Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zwykle nie piszę listów do Redakcji. Zwykle, co znaczy na tyle rutynowo, że nigdy jeszcze nie napisałem takiego listu. Wydaje mi się, że to nie ma sensu, bo co by było, gdyby cała Polska napisała o swoich odczuciach i przemyśleniach. Wyjąwszy tych, co nie potrafią pisać z różnych przyczyn: wieku, stanu umysłu, umiejętności, to dostalibyście ze 20 milionów listów. Więcej niż Święty Mikołaj. I co byście z tym zrobili, ha?

Ostatnio piszę listy do Żony. Mojej kochanej Kobiety, która jest ze mną od 35 lat i jest moją drugą znalezioną połową obecnej całości. Ciekawe, czego mogłaby być połową, aby nie kojarzyło to się z wzajemną zależnością, dominacją czy rywalizacją.

Połowy jak połowy. W owocach może być tak, że w jednej jest robak, a druga gnije od zewnątrz. Poza tym w takiej śliwce obie połowy strasznie mocno wiąże pestka. Uniemożliwia im niezależne funkcjonowanie, chwilę wolności osobistej czy realizację własnych ambicji i marzeń. Listy piszę mailowo, ona czyta i odpisuje. Słowa pisane są jakieś inne, ciekawe, nie przelatują jak nietoperze w nocy, szybko i niezauważenie. „..Słyszysz tato, leci…” Mój syn słyszy nietoperze. Oglądając Perseidy, widzieliśmy też w poświacie pobliskiego miasta przelatujące nietoperze. Bajka.

Powiem Wam w zaufaniu, że większość marzeń realizujemy z Żoną wspólnie, a niezależność działania i myślenia wynika z tego, że nie jesteśmy owocem, tylko małżeństwem. Mamy swoją przestrzeń, ale z miłości wynika chęć robienia rzeczy razem, doświadczania, przeżywania, dzielenia się emocjami i przemyśleniami. Jak się żyje tyle lat wspólnie, to i marzenia stają się wspólne.

Przedwczoraj były moje urodziny. Dzień jak co dzień, najpierw z żoną wyznaliśmy sobie miłość. Takie tam kocham Cię, ja też Cię kocham. Potem ona wychodząc do pracy, pogładziła mnie po nodze wystającej spod kołdry, a ja się do niej uśmiechnąłem. Miałem tak plan. Napiszę list do Wojowniczek na ulicach. (Termin od Tokarczuk). Wszyscy jesteśmy Wojowniczkami. Ja też jestem Wojowniczką. Szczególnie teraz, kiedy  niestereotypowo zajmuję się domem z własnej niewymuszonej woli, bo mam więcej czasu. To ciekawe (teraz piszę do facetów), jak wiele czasu zajmują czynności domowe, a efekt niby niewielki. Wie ten, kto spróbował. Wracając do listu wspierającego w walce Kobiety i ich facetów, to napisałem tylko część. Potem czymś się zająłem, kochana Żona wróciła, zjedliśmy super obiad i poszliśmy do teatru. Pandemicznie, w maskach i zachowując odległości. Udało się dojechać w pobliże, szliśmy z kilometr do teatru, wśród manifestacji, wzdłuż korków samochodowych, potem przez plac Konstytucji. List częściowo napisany umieściłem na pulpicie i tak już zostało.

W teatrze chwilę czekaliśmy i jak zwykle przed przedstawieniem obserwowaliśmy ludzi. Ukochanej powiedziałem, że pisałem do Kobiet i zakończyło się na słowie NADZIEJA. Powiedziałem jej tak „…Starsi ludzie wybrali tę władzę, ale odchodzą, przychodzą młodzi. Ci nie zagłosują za trzy lata na smutnych, złych i niespełnionych Panów. No way. Tak się rozkładały głosy w ostatnich wyborach, starsi wybierali prawicę, młodsi inne partie.

