Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„Bunt młodych” to hasło, które od kilkunastu dni przewija się w mediach i dyskusjach. Nie przestajemy się zachwycać, że o to w końcu młodzi ludzie wyszli na ulice, jest wreszcie upragniony bunt! Jest złość i jest niezgoda, kreatywność, odwaga. Maszerująca młodzież daje nam nadzieje, że nastąpi zmiana i że w tym marszu po wolność zyskaliśmy właśnie kolejnego towarzysza.

Za wiele dobrych rad

Nie brakuje też ogromnych oczekiwań wobec Strajku Kobiet i utworzonej przez dziewczyny rady konsultacyjnej. Czy uda im się utrzymać zainteresowanie młodych ludzi? Dobrym radom, analizom i przewidywaniom nie ma końca. W końcu niech nas Strajk Kobiet wysłucha i ten bunt młodzieży wykorzysta, przecież nie może zmarnować takiej szansy. Najlepiej niech to zrobi w dwa tygodnie, albo nie, lepiej w 10 dni. Niech coś wymyślą. Jak to dziewczyny zepsują, to już koniec. Przepadło.

W tym festiwalu oczekiwań, zachwytów i dobrych rad nie zapominajmy, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, aby odkodować, zrozumieć i odpowiedzieć na to, co chciała powiedzieć nam młodzież, wychodząc na ulice. My jako rodzice, szkoły i nauczyciele, organizacje pozarządowe, politycy, prawnicy, media – wszyscy bez wyjątku jesteśmy za to odpowiedzialni. I niech naszą odpowiedzią nie będzie kolejny raport, analiza, setny artykuł o tym, że są naszą przyszłością, i kolejna konferencja z młodymi ludźmi trzymającymi za naszymi plecami transparenty. Niech to będzie wreszcie realne zaproszenie do rozmowy, potraktowanie ich jak partnera, dialog, zrozumienie i szacunek. Bez tego o żadnej wspólnocie, żadnej koalicji i żadnej zmianie nie ma mowy. Zamiast wciąż się dziwić, że młodzi jednak interesują się czymś więcej niż obsadą kolejnego serialu na Netflixie i robieniem dziubków na Instagramie, zróbmy rachunek sumienia i zabierzmy się do roboty.

Szczególna rolę, co oczywiste, odgrywa tu szkoła. Ostatnie dni pokazały, że nie brakuje nauczycieli i dyrektorów, którzy wspierają protestujących uczniów i to pomimo efektu mrożącego, jakie starało się wywołać ministerstwo, zapowiadając, że będą zbierane dane uczniów i nauczycieli, którzy biorą udział w strajku.

Jednak trudno jest odgadnąć, co kieruje nauczycielami i dyrektorami placówek oświatowych, w których uczniowie są krytykowani za pokazywanie znaku błyskawicy, obniża się oceny czy stawia uwagi za wypowiadanie się na temat protestów, czy wirtualnie wyrzuca z lekcji za udział w demonstracji. W związku z tymi alarmującymi informacjami przewinęło się mnóstwo artykułów i wypowiedzi, które tłumaczyły, że „uczeń ma prawo do wyrażania swoich poglądów”.

Interweniuje nawet Rzecznik Praw Obywatelskich, swoją drogą, jeśli ktoś chce zobaczyć, jak się rozmawia z młodzieżą, to niech patrzy na Bodnara. Przypominane są rzeczy fundamentalne i oczywiste takie jak to, że artykuł 54 Konstytucji RP gwarantuje każdemu wolność wyrażania swoich poglądów. A artykuł 12 ustęp 1 konwencji ONZ o prawach dziecka z 1989 r. stanowi, że Państwa-Strony (wśród nich jest Polska) zapewniają dziecku, które jest zdolne do kształtowania swych własnych poglądów, prawo do swobodnego wyrażania własnych poglądów we wszystkich sprawach dotyczących dziecka, przyjmując je z należytą wagą, stosownie do wieku oraz dojrzałości dziecka. Naprawdę musimy o tym wciąż przypominać? To zupełnie tak, jakbyśmy przypominali, że dziecko ma prawo do godności. Powinno być oczywiste, choć jak widać, nie jest.

Omawiajmy to, co dzieje się na ulicach

Gdzie jak nie w szkole można zbudować platformę do rozmów na temat tego, co dla młodych ludzi jest ważne?

Ilu nauczycieli zapytało o to, czy uczniowie chcieliby porozmawiać o tym, co wydarzyło się na ulicach polskich miast? Ilu zainteresowało się tym, co tak naprawdę ich uwiera i dlaczego zdecydowali się dołączyć do protestu?

Nie, nie chodzi o to, aby rozmawiać o prawie do aborcji, choć jeśli nauczyciel ma taką wiedzę i wrażliwość, to nie widzę w tym nic złego. Protesty organizowane w ramach Strajku Kobiet otwierają całą gamę tematów – kondycja państwa, odpowiedzialność polityków, praworządność – niezależność sądów i niezawisłość sędziów, prawa człowieka, prawo do wyrażania swoich poglądów, granice wolności słowa, wolność zgromadzeń, prawo do ochrony zdrowia, rola społeczeństwa obywatelskiego – można wymieniać bardzo długo – naprawdę nie interesuje nas, co młodzież ma na te tematy do powiedzenia? A powinno, nawet jeśli nauczyciel głęboko nie zgadza się z postulatami Strajku Kobiet. Jego rolą jest także to, aby wychowywać obywateli zaangażowanych w debatę publiczną. Odmawiając im prawa głosu, dajemy sygnał, że ich zdanie nie ma znaczenia. Wychowujemy społeczeństwo zewnątrz sterowne, które reaguje wyłącznie na nakazy i zakazy, ale nie rozumie, czy i dlaczego określone zachowania mają sens.

