Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wywiad Piotra Kraśki z kard. Dziwiszem, a także film „Don Stanislao” wielu ludzi, nie tylko w Polsce, oceniło dość krytycznie. Nie mogąc milczeć, Kościół postanowił udzielić wyjaśnień związanych z drugim obliczem Don Stanislao. Zadania tego podjął się prymas Wojciech Polak i udzielił także wywiadu. Słuchając, odniosłem wrażenie, że słowa prymasa niewiele różniły się od tych używanych przez szefów korporacji będących w kłopotach, choć mogę być tu mało obiektywny. Korporacje, przyłapane na nadużyciach wobec swoich klientów, potrafią często się z nich wycofać, przeprosić, a nawet „ofiarom” swoich produktów zadośćuczynić (vide: Volkswagen, Mercedes, Bayer i in.). To przykłady korporacji wielkich, ale nie aż tak, jaką jest Święty Kościół. Postawy zbliżonej do owych szefów korporacji w kłopocie nie dało się dostrzec u prymasa. W ślad za Don Stanislao ks. prymas raczej „idzie w zaparte”, używając zwrotów typu: „trzeba powołać komisję”, „Chrystus domaga się od nas oczyszczenia” itp. itd. Słowa te brzmią niemalże: „to Chrystus się tego domaga, więc wy, ludzie, dajcie nam święty spokój!”. A w domyśle: Chrystus powoła komisję, która wszystkie grzechy rozpatrzy, a On je odpuści! O tempora, o mores! Res publica in magno periculo est! – słowa te księża powinni znać. Na ewentualne zarzuty, że to interpretacja stronnicza i krzywdząca, odpowiadam pytaniem: czy owe zdarzenia i wypowiedziane słowa prominentnych przedstawicieli Kościoła da się zinterpretować tak, by wyrażały czynem albo dobrym słowem współczucie i troskę Kościoła o los ofiar przemocy?

O ofiarach Kościoła ani słowa

Jeszcze dalej podąża ks. prymas, komentując sprawę McCarricka i twierdząc, że: „w ten sposób możemy pomylić przestępcę z ofiarą, bo czterech biskupów (nie naszych) złożyło fałszywe świadectwa wobec papieża”. A więc problem nie nasz? A czy ci biskupi to wrogowie, wyznawcy jakiejś sekty, czy dostojnicy tego samego Kościoła? Jaką ofiarę nadużyć miał prymas na myśli? Przecież nie chodziło mu o ofiary gwałtów, tylko o obronę dostojnika bliższego sercu kosztem innych dostojników. Tak właśnie działają korporacje w przypadku kłopotów; znajdują kozła ofiarnego i rzucają na pożarcie wilkom, czyli ludowi. Lud ma ich „pożreć”, a korporację zostawić w spokoju. Nie będąc jasnowidzem, wydaje się, że dla dobra korporacji, Don Stanislao podzieli los owych czterech nieszczęśników z Ameryki. Czy jest to postawa godna chrześcijanina i głowy Kościoła w Polsce? Przecież te stwierdzenia dobrze współgrają z „mizianiem” Piotrowicza, „lgnięciem i kuszeniem przez dzieci” biskupa Michalika, „tęczową zarazą” Jędraszewskiego, wypowiedziami Rydzyka, biskupa Depo i innych hierarchów, nie wspominając nawet o jeszcze dalej idących wypowiedziach członków koalicji „tronu i ołtarza”.

W żadnym z tych wywiadów nie padło choćby słowo empatii wobec ofiar nadużyć Kościoła! Czy prymas albo inny hierarcha kiedykolwiek skrytykował/upomniał swoich korpokolegów albo koalicjantów za niegodne postępowanie albo obraźliwe i uwłaczające słowa kierowane wobec bliźnich?

