Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wiele tysięcy ludzi maszerowało wczoraj przez Warszawę, krzycząc „wypierdalać”, „jebać PiS”, „jebać psy” – było radykalnie. To jedyna taka demonstracja od (trzech) lat, na której nie widziałem wkoło siebie samych znajomych twarzy. No i była to demonstracja pod kompletnie wczoraj pustymi rygorami zakazów w pandemii. Jeszcze w czwartek policja dezynfekowała zgromadzonych gazem pieprzowym, a kilkanaście osób odizolowała prewencyjnie – w piątek niczego takiego nie próbowano, policja torowała drogę maszerującym wbrew zakazom i rozsiewającym wirusy niebezpieczne zwłaszcza politycznie. Duch anarchii unosił się w powietrzu – i było fajnie.

Mam w związku z tym kilka uwag, czym czuję się zakłopotany, bo jestem facetem i powinienem znać miejsce w szeregu. To nie jest mansplaining, to próba myślenia kogoś, kto prawom człowieka poświęcił większość godzin w ostatnich latach, ma w tym zakresie ileś osiągnięć i znacznie więcej porażek.

„Wypierdalać!”

Po pierwsze, o ile estetyka „wypierdalać” zdecydowanie nie jest moja, o tyle ten postulat, kiedy dotyczy obecnej władzy, jest już mój jak najbardziej. Kaczyński zrobił coś zdecydowanie bardziej niesłychanego niż wszystko, co wyczyniał dotychczas – bledną przy tym wszystkie zamachy na konstytucyjne wartości. Wszczął wojnę w pandemii, która zaraz zacznie zbierać żniwo tragiczne. Katolik Hołownia powiedział, że to jest zbrodnia stanu, i miał rację.

Zbrodnią stanu jest również przemocowa próba zepchnięcia Polski w przedoświeceniowe mroki oraz okrucieństwo tej próby zmiany i tak już niesłychanie okrutnego prawa i jeszcze nawet bardziej okrutnej praktyki. Niech wypierdalają – bo tu rzeczywiście pola do żadnego „kompromisu” nie ma.

Po ,hasło „wypierdalać” ma również bardzo racjonalne, zupełnie nie emocjonalne, ale czysto polityczne uzasadnienie. W Polsce nie więcej niż kilka procent obywatelek i obywateli opowiada się za zakazem aborcji. Jak również zauważył katolik Hołownia, referendum w sprawie aborcji zakończyłoby się jej legalizacją już dzisiaj.

To zresztą ogromna zasługa działań PiS i Ordo Iuris, które sprowokowały protesty kobiet w ostatnich latach i odwróciły stan społecznej świadomości w tej sprawie. I to jest przede wszystkim ogromne osiągnięcie kobiecego ruchu, którego aktywistki od lat stoją w pierwszej linii każdej konfrontacji z tą władzą. Tę ogromną i bezcenną zmianę spowodowała nie polityka, ale właśnie obywatelski ruch kobiet.

W każdym razie efektem wydarzeń ostatnich dni – jakiekolwiek znaczenie ma oświadczenie mgr Przyłębskiej, zadowolone komentarze polityków władzy i nierozumnie wstrętne podziękowania ks. bp. Gądeckiego – jest kompletna delegitymizacja władzy reprezentującej dziś najwyżej ową kilkuprocentową grupę Polaków, którzy uważają całkowity zakaz aborcji za dobro. Wśród najbardziej ortodoksyjnych i najbardziej ciasno myślących wyznawców ludowego katolicyzmu jest prawdopodobnie najwyżej promil takich, którzy – jak Kaczyński w znanym wywiadzie – chcą narodzin dzieci z mózgami poza czaszką po to, by je ochrzcić i po katolicku pochować. Więcej podobnych Kaczyńskiemu znaleźć się w Polsce nie da. Z całym więc szacunkiem dla praw najbardziej dziwacznych mniejszości – kiedy taka mniejszość sięga przemocą po władzę, odpowiedź polityczna, a nie tylko emocjonalna, brzmi „wypierdalać”. I ta odpowiedź jest politycznie uzasadniona.

