Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Oto jesteśmy świadkami tego, co może się stać – i co właściwie już się dzieje – gdy człowiek, umiejętny jedynie w skłócaniu ludzi, także większych grup społecznych, ale pozbawiony szerszej wiedzy o naturze ludzkiej (owszem, potrafi dostrzec i docenić jedynie najgorsze cechy w tej naturze tkwiące, te są dla niego bowiem jedynie zrozumiałe), gdy taki człowiek – wyposażony, za sprawą części rodaków, którzy doprowadzili do rządów państwem partię kierowaną przez niego po dyktatorsku, a tym samym dali jemu w ręce władzę prawie absolutną – dochodzi do momentu, w którym przestaje się liczyć z rzeczywistością, przestaje ją dostrzegać, można powiedzieć, że się od niej odkleił.

Cóż, nigdy wszak w normalnym życiu nie uczestniczył.

Naród wyszedł na ulice

No i takiego właśnie momentu staliśmy się świadkami kilka dni temu, gdy ów człowiek, który mniema, że jest przenikliwym politykiem i mężem stanu, a jest jedynie w miarę zręcznym kombinatorem, nakazał mianowanej przez siebie funkcjonariuszce w stopniu magistra, przewodzącej niegdyś arcyważnej instytucji, dziś będącej jedynie z nazwy Trybunałem Konstytucyjnym, by wydała podyktowany przez niego znany wyrok (orzeczenie). Sądził ów człowiek – traktowany przez samego siebie i otaczającą go kamarylę, a także niestety, rzeszę ludzi, jako wódz narodu (führer, duce, caudillo) – że przestraszeni pandemią rodacy, zwłaszcza kobiety, zbrodni, którą na tym narodzie chce ów człowiek popełnić, nie zauważą.

Otóż tym razem umysł kombinatora okazał się zawodny. Naród wyszedł na ulice. Długo milczał. Był zadziwiająco cierpliwy. Ale tej prowokacji, nakazu poddania się nikczemnej, zbrodniczej „interpretacji konstytucji”, nie odpuści.

Spłacenie długu Kościołowi

Ten osobnik, zwany Prezesem, nigdy nie był ani mężem, ani ojcem, a zatem uczucia oczekiwania narodzin dziecka, znane większości mężczyzn, są mu najzupełniej obce, a o wczuciu się w sytuację kobiet w jego wypadku mowy być nie może. Jest on, wszystko na to wskazuje, zupełnie pozbawiony empatii.

Zrozumiałe zatem, że dla takiego człowieka wydanie nakazu rodzenia uszkodzonych płodów to nie był żaden problem. W tym miejscu należy postawić pytanie: po co zatem, akurat teraz, licząc, że w czasie pandemii to „przejdzie”, coś takiego wykonał, do czego mu to było potrzebne? Odpowiedź jest prosta. Postanowił wreszcie spłacić dług zaciągnięty u hierarchów Kościoła. Trywialnie rzecz formułując: o zapłatę za przysługę chodziło. Nie sądzę aby Prezes, który dziś najchętniej uczyniłby Polskę, wzorem portugalskiego dyktatora Salazara, „katolickim państwem narodu (polskiego)”, bo tylko takie państwo wsparte agitacją i kontrolą Kościoła może pozwolić mu stać się jego osobistym, prywatnym państwem, otóż nie sądzę, aby Prezes kierował się jakimikolwiek względami religijnymi.

Kiedyś, gdy jeszcze potrafił trzeźwo patrzeć na rzeczywistość, ostrzegał, że partia programowo odwołująca się do religii, jak ZCHN, to prosta droga do dechrystianizacji Polski. Bez trudu też można sięgnąć do jego wypowiedzi sprzed dwudziestu kilku lat, kiedy to przestrzegał przed rosnącymi wpływami sprytnego biznesmena, redemptorysty z Torunia i agenturalnymi działaniami jego rozgłośni nadającej z terytorium Rosji. Dziś, macher w biznesie, ojciec dyrektor, szef imperium medialno-edukacyjnego, a nadto term i innych przyległych biznesów, jest filarem reżimu skonstruowanego przez Prezesa. A proboszczowie – nie wszyscy, co warte podkreślenia, ale ogromna większość – zgodnie z wytycznymi hierarchii, czyli swoich biskupów, stali się partyjnymi agitatorami PiS-u, zamieniając ambony bądź miejsca przed ołtarzem w trybuny rządzącej partii.

