Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wydaje się, że tym razem islamscy terroryści przekroczyli czerwoną linię. Ofiarami śmiertelnych zamachów byli już dziennikarze, policjanci, przypadkowi przechodnie. Ostatnia osoba bestialsko zamordowana w Conflans-Sainte-Honorine jest nauczycielem, symbolem republikańskiej edukacji publicznej. Chcę wierzyć, ze tym razem francuskie władze obudzą się wreszcie z letargu i podejmą radykalną walkę z ideologią salafizmu propagowaną przez organizacje Braci Muzułmanów.

Spróbujmy się zastanowić, w jaki sposób do tego doszło i dlaczego islamsko-polityczny terror znajduje we Francji tak podatny grunt, siejąc nienawiść do wszystkiego, co republikańskie, laickie, tolerancyjne i głęboko przywiązane do wolności słowa.

Trudno ocenić ilu muzułmanów - praktykujących lub nie - mieszka aktualnie we Francji. Statystyki etniczne są tutaj zabronione, ale szacunkowo ocenia się liczbę wyznawców islamu we Francji na około 7-8 milionów. Znakomita większość pochodzi z krajów tzw. Maghrebu czyli Algierii, Maroko i Tunezji. Oczywiście nie należy zapominać o imigrantach nielegalnych - około 750 tysięcy. Ustawa prawna z 1905 roku o rozdziale państwa od kościoła dotyczyła przede wszystkim religii katolickiej, wyznawców islamu było wtedy we Francji kontynentalnej niewiele, większość mieszkała w skolonizowanych posiadłościach w Afryce. Wojny wyzwoleńcze przyniosły niepodległość krajom kolonizowanym, które do dziś wypominają Francji przeszłość kolonialną. Tak jak Algieria, gdzie za 131 lat kolonizacji odsądza się Francję od czci i wiary. Niestety kolejne ekipy zarządzające Francuską Republiką do dziś nie potrafią sobie poradzić z przeszłością. Emmanuel Macron, nazywając kolonizację zbrodnią przeciwko ludzkości, dolał jeszcze oliwy do ognia.

Lata powojenne przyniosły imigracje z byłych kolonii, Francja potrzebowała rąk do pracy. W latach 70. prezydent Valéry Giscard d’Estaing popełnił imigracyjny majstersztyk, puszczając "na żywioł" tzw. zasadę łączenia rodzin. Imigracja z Afryki ruszyła lawinowo i do krajów tzw. Małego Magrebu dołączyły m.in. Senegal, Mali, Wybrzeże Kości Słoniowej. Delikatna równowaga będąca rezultatem kompromisu imigracyjnego zaczęła się chwiać. Inwazja sowiecka w Afganistanie, odwieczny konflikt palestyński na Bliskim Wschodzie i wojna domowa 1999-2001 w Algierii obudziły we Francji drzemiące tendencje islamu politycznego.

Lata 80. to pierwsze zamachy terrorystyczne: metro St. Michel, Rue de Rennes. Ruszyła maszyna propagandowa przedstawiająca muzułmanów jako ofiary "zgniłego Zachodu", odwiecznego prześladowcy mniejszości religijno-etnicznych. Ideolodzy Braci Muzułmanów trafiają na podatny grunt, mnożą się postawy roszczeniowe, islam polityczny zdobywa coraz więcej zwolenników.

Znakomita większość wyznawców islamu mieszkających we Francji znalazła się w sytuacji zakładnika. Stali się tzw. milczącą większością, niezdolną do protestu w imię uległości wobec dogmatu wiary.

Aby zrozumieć ten mechanizm, wystarczy porozmawiać z pojedynczymi osobami, które spontanicznie potępią zamachy terrorystyczne motywowane nienawiścią do innowierców. Ale kiedy są w grupie, ich opinia zmienia się diametralnie. Presja otoczenia, strach przed denuncjacją np. w meczecie powodują, że nie ma już mowy o krytyce islamskich terrorystów. Usłyszymy, że innowiercy zasłużyli sobie na śmierć za znieważanie islamu. Bracia Muzułmanie i salafizm inteligentnie grają na emocjach swoich współwyznawców. Zabójcza logika funkcjonuje. Kolejną cezurą w ewolucji indoktrynacji islamu politycznego we Francji są zamachy na World Trade Center - 11 września 2001 - i sceny nieukrywanej radości islamskich radykałów we Francji, które, mieszkając wtedy w Tulonie, miałem okazję zaobserwować osobiście. Francuskie media zamiatały skwapliwie te szokujące wydarzenia pod dywan, autocenzura funkcjonowała bez zarzutu.

Idąc nieco na skróty: nadszedł styczeń 2015 i egzekucje w redakcji "Charlie Hebdo". W centrum Paryża bracia Kouachi krzyczeli: Pomściliśmy Proroka!

Francuscy obywatele wyszli masowo na ulice pod hasłem "Jestem Charlie". Niestety wśród wielotysięcznych tłumów rzadko można było spotkać przedstawicieli francuskich muzułmanów. Masowe morderstwa - Bataclan i Nicea - pokazały, że islamski fanatyzm poczuł się jeszcze bardziej bezkarny. Setki osób wyjechały z Francji do Syrii i przyłączyły się do bojowników tzw. państwa islamskiego.

Obecnie mamy we Francji do czynienia z zamachami na mniejszą skalę, wciąż z ofiarami śmiertelnymi. Istotnym jest fakt, że struktury islamu politycznego coraz częściej wchodzą do struktur politycznych, wystawiają kandydatów w wyborach, domagają się zmian w programach szkolnych, posiłków "halal" w stołówkach oraz przerw na modlitwę w przedsiębiorstwach.

Francja płaci słoną cenę za bez mała 40 lat politycznej ślepoty i lekceważenia indoktrynacji społeczności wyznawców islamu przez religijnych fanatyków.

Partie polityczne nadal nie potrafią znaleźć konkretnych rozwiązań na aktualny kryzys społecznościowy podlany obficie religijnym sosem. Oczekuję z niecierpliwością radykalnych kroków, które powinna podjąć aktualna ekipa rządząca: przymusowej ekstradycji islamskich radykałów do ich rodzinnych krajów, stanowczej afirmacji zasad republikańskich w szkołach i na uniwersytetach, egzekwowania bez żadnych wyjątków zasady rozdziału religii od państwa w życiu publicznym. Emmanuel Macron stoi przed trudnym zadaniem i pamięć po okrutnie zamordowanym nauczycielu powinna mu przyświecać w walce z islamskim fanatyzmem.

Vive la République et Vive la France!

Piotr Bauman, Francja

Czekamy na Wasze opinie, komentarze: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.