Poważne polityczne pytanie – jeśli je w tym języku formułować – brzmi więc, jak ich wypierdolić. I tu już nieco traci ów duch anarchii z wczorajszego marszu. Bo nie podeszliśmy ani pod dom Kaczyńskiego, ani pod willę Morawieckiego. Słusznie – nie będziemy przecież się bić z policją. Wykrzyczeliśmy swoje. W tym „jebać psy”. Retorycznie. Czysto retorycznie. Trzeba to wiedzieć, bo ta myśl dopadnie nas, kiedy opadną w nas anarchistyczne uniesienia.

Z kim?

Racjonalnie i bez złośliwości zadaję to pytanie, myśląc oczywiście o politykach, na których głosowaliśmy – my, opozycja – w ostatnim dwuletnim maratonie wyborczym, którego rezultat, niestety, znamy i który szczęśliwie mamy za sobą. Szczęśliwie, bo nikt nam nie lasuje mózgów partyjną propagandą, głupio nieodpowiedzialnymi hasłami „policzmy się” ze strony aspirujących do „nowej polityki”, którzy niczego wygrać nie mogli, i jeszcze głupszymi hasłami o mobilizacji do „walki o wszystko” ze strony tych, którzy akurat PiS mogliby przeciwstawić się skutecznie. Mówię o wszystkich tych pouczeniach „nie teraz”, o „tematach zastępczych”, których wysłuchiwaliśmy nieustannie – ostatnio od Rafała Trzaskowskiego w jego kampanii, by już nie bawić się w dyplomację, tylko po imieniu nazywać rzeczy i ludzi.

Powiedzieć trzeba twardo, że etycznie były te gadki równie wstrętne, jak prawackie teksty o „ideologii LGBT”.

Z całym zrozumieniem waszych problemów, szanowni państwo politycy, „temat zastępczy” jest dokładnie tak samo odczłowieczającym określeniem jak „ideologia”. Jeśli ktoś z was nie wiedział, że mowa jest o najbardziej podstawowych prawach człowieka, to teraz już to wiecie.

Być może jednak wciąż nie wiecie tego, że etyka jednak przekłada się na wasz wyborczy wynik bardziej, niż jesteście w stanie dostrzec. Owszem, w Polsce nadal sondaże pokazałyby, że bardziej niż prawa człowieka i prawa kobiet Polaków obchodzą np. ochrona zdrowia i bezpieczeństwo ich własnych emerytur. To fakt, ale jawnej hipokryzji i naiwnego cwaniaczenia wyborcy nie wybaczają nigdy – i to głównie dlatego wasze wyborcze wyniki wyglądają, jak wyglądają.

W czysto politycznych kategoriach jakiś pozór racjonalności tkwi w owych „taktycznych manewrach”, każących unikać ideowych konfliktów grożących utratą części poparcia, kiedy np. Rafał Trzaskowski nie chce zrażać konserwatywnych katolików, bo oni mogliby zechcieć nań głosować. Wierzyć jednak w to, że „unik” będzie skuteczny, jest wyrazem skrajnej politycznej głupoty, a nie politycznego sprytu. We wszystkich tych rzekomych „kwestiach światopoglądowych” chodzi w rzeczywistości o krew, pot i łzy, o najprawdziwsze ludzkie cierpienie, a nie o światopogląd polityków. Wszystkie one są wybuchowe, wszystkie z łatwością rozpalają ogromne emocje, co po wielokroć widzieliśmy, a wczoraj ostatnio. I właśnie to stanowi gwarancję, że każdy z nich zostanie cynicznie wykorzystany w każdej kampanii wyborczej. Zrobią to PiS, Ziobro, Kaja Godek, Marta Lempart albo na upartego ja – albo ruskie trolle w internecie, kiedy już innych zabraknie. Żadna strategia nie stoi za gadaniem o „tematach zastępczych” – stoi za nim wyłącznie podszyta tchórzem głupota. Każdą z tych zapalnych kwestii trzeba mieć odwagę rozbroić.

Piszę o tym nie po to, by recenzować polityków, choć oni na recenzję zasługują, ale właśnie dlatego, że po drodze do zwycięstwa nad PiS musimy te polityczne niewybuchy rozbroić jeden po drugim. Kto to może zrobić? I jak?

