Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Połowa naszego społeczeństwa wierzy w bajki, no to opowiem wam bajkę.

Był chłopiec i dziewczynka, oboje wychowani w katolickich, bardzo pobożnych rodzinach. Dorośli. Z pomocą rodziców, może proboszcza (przecież sami pewnie by źle wybrali) się poznali, ogłoszono zaręczyny i zaczęto przygotowania do ślubu. Na pięknym weselu bawiła się cała wieś, może miasteczko. Potem noc poślubna. Oboje słabo trzymają się na nogach, a tak w ogóle... tu cytat: „Staaachuu, Staaachuu, jak się to robi?”. Pewnie w końcu się udało. Czy jej się podobało, czy jemu? Bez znaczenia, ważne, by zaciążyła jak najszybciej. Żyli długo, dochowali się sporej gromadki dzieci, ona nigdy nie pracowała. On ją zawsze przepraszał po kolejnym pobiciu czy gwałcie. Przecież się wyspowiadał.

I moja droga, lewa strono, czego tu nie rozumiesz?

EDUKACJA SEKSUALNA? Po co, przecież sex służy prokreacji i/lub zadowoleniu faceta. Kobieta ma obowiązek rozłożyć nogi, nieść swój krzyż i witać na świecie kolejne pociechy.

ANTYKONCEPCJA? Po co?

TABLETKA dzień po? Jw.

ABORCJA? Jw.

CHOROBY przenoszone drogą płciową? Oboje nie mieli innych kontaktów (teoretycznie, bo ileż można znosić jojczącą żonę i gromadę wrzeszczących dzieciaków?).

WYKSZTAŁCENIE dla dziewczynek? No bez przesady, wystarczy, jak będą umiały przeczytać instrukcję odkurzacza.

Tak ma wyglądać młodzieży chowanie.

PS

Oczywiście powyższe dotyczy społeczeństwa, oczywiście nie miłościwie nam rządzących.

kobieta

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.