Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przeczytałam dzisiaj historię czytelniczki z Krakowa, która ma pozytywny wynik testu COVID-19 i nikt się nią nie zainteresował.

Moja historia jest podobna - tylko rzecz dzieje się w Warszawie.

W minionym tygodniu zaczęłam bardzo źle się czuć. Kiedy straciłam smak i zapach, zdecydowałam się na test. Wykonałam go prywatnie, w certyfikowanym punkcie.

Wynik pozytywny - od minionego piątku jestem w izolacji. I... tyle. Do dzisiaj nikt się ze mną nie skontaktował.

Próbowałam sama: dzwoniłam do sanepidu. Kazali czekać lub kontaktować się ze szpitalem zakaźnym. Po weekendzie zadzwoniłam do szpitala zakaźnego - odesłali mnie z kwitkiem - nic nie mogą zrobić, tylko lekarz POZ może zadecydować o "czymkolwiek".

Niestety mój lekarz już nie przyjmuje. Wypełniłam deklarację wyboru nowego lekarza online w niedzielę - do dzisiaj nie została rozpatrzona. Ponownie dzwonię do NFZ, co robić w tej sytuacji, bo nie ma lekarza. Odpowiedź - kontaktować się z obsługą techniczną i czekać.

Minął już prawie tydzień od kiedy zostałam zdiagnozowana. Mój mąż i dziecko siedzą ze mną na kwarantannie i nawet nie wiemy do kiedy mamy siedzieć: 13 dni? 10? Czy oni zaczną kwarantannę jak moja izolacja się skończy - tylko kiedy się ona skończy i kto o niej zadecyduje?

Tylko nasza odpowiedzialność i troska o innych trzymają nas w domu.

Ale co z tymi, którzy nie traktują sprawy tak poważnie? System z dykty sypie się na naszych oczach i jesteśmy zdani na siebie.

Alicja z Warszawy 

Czekamy na kolejne historie, może ktoś z Was znalazł sposób jak pokonać system? Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.