„To jest wojna!”

Tak krzyczeliśmy wczoraj. W tej sprawie mam mocne alibi. U progu wielkiego sukcesu KOD i jego wielkich demonstracji – setki tysięcy ludzi na ulicach – przestrzegałem przed konsekwencjami braku innego pomysłu niż tylko coraz liczniejsze demonstrowanie.

Mogę dziś powtórzyć to, co napisałem bez mała pięć lat temu: „Prędzej czy później dotrze do nas wreszcie, że maszerowanie na kolejne demonstracje nie jest samo w sobie tak fajne, jak się z początku wydawało. Zamiast frajdy zrodzi frustrację, której masowo ulegniemy. Entuzjazmu i determinacji nie da się utrzymywać w nieskończoność”.

Im bardziej ostro brzmią nasze dzisiejsze okrzyki, tym głębszy będzie kac, kiedy mgr Przyłębska nie powie jednak „sorry, coś mi się pochrzaniło”, a Kaczyński nie ucieknie z Żoliborza ani z Nowogrodzkiej.

Kiedy wczoraj krzyczeliśmy „wypierdalać”, intencja krzyczących była szczera. Mają czekać trzy lata do wyborów? Albo może – zgodnie z hasłem „bruk na rząd!” – obalić tę władzę w jakiś sposób wcześniej? To z kolei nie wydaje się dzisiaj możliwe, a gdyby nawet – rezultat mógłby nas rozczarować bardzo boleśnie, co jest już sprawą osobną. Kiedy się w każdym razie w takim proteście wygania na ulicę wiele tysięcy ludzi, trzeba na te pytania umieć odpowiedzieć, bo oni naprawdę tych odpowiedzi chcą.

Dynamika ruchu społecznego wymaga osiągania celów. W początkach KOD celem samym w sobie był wzrost demonstracji. Jeszcze wówczas liczono, że to będzie miało znaczenie – że się przełoży na sondaże poparcia, że władza oprzytomnieje, kiedy jej się spod nóg osunie grunt. Kiedy się okazało inaczej, ta sama wyjątkowa mobilizacja okazała się źródłem tym większej frustracji i poczucia bezsiły. Przychodziliśmy na te demonstracje jakby właśnie po to, by się przekonać, jak bardzo bezsilni jesteśmy. Ruch zdechł. Nie w wyniku afer z fakturami – jakkolwiek je oceniać. Mateusz Kijowski był absolutnie odporny na tego rodzaju ataki, dopóki KOD był wielki i budził ogromne nadzieje. Padł ich ofiarą, kiedy KOD przestał być źródłem nadziei.

Powtórzę – przestrzegałem przed tym w tych czasach, czując się częścią tego samego ruchu. Wykluczono mnie z niego wtedy i nie czuję dumy, że moje przestrogi się potwierdziły. Piszę o tym, bo jestem – znów – częścią tego samego ruchu, a nie tylko wymądrzającym się starcem, w dodatku samcem. Dzisiaj powinno być dla nas jasne, że skutki naszych dzisiejszych dziarskich okrzyków będą z całą pewnością podobne, o ile nie zobaczymy sprawczości własnych działań. I wobec tego tej sprawczości szukam, a to nie jest łatwe.

Władza pięciu procent – cel referendum

Dostaliśmy od Kaczyńskiego, Przyłębskiej i Ziobry prezent o dużej wartości. Ta władza reprezentuje tych w Polsce, którzy chcą zakazu aborcji. O ile nie robiło na nas wrażenia, że własny mandat podeptała, łamiąc prawo, bo wciąż uważaliśmy, że wyraża „wolę ludu”, o tyle dzisiaj również ta legitymacja została podeptana z całą ostentacją. Moim zdaniem to powinno wyznaczać cel działania i określać jego strategię. To właśnie powinno wypełniać treścią owo bojowe hasło „wypierdalać”.

W ultrakatolickiej Irlandii prawo aborcyjne i całokształt stosunków z Kościołem zmieniono w ogólnonarodowym referendum. Wiele czynników o tym przesądziło. Między innymi skandale pedofilskie – w Irlandii ostrzejsze i boleśniejsze niż w Polsce, jakkolwiek trudno w to uwierzyć, znając polskie podwórko.