Aktywni ludzie, w przededniu całego życia zrozumieli, że to, co ich otacza, to nie abstrakcyjne terminy: jakiś trybunał, jakiś sąd, jakiś prokurator; rozporządzenia, ograniczenia, ustawy, zarządzenia, brakuje tylko dekretów, wyroków, jedynie słusznych myśli ułożonych w jedynie słuszną linię życia każdego z nas. Chyba wreszcie praktycznie zrozumieli, że ludziom potrzeba wolności, i trzeba czasem o nią walczyć. Niby o tym napisali wcześniej w książkach, ale teraz nie ma czasu na ich czytanie. Dlatego mam NADZIEJĘ, że coś się zmieni …”

Trzeci dzwonek, mrok, muzyka na żywo i twarz aktorki wyświetlona na muślinowej zasłonie, wypowiadająca słowa o nas, o naszej polskiej historii. I wódz narodu, pierwszy sekretarz, uzasadniający oczywiście jedynie słuszny koncept wyrzucenia Żydów z Polski. Argumentuje, że nie są prawdziwymi Polakami, nie można na nich polegać, ich tożsamość i kultura nam nie pasują, są INNI. Do końca przedstawienia siedzę wgnieciony w fotel. Nie wiedziałem tego wszystkiego, wstydzę się, łzy płyną mi po polikach, wsiąkając w pandemiczną maskę. Z krótkich przebitek filmowych z tamtych czasów widać rozpacz i krzywdę ludzi - Żydów, którzy przecież byli Polakami od urodzenia mieszkającymi w mojej Ojczyźnie. Niektórzy znajomi żegnali ich na dworcu, niektórzy mieli odwagę wyrazić smutek z przymusowej emigracji przyjaciół, sąsiadów. Ktoś wyraził pragnienie i NADZIEJĘ, że kiedyś wrócą. System oprawców działał, nikt się nie sprzeciwił, nikt nie stanął w obronie. Wychodziliśmy z teatru w milczeniu, ale zaraz zaczęliśmy, jak tak mamy w zwyczaju, rozmawiać, dyskutować, patrzeć na to z wielu stron. „Mała” wytłumaczyła naszemu dorosłemu synowi niuanse tamtych czasów. Trudno zrozumieć zawiłości i niespójność działań ludzkich osobie, która ma autyzm. Wracaliśmy, mijając protestujące Kobiety, a po powrocie do domu widzieliśmy jeszcze protesty w innych miastach.

A potem był wtorek. Najpierw Sejm. Byłoby to śmieszne, gdyby nie dotyczyło życia. Życia wszystkich Polaków. Czy my w ogóle jesteśmy jakoś chronieni? Czy ktoś troszczy się o nasze życia? O wszelkie aspekty naszego życia, o godność, o wolność, o możliwość wyboru? Czy możemy po ludzku popełniać błędy? Czy ofiary troski o dominującą ideologię są po prostu wliczone w koszt

A potem wielka kulminacja i chichot dziejów… starszy, smutny pan. Pełen kompleksów człowiek mówi, a ja, też człowiek, Polak, doświadczony historią moich przodków nie mogę tego słuchać. Po raz kolejny w ciągu dwóch dni słyszę o wyższości jednych myśli nad drugimi, o jedynym słusznym światopoglądzie, o jedynej słusznej decyzji i kierowniczej roli partii. Ba… Nawet nie tylko kierowniczej, ale i strażniczej. Chroniony będzie Kościół. Instytucja, której misją jest miłość, troska o człowieka i wsparcie w jego życiowych problemach i dylematach. Uważność i otwartość. Otwartość na niektórych, na wybranych. Rządzący w pierwszych ławkach, dystans społeczny na długie lata gwarantowany, bo kto tam będzie przychodził. INNI zostaną zatrzymani, usunięci przez silnych i mocnych, zdeterminowanych i wspieranych przez partię narodowych karków. No, chyba że smutny, starszy pan obsadzi w roli strażników panie ze swojej partii, które tak dzielnie w Sejmie stawały w obronie wartości.

