pełnych ambicji, chcących pomagać chorym i będącym w potrzebie ludzi system (a właściwie jego brak) zmienia w bezdusznych „urzędników medycznych”? Oczywiście lekarze i pielęgniarki realnie pracują ponad siły, ale kiedy jest się stale zmęczonym, ma się problem z kształceniem podyplomowym i rozwojem zawodowym, a studia medyczne pozbawiono dogłębnego nauczania filozofii, historii medycyny czy etyki, które są traktowane jako przedmioty drugiej kategorii, te mniej ważne, bo nieuczące, jakie podać tabletki czy zastrzyki, jakie zlecić badania laboratoryjne, to podejście do pacjenta z empatią, kulturą, po hipokratejsku, holistycznie staje się trudne lub bardzo trudne. I bardziej zależy od wychowania wyniesionego z domu rodzinnego niż ze studiów.

Byli tylko ministrowie zdrowie źli i bardzo źli

Na ten upadek ciężko pracowali kolejni ministrowie zdrowia. Niezależnie od opcji politycznej. Właściwie byli tylko źli i bardzo źli. Byli także tacy, których dokonania stanowiły rzeczywiste „kamienie milowe” w doprowadzaniu do jej obecnego upadku. Na pewno na tej liście są tacy ministrowie jak Mariusz Łapiński z SLD, niestety prof. Zbigniew Religa (wybitny i wielki chirurg, ale polityk znacznie gorszy, w pewnym stopniu tłumaczy go ciężka choroba, która zabrała sporo czasu z jego ministrowania), Ewa Kopacz, która w sytuacji kiedy wiedza medyczna podwaja się co 18 miesięcy, wyłącznie ze względu na źle pojęte oszczędności postanowiła skrócić studia medyczne, a staż włączyć do studiów, by za niego nie płacić młodym lekarzom. Niczego nie dokonał minister Bartosz Arłukowicz, który w potocznej opinii został powołany na to stanowisko jedynie po to, by go uciszyć jako głównego krytyka minister Kopacz, która objęła funkcję premiera. No i po nich rozpoczął się koncert ministrów PiS: minister Konstanty Radziwiłł, który za główne problemy polskiej służby zdrowia uznał in vitro, antykoncepcję, tabletki „dzień po” i badania prenatalne, oczywiście by ich nie robić, bo mogą być podstawą decyzji o aborcji. Było to ewidentne przekładanie swojego własnego światopoglądu nad realną politykę teoretycznie świeckiego państwa. Czyli nie konstytucja, ale osobista wiara były dla niego wskazówką. Drugi minister z PiS, prof. Łukasz Szumowski, sam bardzo biedny, ale posiadający bardzo zamożnego brata oraz bardzo zamożną małżonkę, także lekarkę, do najważniejszych wydarzeń swego życia zaliczał wizyty w Indiach u Matki Teresy, a także nie miał nic wspólnego z przyznawaniem grantów bratu. Minister Szumowski jest także znany z bezwzględnej walki z pandemią, czego dowodem były mocno podkrążone oczy oraz podwinięte rękawy białej koszuli. Czy zachorowań po licznych zwycięstwach w walce z pandemią pana ministra jest mniej? Czy może mniej zgonów? No cóż…..

Trzeci minister jest mniej ofensywny ideologicznie i światopoglądowo, nie modli się ostentacyjnie, nie ma zdjęcia z Matką Teresą oraz papieżem Polakiem, co w tym zacnym gronie jest już jakąś zaletą oraz pewnym postępem. Na razie jednak służba zdrowia pod jego kierownictwem tonie, walka z pandemią wychodzi bardzo średnio i gdybym musiał coś z tej walki przytoczyć, to byłby to szpital narodowy na Stadionie Narodowym, bardzo drogi, z małą liczbą pacjentów, którzy w cięższych przypadkach są z niego odsyłani do tych normalnych, nie-PR-owskich, niemedialnych szpitali, gdzie łóżka są skrzętnie ukrywane przez leniwych lekarzy oraz leniwe pielęgniarki, które zapewne są dodatkowo świetnie wynagradzane. A cały personel musi być pilnowany przez niezłomnych i bohaterskich żołnierzy Antoniego Macierewicza.