Również udział głosów Irlandczyków z emigracji i zmiana pokoleniowa przez nich spowodowana. Ale sondaże z Polski zna przecież nie tylko Szymon Hołownia. Zwolenników zakazu w Polsce niemal nie ma.

Irlandzkie referendum nie było żadną miarą populistyczne i w tym sensie jest dobrym argumentem na niepuste przecież zastrzeżenia o referendach jako o standardowym narzędziu populistów – z brexitem jako koronnym przykładem. Irlandia zaczęła od panelu obywatelskiego i jego pracowitej deliberacji obserwowanej uważnie przez media i opinię publiczną. Referendum było efektem ogólnonarodowej debaty, w której wszystkich głosów wysłuchano z najwyższą uwagą. To da się zrobić w Polsce. I musi to zostać zrobione, żeby rozbroić tę polityczną, emocjonalną bombę – to powinno być dziś już jasne. Nie da się sprawy załatwić kolejnym „kompromisem” zawartym za czyimiś zamkniętymi drzwiami w niejasnych targach z biskupami. Nie tylko dlatego, że kobiety krzykną „wypierdalać”, ale również dlatego, że w polityczne deale nie uwierzy już w Polsce nikt.

Postulatem ruchu protestu powinno się stać – jestem głęboko przekonany – właśnie referendum w tej sprawie. Odwrotnie niż o tym myśleli i mówili politycy opozycji, prawo aborcyjne nie jest tą „sprawą mniej ważną i mniej pilną niż odzyskanie demokratycznej władzy”. Jest właśnie tą sprawą najważniejszą, a odsunięcie PiS może i będzie jednym z jej efektów. Ta sprawa – jak żadna inna – pokazuje mianowicie, że władza PiS nie reprezentuje w Polsce nikogo.

Kataloński plan B

Pół miliona podpisów pod wnioskiem o referendum nie wystarczy. PiS ten wniosek odrzuci. Bo będzie na przykład „niekonstytucyjny”. To jasne. Tym gorzej dla PiS. Wyłącznie z tego powodu o zebranie podpisów bym zadbał – inaczej nie chciałbym tym nikomu zawracać głowy.

Referendum możemy przeprowadzić bez pisowskiej zgody. Tam, gdzie się da, zrobią to samorządy. Jeśli będą się bały, że przekroczą tym uprawnienia i że nie do nich należy zarządzanie referendum w sprawie przekraczającej kompetencje samorządów, niech sobie te uprawnienia wezmą w naszym imieniu i tego powinien dotyczyć nacisk społeczny. Sprawi to przy okazji, że samorządy będą tym bardziej „naszą sprawą”.

Tam, gdzie się nie da, zróbmy to społeczną samoorganizacją. Jeśli partie opozycji z ich wielomilionowymi miesięcznymi budżetami zechcą się dołożyć do tego wysiłku – z pewnością ogromnego – to świetnie. Jeśli nie zechcą – trudno. Ich wybór i na nich spadną konsekwencje.

Jaka byłaby funkcja referendum przeprowadzonego z trudem – gmina po gminie, powiat po powiecie, z dziurami na mapie Polski – nieuznanego przez władzę i pozbawionego prawnego statusu? Poza bezcenną mobilizacją wokół realnego działania, wokół istniejących lub nowych instytucji samorządnej władzy i obywatelskiego społeczeństwa byłby to czytelny dla wszystkich dowód całkowitej delegitymizacji władzy. Dla wszystkich, znaczy również dla głosujących dotąd na PiS.

Pamiętamy katalońskie referendum w sprawie katalońskiej niepodległości przeprowadzone wbrew woli hiszpańskich władz, tłumione brutalnie przez policję i potem nieuznane. Cokolwiek sądzić o idei katalońskiej niepodległości, to referendum przysłużyło się jej bez porównania bardziej niż lata krwawej działalności ETA przysłużyły się autonomii Basków. Nie ma mocniejszej broni.

Czekamy na Wasze listy, opinie komentarze. Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.