Bić Żydów i cyklistów – stary antysemicki suchar przekazywany z pokolenia na pokolenie. A dlaczego cyklistów ? - zapyta dobry Polak, prawdziwy patriota. A teraz, jak zdefiniujemy INNYCH, których trzeba usunąć z kraju. Bić homoseksualistów i kominiarzy? Bić wykształciuchów i prawdziwych patriotów? Bić protestujące Kobiety i prawdziwych katolików? Kogo jesteś w stanie bić, człowieku? Kogo jesteś w stanie znieważyć bez żalu? Kto jest tym gorszym, niewartym troski, pomocy? Kogo, mój Rodaku, wsadzisz w pociąg i wynocha z kraju? My z moją Ukochaną nie zadajemy sobie tych pytań. Jesteśmy lekarzami, pomagamy wszystkim, którzy tego wymagają i którym możemy pomóc. A może Ci INNI to polskie Kobiety: córki, matki, wnuczki. Wszystkie te mądre, piękne, kochane i kochające Istoty w pociąg i wynocha z Domu! Z Polski.

Ten list jest chyba za długi, droga Redakcjo. Kto będzie to czytał, kto jest w stanie poświęcić chwilę na refleksję. Patronem roku 2020 w Polsce jest Roman Ingarden. Ludzie niezajmujący się na co dzień filozofią raczej nie znają tej osoby, ale może się mylę. Sejm był wyjątkowo jednomyślny w wyborze kandydatury: 417 za, 2 przeciw. Po co wybierać patrona, kiedy potem wszystko robi się inaczej. Zdejmuję z półki „Książeczkę o człowieku” i polecam Wam temat. Ostatni rozdział napisany w 1961 roku „O dyskusji owocnej słów kilka” wart jest artykułu na stronach lub po prostu przedruku. „…Dopóki… nie ma woli współpracy – na równych prawach i przy równym wysiłku i równej rzetelności… - dopóty nie ma mowy o zrealizowaniu dyskusji naprawdę wolnej i dopóty wszelka dyskusja nie jest właściwie potrzebna, bo jest tylko pozorna…”.

Jestem gorszym sortem i nagle wczoraj odkryłem, co to znaczy. Nie dywagując specjalnie nad źródłosłowem, jestem po prostu człowiekiem myślącym.

Od wczoraj człowiek myślący jest dla mnie synonimem gorszego sortu. Człowiek myślący jest niewygodny, źle sterowalny, nieprzewidywalny i domaga się pożywki dla procesu myślenia. Pożywki racjonalnej lub emocjonalnej, argumentów bardziej lub mniej rzeczowych. Domaga się, przetwarza, myśli. Myśli, czuje, decyduje. Ba… Człowiek myślący czasem zmienia zdanie, zmienia własne zdanie, nie traktuje nadrzędności dogmatów nad lewitacją umysłu, założeń nad dyskusją. Cały czas obraca w głowie treści z pozoru oczywiste, po to, aby znaleźć w nich luki, rysy, zadry, chropowatości. Ma świadomość swojej tożsamości, czyli swojej misji i roli w życiu, a przede wszystkim systemu wartości. Jednakże to zdecydowanie osłabia. Sprawia, że gorszy sort jest z założenia mniej wyrazisty, słabszy, bardziej narażony na pojawiające się wątpliwości. Trudno mierzyć się z ludźmi bez wątpliwości, niewzruszonymi twardymi ideologami otoczonymi lojalnymi średnio rozgarniętymi żołnierzami dyktatury wartości. Jedynie słusznych wartości.

Widziałem strach w oczach niektórych protestujących kobiet. Słyszałem niezdecydowanie w słowach. Czułem niepewność. Smutne jest to, że znowu o losach tak wielu, dobrych, przyzwoitych, zwyczajnych, cieszących się i martwiących każdym dniem ludzi próbuje decydować tak mała grupa smutnych, starych osób mieniących się wybrańcami. Mało czytali, mało myśleli, ominęła ich lekcja o odpowiedzialności. Chcę się mylić. Nie jestem już młody. Z każdym słowem przelewanym na papier rośnie mój bunt i gniew.

Grego63

Czekamy na Wasze komentarzelisty@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.