Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czytelnik, który nadesłał ten list do "Wyborczej", prosi o zachowanie anonimowości, bo - jak twierdzi - ujawnienie jego danych oznaczałoby wyciągnięcie wobec niego konsekwencji służbowych. 

To mnie nie dotyczy

„Jesteś przekonany, że to nie może cię spotkać, że to nie ma prawa cię spotkać, że jesteś jedyny na świecie, którego to nigdy nie spotka, a potem, wszystko po kolei spotyka właśnie ciebie, w ten sam sposób, w jaki spotyka wszystkich dookoła”.

Skąd właściwie to przekonanie Paula Austera, że są na świecie rzeczy, stany i doświadczenia tożsame dla każdej ludzkiej istoty, niezależnie od jej pochodzenia, statusu czy poglądów? Czy rzeczywiście los po równo rozdziela ciosy, demokratycznie celując we fryzjerkę, sprzedawcę, listonosza?

Myślisz o tym teraz, przeglądając strony newsowych portali, które codziennie prześcigają się w publikowaniu „raportów z oblężonych miast”. Jakichś innych. Bo to zawsze chodzi o inne, innych, dalekich i nieznanych ci osobiście.

Cała załoga się testuje

Dwa tygodnie temu musiałeś udać się na wymaz, po tym gdy jeden z kolegów poinformował szefową, że jego wynik jest dodatni. Ty i reszta załogi, razem 14 osób, stanęliście przed namiotem. Przed wami stało jeszcze jakieś dziesięć osób, za wami drugie tyle. Prawie wszystkich kojarzycie, niektórych znacie tylko z widzenia, innych z imienia, wszystkich kiedyś obsługiwałeś. Teraz widzisz ich wzrok na sobie, słyszysz ich szepty. Nikt nie jest głupi, miasteczko jest małe, a widok całej obsługi sklepu przed szpitalem zakaźnym musi budzić podejrzenia.

Testy sponsoruje firma. Pięćset od głowy, razem uzbierała się niezła suma. Jeszcze tego samego dnia przychodzą wyniki, wszystkie negatywne. Po drugiej stronie słuchawki słyszysz oddech ulgi. – Całe szczęście – mówi kolega, który martwił się najbardziej, bo astma, bo dwójka małych dzieci, bo żona nie pracuje, straciła pracę jeszcze wiosną tego roku.

Wczoraj ten sam kolega musiał zostać w domu: katar, gorączka, ból mięśni, ale teraz nikt nie zlecił mu testu. Lekarz, z którym rozmawiał trzy i pół minuty przez telefon, powiedział, że to z pewnością zwykłe przeziębienie. Przepisał antybiotyk na trzy dni, taki o przedłużonym działaniu, i kazał odpoczywać. Widać nie usłyszał, że chory miał kontakt z osobą zakażoną. Nie słyszał albo nie chciał słyszeć.

W telewizji mówią, że premier musiał się poddać testowi, bo miał się widzieć z kimś, kto widział kogoś, czyja starsza siostra od strony brata miała podejrzenie koronawirusa. To już czwarty raz w ciągu miesiąca, ale co wolno wojewodzie…

Jest koronawirus, ale jest też kredyt do spłacenia

Dzisiaj zadzwoniła koleżanka ze Śląska, która pracuje w szpitalnym archiwum. Wczoraj wszyscy mieli obowiązkowe testy, po tym gdy dyrektor poczuł, że ból gardła i osłabienie nie są wynikiem od lat odkładanej decyzji o rzuceniu palenia. Pierwszy na liście był szpitalny informatyk. 

Koleżanka zawsze była uśmiechnięta, twarda babka, gryfno frelka – pozytywna – a wczorajszy test tylko to potwierdził. Czuje się dobrze, nie narzeka, ale dzisiaj jej mąż (wciąż niezdiagnozowany) dobija do 39 stopni gorączki i teraz zastanawiają się, kto odbierze ich sześcioletniego syna z przedszkola.

W weekend zadzwoni do ciebie siostra. – Wiesz, jadłam dzisiaj śniadanie i nic nie czułam – powie. - Chyba mam koronkę. W jej głosie słyszeć będziesz to przekonanie, że to z pewnością nie może być to, o czym oboje pomyślicie. Ani ona, ani mąż, ani trójka ich dzieci nie mają przecież gorączki, kaszlu, trudności w oddychaniu, starszy syn jak dawniej gra w piłkę, a jego siostra bez problemu dojeżdża autobusem na treningi judo. Najmłodsza ani myśli siedzieć w domu, w przedszkolu są przecież jej koleżanki i koledzy. Nie ma objawów, nie ma problemu. Jest za to kredyt na dom, rachunek za opał i odkładany od dawna remont letniej kuchni.

Pandemia ma już imię

Wkroczyłeś zatem właśnie w etap, w którym pandemia otrzymała imię twojej żony, matki, przyjaciela i sąsiada, z którym co rano przed wyjściem do pracy zamienialiście kilka słów, dodając sobie otuchy, że „jakoś to będzie”, „jakoś to musi być!”. Z bezimiennej, odległej zarazy przerodziła się w coś namacalnego i obecnego.

Śmierć także upomniała się o swoje i w rubrykach lakoniczne: kobieta (57 lat), mężczyzna (63 lat) zamieniła na znane ci nazwiska. To trochę zbiło cię z tropu, bo owszem, pandemia szaleje, ale byłeś przekonany, że gdzieś daleko od ciebie, że w twoim mały mazurskim mieście nie ma prawa cię spotkać, a teraz zaczynasz wierzyć, że to wszystko, prędzej czy później, spotka właśnie ciebie, w dokładnie taki sam sposób, w jaki spotyka wszystkich.

Piszę do siebie w drugiej osobie, aby jeszcze na chwilę oddalić od siebie zagrożenie, licząc na to, że to wszystko minie, zanim na liście obecności wyczytają moje imię. Odwlekam i zaprzeczam, ale pamiętam, że gdy któregoś dnia w sklepie nagle zaczną gasnąć światła i obsługa kulturalnie, ale stanowczo poprosi wszystkich o opuszczenie budynku w związku z „chwilową awarią prądu”, będzie to znaczyło, że wirus już tu był, może przed chwilą przeszedł obok mnie, zapytał z uśmiechem pod maską czy potrzebuje pomocy?

Obym nie potrzebował.

Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.