Ale, zapytać można, dlaczego wciąż trwał, ba, wzmógł się ostatnio, ów upór Kościoła katolickiego w walce o doprowadzenie do całkowitego zakazu aborcji, skoro dotychczas nawet światlejsi spośród hierarchów chwalili z trudem niegdyś osiągnięty tak zwany kompromis aborcyjny? Odpowiedź na tak postawione pytanie nie jest prosta? Wszak Kościół, jego struktury, jego hierarchia jest – co stało się dla nas wszystkich tak przerażająco jasne ostatnimi czasy – do głębi przeżarty złem, zdemoralizowany. Najwyżsi dostojnicy sieją zgorszenie.

Oto kardynał Dziwisz w oglądanym przez miliony telewidzów programie, udzielając wywiadu, powtarza jak mantrę, gdy jest pytany o krycie pedofilii: „zero tolerancji”, równocześnie kłamiąc w żywe oczy, zasłaniając się jakąś szczególnie wyjątkową utratą pamięci, że jakoby nie pamięta, iż był informowany (a był, szczegółowo, przez księdza Zalewskiego, istnieją na to niezbite dowody) o wciąż pełniącym „posługę kapłańską” księdzu, który dopuścił się kilkuset gwałtów na 11-letnim chłopcu. I kardynał nic a nic z tą swoją wiedzą nie uczynił, przeciwnie, godził się na krycie tych czynów przez „brata w biskupstwie”, na przenoszenie księdza pedofila z parafii do parafii. Ani cienia pokory, żalu, skruchy. Nie mówiąc o zobowiązaniu wsparcia ofiary ohydnych czynów.

Przy okazji. Ten sam kardynał, najbliższy człowiek papieża Jana Pawła II, przez lata pobytu w Watykanie „nic nie wiedział” (podobnie jak, jakoby, Najwyższy Urząd, który oczywiście także nic nie wiedział, bo „zero tolerancji”) o tym, o czym wiedzieli poza tym wszyscy, o czym wszystkie wróble na drzewach ogrodów watykańskich ćwierkały, o tym, co przez kilkadziesiąt lat wyczyniał twórca zgromadzenia Rycerzy Chrystusa, geniusz w zbieraniu pieniędzy na rzecz Kościoła, fundator świątyń, uczelni, a przy tym największy chyba deprawator w historii Sancta Ecclesia, przy którego wyczynach występki Cesare Borgii wydają się niewinnymi igraszkami. Uprawiał seks, na przestrzeni wielu lat, z kilkuset klerykami i młodymi księżmi ze swego zgromadzenia, był, jeśli tak można powiedzieć o duchownym, bigamistą, trwał bowiem w dwóch konkubinatach, molestował własne dzieci. Trudno mi wytrzeć z pamięci znaną fotografię, na której widzimy uśmiechniętego „naszego” papieża całującego w głowę klęczącego przed nim ojca Degollado .