Ksiądz koperty nigdy nie zapomniał

Jeśli chodzi o kościelne pieniądze, to na stwierdzenia typu „nie wiem, nie byłem świadkiem, nie brałem, nie pamiętam”, jako niezbyt intensywny uczestnik w życiu Kościoła, przypomnę dwa znamienne wydarzenia; wiele osób zna podobne. W latach 60. często odbywały się misje święte - na wiejskich parafiach ogromnie ważne wydarzenia zapowiadane przez proboszczów z wyprzedzeniem, by parafianie „się przygotowali”. Trwały one zwykle kilka dni; przyjeżdża misjonarz, przygotowany nie tylko do kazań, głosi płomienne orędzia, po których zbiera ofiary od tłumnie zgromadzonych wiernych. Na mszy kończącej jedne z misji ofiarę zbierał osobiście. I nazbierał 6 plastikowych worków, chyba po nawozach, które za nim dźwigali miejscowi parafianie. A misjonarz ów nie spuszczał z nich (tych worków) oka. Ja też, bo jako 13-letni wyrostek grzeszyłem myślą, jak z tychże przeźroczystych worków uszczknąć choćby kilka banknotów. Pochodzę z rodziny chłopskiej, a w owych latach kułakom nie żyło się łatwo.

By nie użalać się zanadto, wspomnę jedynie, że matka na cotygodniową ofiarę odkładała skrupulatnie złotówkę (czasem 2 zł), o kieszonkowym dla dzieci nawet nie wspominając. Natomiast ksiądz jeżdżący po kolędzie pięknym zaprzęgiem chętnie wysłuchiwał o niełatwej doli chłopów. Miał też okazję ujrzeć warunki, w jakich żyje 8-osobowa rodzina, ale przygotowanej koperty z dwudziestoma złotymi nigdy nie zapomniał.

Podobne sceny jak te na misjach rozgrywały się też z okazji wizyt biskupów, choć mniej okazale, bo worki nie były już nigdy przeźroczyste.

Każda parafia jest wyceniona, ile ma przynieść dochodu

Pod koniec rządów Platformy i PSL znalazłem się niespodzianie na odświętnym obiedzie w jednej z warszawskich parafii, znanej ze szczególnego uwielbienia do miłościwie nam panujących (obecnie). Byłem tam uważany jako swój (bez sprawdzenia – co dziś byłoby niemożliwe), więc tematy poruszane przy stole były dość swobodne, ale też ciekawe, choć mało związane z religią. Niewiele obeznany w temacie i środowisku zagaiłem gospodarza jak korporacyjny klon: „Dużo pracy chyba na parafii, bo tylu księży!?". Proboszcz na to szczerze: „Nie tak dużo; tych 12 wikariuszy muszę trzymać, bo nie wiem, co z nimi zrobić. Aby wysłać na jakąś parafię, trzeba dać duże pieniądze. Ja takich pieniędzy nie mam, oni też nie mają, dlatego tu są". Nieopatrznie wyraziłem zdziwienie, więc ksiądz perorował dalej: „Każda parafia jest wyceniona, ile ma przynieść dochodu rocznie, a ten nabywca parafii jako proboszcz ma się z tego wywiązać. Jeśli nie, to jako marny władca dusz wysyłany jest na inną, mniej dochodową parafię. A jak młody - to na misje do ciepłych krajów”. Rozmowa toczyła się w miłej i przyjaznej atmosferze, a wśród słuchaczy jako jedyny reagowałem chyba dziwnie, bo spytano mnie w międzyczasie, czy wszystko smakuje. Potwierdziłem i wróciłem do konsumpcji, bo dania były znakomite.

Nie uczestniczyłem w innych familijnych celebrach czy obiadach z udziałem duchownych, ale proboszcz tej parafii opowiadał wszystko z taką swobodą, otwarcie i bez cienia irytacji czy zakłopotania, że nie pozostawiał wątpliwości, iż są to w Kościele zwyczaje utrwalone od lat i powszechnie akceptowane. Podobne wątki z życia Kościoła opowiadają też inni, dlatego chciałbym bardzo usłyszeć od hierarchów, że przykłady, które opisałem, są w polskim Kościele wynaturzeniem, a nie normą, bo jeśli nawet te zachowania nie są uważane powszechnie za grzech, to nie da się tego powiedzieć o pedofilii, która jest także ukrywana. W Kościołach chrześcijan protestantów takie zjawiska nie występują, mimo iż społeczeństwa, w których one funkcjonują, są z reguły bogatsze, a księża/pastorzy, posiadając rodziny, nie są zmuszeni do traktowania seksu i pieniędzy jako szczególnej nagrody za przysługi szefom, bo ich po prostu nie mają.

Ireneusz Łazarski, Warszawa

Czekamy na Wasze komentarze, piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.