Rola szkoły jest tu oczywista, ale wszyscy nie powinniśmy umywać rąk. Dotyczy to także mediów. Młodzi ludzie robią wiele wspaniałych rzeczy, na które często patrzymy pobłażliwie i bez większego zainteresowania. Niech artykuły i materiały o tym, co ich interesuje, jakie inicjatywy tworzą, jakie odnoszą sukcesy, nie pojawiają się w mediach raz na kilka lat przy okazji masowych protestów. Sama próbowałam zainteresować kilka redakcji tego rodzaju tekstami, ale zazwyczaj bez powodzenia, a nie należę do tych, którzy łatwo się zniechęcają. Kilka lat temu grupa studentów z Polski wygrała międzynarodowy konkurs z dziedziny arbitrażu inwestycyjnego na świecie, zostawiając w tyle drużyny z Harvardu, New York University i King's College, choć angielski nie był ich językiem ojczystym. Zainteresowanie tym mediów to była droga przez mękę. Ale Kinga Duda, kiedy brała udział w podobnym konkursie (choć z mniejszymi sukcesami), mogła liczyć i na zainteresowanie, i na zachwyty. Tak się porozumienia nie buduje.

Dajmy młodzieży przestrzeń i głos, a przekonamy się, że oddolnie i z ogromną pasją tworzy rzeczy piękne i wartościowe. Młodzi chcą zabierać głos w sprawach ważnych, świat ich interesuje i nie rozumieją, dlaczego nie interesują świata. Ostatnie dwa tygodnie obfitują w obecność młodzieży w mediach. Dlaczego nie mogłoby tak zostać?

To my mamy lekcję do odrobienia

Wiele do nadrobienia mają tu politycy, choć założę się, że każda partia w mgnieniu oka pochwali się swoim programem dla młodych i o młodych. Pytanie, na ile jest to faktycznie wypracowane wspólnie z samymi zainteresowanymi, a na ile jest to wyłącznie wyobrażenie tego, czego młodzi ludzie chcą i czego oczekują. Jeśli ten dialog nie jest budowany systematycznie i aktywizuje się wyłącznie w okolicach kampanii wyborczej, trudno się dziwić, że młodzież nie ma do polityków zaufania. Angażowanie młodzieży poprzez usadzanie ich podczas debat w pierwszych rzędach ubranych w koszulki z podobizną kandydata lub stojących z plakatami za kandydatem nie wystarczy. Nie wystarczy tylko „odhaczyć” rubryki „młodzi w kampanii wyborczej”, otaczając się wyłącznie młodzieżówką danej partii. Partie opozycyjne trzymają w „politycznym przedszkolu” sporo znakomitych osób, może czas najwyższy, aby dać im realną szansę na działanie. Nikt nie lubi być traktowany przedmiotowo.

Prawnicy też mają tu rolę do odegrania, choć trzeba przyznać, że inicjatyw edukacyjnych nie brakuje. Wychodzimy do szkół, jeździmy na młodzieżowe festiwale, otwieramy nowe drogi komunikacji, takie jak Youtube i Instagram. Zeszliśmy z pozycji wykładu prawa do poziomu dialogu o tym, dlaczego wartości konstytucyjne mają znaczenie. Jest postęp. Trzeba jednak przyznać uczciwie, że wiele inicjatyw edukacyjnych rozkwitło dopiero wówczas, gdy zaczęliśmy pogrążać się w kryzysie konstytucyjnym. Czyli zdecydowanie za późno.

Młodzieży należą się przeprosiny za to, że przez lata nie braliśmy odpowiedzialności za edukację obywatelską i budowanie wspólnoty. Za brak zainteresowania i uważności, często za brak szacunku. Jeśli zrobimy uczciwy rachunek sumienia, to zapewne okaże się, że w naszym otoczeniu jest ktoś z młodego pokolenia, z kim możemy nawiązać porozumienie oparte na wzajemnym zrozumieniu. Co ważne, możemy się od siebie wzajemnie uczyć. Przecież młodzież, która miała siedzieć wyłącznie z nosem w telefonie, okazała się mistrzem kreacji, komunikacji, koordynacji działań i organizacji. Kto z nas jeszcze miesiąc temu pomyślał, że monowładza może się zachwiać? Kto wymyśliłby, że główną siłą będzie młodzież uzbrojona w kartony? Okazało się, że można działać inaczej niż dotychczas, bez wygłaszania okrągłych zdań, wieców i nieustannego wyrażania głębokiego zaniepokojenia.

Solidarność i wspólnota zaczyna się od słuchania, edukacji, dialogu, zainteresowania drugim człowiekiem. Długofalowo i systematycznie, a nie przy okazji kolejnych wyborów czy protestów. Na tym polega partnerstwo.

Jeśli zdanie młodych interesuje nas wyłącznie zrywami, to nie dziwmy się, że nie chce dołączyć do nas wówczas, kiedy my tego oczekujemy. Tym razem to my mamy zadaną lekcję i my powinniśmy ją odrobić.

mec. Sylwia Gregorczyk-Abram, Strajk Kobiet

śródtytuły od redakcji

Czekamy na Wasze listy, opinie , komentarze:listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.