To było o emerytowanym metropolicie sławnej archidiecezji krakowskiej, niegdyś osobie nadzwyczaj wpływowej w Watykanie. A teraz o obecnym metropolicie tejże diecezji, również siejącym zgorszenie, o arcybiskupie Jędraszewskim. Dziś słyszymy z jego ust rzucane gromy na „tęczowa zarazę”, która przyszła po tej, minionej już, „zarazie czerwonej”. Osoby LGBT, zatem, między innymi, homoseksualiści, są potępiani w płomiennych kazaniach metropolity. A wszak ten sam człowiek, kapłan, biskup, przed laty, już jako biskup pomocniczy archidiecezji poznańskiej, robił wszystko, co było w jego mocy, by kryć swego pryncypała, metropolitę wówczas, abpa Petza, największego bodaj grzesznika, lubieżnika, deprawatora pośród, zapewne niebezgrzesznych polskich biskupów. Może nie cały Poznań, ale bardzo wielu jego mieszkańców doskonale wiedziało, że arcybiskup molestuje kleryków, przyrzekając kariery za pójście z nim do łóżka. Wszyscy hierarchowie, łącznie z nuncjuszem, robili wszystko, aby kryć rozpustnika, dopiero przyjaciółka papieża potrafiła ominąć, „straż przyboczną”, księdza sekretarza Dziwisza, i dotrzeć do ucha Jana Pawła, który możliwie najdelikatniej obszedł się z arcybiskupem. Mamy zatem przykład niewyobrażalnej hipokryzji metropolity krakowskiego. I, co znamienne, jemu to właśnie Prezes składa wyrazy najwyższego uznania.

Myślę, więcej, jestem tego pewien, że gdyby tak Chrystus nagle, jako najbardziej oczywiście nieproszony gość, pojawił się na zebraniu naszego Episkopatu, to nie nazwałby naszych hierarchów „pobielanymi grobami”, jak nazwał faryzeuszy, myślę, że użyłby znacznie mocniejszego epitetu.

Dlaczego podałem te dwa, a można by dużo więcej, przykłady moralnego upadku Kościoła. Jego kapłanów i biskupów. Przede wszystkim kłamstwa i hipokryzji? Otóż po to, by wyjaśnić, skąd u demonstrujących dziś uczestników protestu biorą się takie, skądinąd godne potępienia zachowania, jak malowanie haseł na frontonach kościołów i – co już jest w najwyższym stopniu naganne – wtargnięcia do wnętrz kościołów i zakłócanie nabożeństw.

Otóż miara skutecznego zniechęcania, skutkiem, powtórzę, kłamstw i hipokryzji kleru i hierarchów, ostatecznie się przebrała. Kościół w Polsce, skwapliwie wiążąc się z władzą świecką, z cynicznie szukającymi z nim sojuszu politykami rządzącej partii, zwłaszcza jej Prezesem, strzelił sam sobie strzał samobójczy. Świątynie pustoszeją. Za kilka, z górą kilkanaście lat będą puste. Starsi ludzie – i ja do takich, wychowanych w bardzo katolickim duchu, należę – oddalają się od Kościoła. Nie muszą ogłaszać głośno aktów apostazji, ale praktycznie do t e g o Kościoła już nie chcą należeć. Młodsi demonstrują swój sprzeciw i zgorszenie zgodnie z naturą wieku. Często nadto motywowani są, jak to ma miejsce w wypadku osób LGBT, wzrastającą i podsycaną przez prostacko homofobiczną władzę, otaczającą ich atmosferą nieakceptacji i odrzucenia, bywa też, że aktami przemocy. I reagują, bywa, w sposób wysoce naganny, a nadto nieskuteczny. Ba, przeciwskuteczny. Bo kilka incydentów już dało okazję do kolejnego złowrogiego, co tam, podłego zachowania Prezesa. Wystąpił w telewizji nie z zachętą do uspokojenia nastrojów, lecz z apelem by wzmóc napięcie, pod dobrze brzmiącym, zachęcającym hasłem: „Brońmy kościołów”, mając, można przypuszczać, nadzieje, że nareszcie sprowokuje krwawą konfrontację. Zaiste złowroga to postać. Przecież na jego apel już organizują się bojówki faszystowskie. Druga strona, wspomniani młodzi, nie pozostanie bezczynna. No i możemy mieć wojnę domową. Prezes niegdyś zwierzył się, że chciałby być emerytowanym zbawcą narodu. Dotychczas tylko skutecznie rujnował państwo, ale może jeszcze zaistnieć jako emerytowany podpalacz ojczyzny.