PR to teraz za mało

Ministerstwem Zdrowia od dziesięcioleci rządzą wyłącznie PR oraz działanie na zasadzie gaszenia pożarów. Tylko że teraz już są zgliszcza. Nie ma czego gasić. Wypada coś zbudować. Nie działać na zasadzie: są długie kolejki, to robimy DiLO [karta diagnostyki leczenia onkologicznego]. Dlaczego tylko DiLO, a choroby kardiologiczne, choroby płuc, choroby dziecięce, nienowotworowe choroby chirurgiczne, neurologiczne, psychiatryczne, okulistyczne, naczyniowe, ortopedyczne to już nie? Czy pacjentowi jest znacząco lepiej, kiedy umrze na zapalenie wyrostka, a nie na raka? Czy rodzinie takiego pacjenta jest lżej i cieszy się, że to „tylko wyrostek”, a nie rak był przyczyną zgonu ojca, matki, dziadka czy dziecka?

W Polsce brakuje logicznego systemu studiów medycznych, logicznego systemu służby zdrowia, praktycznie nie istnieją standardy postępowania i leczenia, nie powołuje się High Volume Center do specjalistycznego leczenia na najwyższym poziomie i znacznie bardziej efektywnego ekonomicznie, nie ma realnej wyceny procedur medycznych. Programy specjalizacji są często archaiczne lub dla odmiany wydumane i nieprzystające do życia. Wobec populizmu i rozdawnictwa PiS NFZ myśli wyłącznie o ograniczeniu kosztów. No bo gdzieś trzeba zdobyć pieniądze na radosne rozdawnictwo i łatać dziury, który boleśnie obnażyła pandemia.

PR nakazał obwieścić, że pracujący przy pacjentach covidowych otrzymają wynagrodzenie o 100 proc. wyższe. Wiadomość poszła w eter. A jak jest realnie? Dyrektorzy grożą lekarzom, którzy zachorowali w szpitalu, przy pracy z pacjentami zakażonymi, którym nie wykonano testów, bo tak taniej, że nie wypłacą im pełnej pensji, tylko potrącą wynagrodzenie za „czas lenistwa” na kwarantannie. W moim „leniwym zespole chirurgicznym” na dziewięcioro pracujących lekarzy zachorowało siedmioro. Do tego więcej niż połowa zespołu pielęgniarskiego. Część z nas pozakażała całe swoje rodziny, ponieważ nie mieliśmy świadomości własnej choroby ani choroby przyjmowanych na ostro pacjentów.

Ciekawe, co dalej? Może problem rozwiąże całkowity zakaz aborcji? Może zakaz in vitro? Może zakaz badań prenatalnych, by nie kusiły do grzechu? Zakaz antykoncepcji? A może tak jak proponuje dr hab. nauk ekonomicznych Eryk Łon, członek Rady Polityki Pieniężnej w kadencji 2016-22, żarliwa modlitwa i post w intencji wypędzenia złego ducha kosmopolityzmu. Uczony ten prosi szczególnie o codzienny różaniec oraz praktykowanie nabożeństw pierwszych pięciu sobót miesiąca, czyli wynagrodzenie za pięć rodzajów zniewag i obelg wyrządzonych niepokalanemu sercu Maryi. A może jak prof. Guz z KUL, który wierzy, że kapłani nie przenoszą wirusów COVID-19, ponieważ mają konsekrowane ręce? A może minister Czarnek nakrzyczy na lekarzy i ich nastraszy. Może obok żołnierzy Macierewicza do szpitali wejdzie Żandarmeria Wojskowa i aktyw robotniczo-chłopski z drewnianymi pałkami z rejonów głosujących na PiS? Może tak uzdrowimy polską służbę zdrowia?

Maciej Michalik, prof. UWM w Olsztynie

Śródtytuły pochodzą od redakcji

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.