Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

To, co się stało, jest w Polsce nie do pomyślenia, a jednak się stało. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 22 października jest dla mnie ostatnią kroplą, która przelała czarę goryczy. Oglądając materiał na ten temat w późnowieczornym serwisie informacyjnym, czułem rosnący smutek i wstyd. 

Pamiętam, jak brałem udział w pierwszym "czarnym proteście". Skończył się dla mnie na pl. Zamkowym w Warszawie. Choć przemarzłem i deszcz przemoczył mnie do suchej nitki, to byłem przekonany, że warto było. Przed taką siłą władza, nawet ta, musi się ugiąć. Projekt ustawy trafił do sejmowej zamrażarki, a partia rządząca skupiła się na innych priorytetach. Za każdym razem, gdy słyszało się na temat zaostrzenia prawa aborcyjnego, ruszałem pod Sejm wspierać współobywatelki i współobywateli. Stojąc tam razem z wami, jak nigdy wcześniej czułem się częścią naszego społeczeństwa.

W międzyczasie wiele się wydarzyło i niewiele dobrego. Demokratycznie wybrani politycy w jawny sposób kontynuowali gwałt na instytucjach państwa, które mieli chronić.

Ja z innych powodów przeprowadziłem się za granicę, gdzie w złości mówiłem, pół żartem, pół serio, że powodowały mną pobudki polityczne. Polityka zajmowała może czwarte miejsce na tej liście. Dalej wierzyłem, że chociaż to złe i haniebne, przecież minie.

Dziś brakuje mi tej wiary. Kiedy myślę o tym, co robi państwo, w którym się urodziłem, wychowałem, w którym żyłem, czuję tylko smutek i wstyd.

A. Szymański

Piszcze: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.