Wystarczy zdrowy rozsądek

Na koniec zachowam się jak teolog amator. Nie jestem wyposażony w wiedzę na ten temat na poziomie akademickim, ale posiadam zdrowy rozsądek, Otóż od dawna nurtuje mnie pytanie, jak to się dzieje, że inne, poza rzymskim, Kościoły chrześcijańskie, w tym wszystkie odłamy protestantyzmu, także ortodoksi, czyli Kościół prawosławny, jakoś sobie ze sprawą aborcji dają radę. Także nasi „starsi bracia w wierze” Żydzi. I to ci ortodoksyjni. A wszak ochronę poczętego życia, ba, każdego plemnika, chrześcijaństwo wzięło od małego ludu Izraela, który musiał bronić swego biologicznego istnienia otoczony światem pogańskim. Tylko w rzymskim Kościele powszechnym życie chronione ma być od momentu połączenia plemnika z jajeczkiem, od zygoty. Dlatego nawet nieludzko cierpiące, żywe już stworzenie, z połową głowy i wnętrznościami na wierzchu, musi się – w zgodzie z doktryną – urodzić, by być ochrzczone. Znaczy umrzeć niepotępione.

Zatem pytam: co Kościół ma do powiedzenia na temat naturalnych poronień? Wszak często, bywa, kobieta nie donosi płodu.

Jest krwotok i konieczne oczyszczenie macicy, czyli, brutalnie mówiąc, skrobanka. I ów nienarodzony płód (organizm, człowiek?) odchodzi (wypływa z kobiety) nieochrzczony, Czyli, zdaniem Kościoła, skazany na potępienie. Kto zatem bierze na swoje sumienie „śmierć” tego płodu (człowieka?). Cóż, idąc logicznie tropem myślenia autorów doktryny (bo wiemy, że jeszcze Akwinata nie traktował zygoty jako człowieka), a także mędrców z Ordo Iuris i moralnego autorytetu Kai Godek, to należałoby wszystkie poczęte istoty, zaraz tuż po ich poczęciu, na wszelki wypadek, chrzcić w łonie matki, czyli w macicy. Proponowałbym wyposażyć zatem gabinety ginekologiczne w strzykawki z woda święconą. Jak chcemy mieć katolicki szariat, państwo wyznaniowe, to radzę być konsekwentnym. Panie Prezesie – do dzieła! Kościół pobłogosławi. Sam siebie. Bo świątynie już będą puste.

PS Muszę to dopowiedzieć. Szanuję niektórych kapłanów. Bardzo. Więcej: podziwiam. Powtórzę: niektórych. Bo jest ich niewielu. Są wspaniali. I gdyby tacy jedynie służyli „ludowi bożemu”, świat zupełnie inaczej by wyglądał. Niektórzy, jak profesor Polak (niegdyś ksiądz rektor Więcławski), profesor Obirek, profesor Bartoś, odeszli z Kościoła. Nie zdzierżyli, nie wierzą w możliwość jego odnowy, inni – wśród nich niejednokrotnie przeze mnie przywoływany wspaniały człowiek i kapłan, ksiądz Lemański, a także ksiądz profesor Wierzbicki, ojciec Prusak, ojciec Giżyński i oczywiście ksiądz Boniecki – trwają. Nie wiem, co ich motywuje – wierność święceniom, przysiędze? Bo wiara wszak nie wymaga, by być w Kościele. Ich także podziwiam. Ja mam szacunek nawet do biskupów. Dwóch. Do Prymasa Polaka i do metropolity łódzkiego, abpa Rysia. I cóż, nie przestanę spoglądać na Kościół z troską. Był mój. Długo. Od dzieciństwa. Zwłaszcza w stanie wojennym. Już nie jest.

Stanisław Brejdygant - ur. w 1936 r., aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturg

Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.