Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piszcie: Listy@wyborcza.pl

Holenderski historyk Rutger Bregman w wywiadzie z Magazynu GW przekonuje, że „jeśli neoliberalizm ma jeden dogmat, to jest nim przekonanie, że z natury ludzie są samolubni. Na podstawie tego założenia obaliliśmy wiele regulacji i ograniczyliśmy rolę rządów w gospodarce. Obecnie obserwujemy, jak ta ideologia upada” (co ma potwierdzać i co towarzyszy ostatnio obserwowanej zmianie w rozumieniu natury ludzkiej: ludzie nie są homo oeconomicus, nie kieruje nimi wyłącznie egoizm, jak dowiodły badania antropologa Josepha Henricha z początku XXI – wyjaśnia Rutger Bregman).

Równie dobrze można by powiedzieć, że odwrót od „dogmatu neoliberalizmu” i obserwowany obecnie powrót (czy żądanie takiego powrotu) ku większej roli rządów w gospodarce jest wynikiem zdania sobie sprawy, że ludzie jednak są egoistami, że  jednak są homo oeconomicus, i dlatego, jako „nie świętym”, nie można im pozwalać na (neo)liberalizm, na pełną, niczym nieograniczoną wolność, bo się pozagryzają. Konieczna jest rola rządów (i to nie tylko w gospodarce). Można równie dobrze powiedzieć, że ludzie, jako egoiści, potrzebują nadzorcy swych zachowań, wybranego spośród siebie (bo przecież nie spośród szympansów, które, jak dowodzi badanie Henricha, są rzekomo jeszcze większymi „egoistami”).

Bregman mówi też, że niesłusznie zrównujemy cynizm z realizmem

„Bycie idealistą znaczy bycie realistą. Koniec niewolnictwa, demokracja, równe prawa dla kobiet, Unia Europejska – wszystkie te idee początkowo uważane były a nierealistyczne, dopóki się nie zdarzyły”.

To wygląda nieco jak ustawianie argumentu pod z góry założoną tezę, aby było łatwo i atrakcyjnie ją „udowodnić”. Przecież utrzymywanie się niewolnictwa, brak demokracji i praw dla kobiet czy nieistnienie UE wcale nie musiały być wynikiem cynizmu czy braku idealizmu. Mogły być równie dobrze wynikiem realizmu, tak samo jak realistyczne, w innym okresie rozwoju społecznego, okazało się zniesienie niewolnictwa, utrwalenie się nowoczesnej demokracji, poprawa losu kobiet czy powstanie UE.

A z kolei całkiem idealistyczna – bo wynikająca z transcendentalnego rozumienia wartości i absolutnego, danego, niezmiennego i najlepszego z możliwych kształtu świata – mogła być (i często ciągle jest) właśnie zgoda na trwanie niewolnictwa, na brak demokracji, brak równych praw dla kobiet czy nacjonalizm w kształcie wykluczającym takie struktury jak np. UE. Nie tylko zgoda na ich trwanie: nawet niezdolność wyobrażenia sobie innej sytuacji, a stąd i brak dążeń do jej zmiany.

W wywiadzie z Rutgerem Bregmanem widzę subiektywną interpretację socjologiczno-historyczną, a jeśli już, to bardziej filozofię niż naukę, w modnym obecnie tonie lewicowo-populistycznym, „ku pokrzepieniu serc” (w kontrze do jeszcze modniejszego na świecie tonu prawicowo-populistycznego, równie krzepiącego, tyle że innych). Oba mają niewiele wspólnego z nauką, która jest o tyle bardziej przekonująca (choćby ewolucjonizm, potrafiący wyjaśnić wiele naszych przywar i zalet, np. egoizm i altruizm, w racjonalny sposób, nie odwołując się przy tym do idealizacji i nie doszukując się tam cynizmu).

Czekamy na wasze listy, opinie, komentarze, polemiki. Wyborcza to Wy. Piszcie: Listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.